Narkotykowy skandal, który wstrząsnął Włochami

by 15 lutego

Ja wiem, że telewizor to zwykły pożeracz czasu i najlepiej by było, gdybym w ogóle go się pozbyła. Wiem też, że włoska telewizja ma do zaoferowania programy niskich lotów, których jedynym zadaniem jest ogłupianie widzów i danie im tego, czego pragną najbardziej, czyli trashu. Przyznaję się do tego, że oglądam telewizję i to nie tylko wtedy, gdy na ekranie pojawia się Alberto Angela. Patrzę również na różne show, ponieważ ta kiepska rozrywka dla mas dobrze na mnie działa, a poza tym pomaga poznać mi lepiej naturę rodaków mojego męża. Mąż zaś uważa, że mogłabym dać sobie z nimi spokój, bo wstyd patrzeć na takie pierdoły. Zgadzam się z nim, niemniej dalej wpatruję się w ekran. I coraz bardziej się dziwię.

Kilka tygodni temu w programie telewizyjnym L'isola dei famosi (Wyspa Celebrytów) wybuchł skandal nad skandale, kiedy to jedna z uczestniczek reality - Eva Henger oskarżyła innego uczestnika o to, iż do show sprowadził narkotyki. Działo się to na żywo i nikt nie mógł zapobiec temu, co wydarzyło się później, a wymieniony przez Evę Francesco Monte wcale nie zaprzeczył rewelacjom o paleniu marihuany. Wyjaśnijmy tutaj, iż rzecz działa się w Hondurasie, gdzie posiadanie narkotyków jest surowo karane (nawet jeśli jest to "tylko" marihuana), a na każdym rogu da się spotkać policyjne patrole, mogące skontrolować przyjezdnych w każdej chwili. Monte ponoć palił marihuanę w hotelu, w którym oczekiwał na rozpoczęcie programu, co oczywiście było niedozwolone. Doniesienia okazały się na tyle szokujące, że Francesco zrezygnował z udziału w reality i wrócił do Włoch, zaś Eva Henger (wyelimowana przez widzów) musiała zmierzyć się z hejtem, bowiem opinia publiczna nie pozostawiła na niej suchej nitki.

We Włoszech zawrzało, Henger i jej rodzina zaczęli dostawać śmiertelne pogróżki, natomiast narkotykowe preferencje Francesco Monte jakoś Włochów nie zszokowały. W końcu mowa była nie o ciężkich narkotykach, lecz o marihuanie, kto w życiu jej nie palił, niech pierwszy rzuci kamieniem- tak rozumowali Włosi. Większość z nich nie wierzyła Evie Henger i uważała, że jej oskarżenie na żywo było spowodowane zemstą, a nie obawą o własne bezpieczeństwo. Monte nominował Evę jako kandydatkę do opuszczenia programu, więc odpłaciła mu pięknym za nadobne i zrobiła to z premedytacją, bo w wejściu na żywo. Zniszczyła chłopaka, doniosła na niego i nakleiła etykietkę narkomana, czego było za wiele dla liberalnych Włochów. Dlaczego nie zgłosiła sprawy wcześniej i nie powiadomiła produkcji- zastanawiali się widzowie programu, nie potrafiący przeboleć, że przystojny Francesco opuścił wyspę. Większość internautów była też zgodna co do tego, że Eva Henger, eks gwiazda porno, jest ostatnią osobą, która może prawić innym morały.

Gdy sprawa z narkotykami wyszła na jaw, byłam oburzona i całym sercem stałam po stronie Monte. Sądziłam, iż Henger posunęła się za daleko z oskarżeniami, a to, że zrobiła to w programie na żywo, dodało tylko oliwy do ognia. Minęło kilka dni, burza medialna rozpętała się na dobre, a ja ze zdumieniem przyjęłam to, jak sprawa palenia marihuany została przez widzów i producentów programu zminimalizowana. Ci, którzy bronili Monte wspominali o tym, że ta marihuana to w sumie nic takiego i nie ma co robić z tego sensacji. Zapomniano, że show oglądają nastolatki i takie słowa na pewno nie były dobrym przesłaniem (niektórzy się opamiętali i zaczęli przekonywać, że wszystkie narkotyki są złe). Po odejściu Monte z reality zapanowała swoista zmowa milczenia i nikt o nim już nie wspominał- ani byli uczestnicy, ani pozostali na wyspie. Henger broniła się zaciekle, ale nawet produkcja Wyspy Celebrytów była przeciw niej, co pozwoliło mi spojrzeć na sprawę z drugiej strony.

Henger doniosła w dobrej wierze czy nie, lecz to nie ona brała niedozwolone środki, a cała nienawiść skupiła się na niej. Biedny Francesco, który wiele ostatnio wycierpiał, stał się dla widzów jeszcze bardziej drogi. Produkcja programu odcięła się od narkotykowej afery i robi wszystko, by widzowie o niej zapomnieli. Nie będzie to łatwe, ponieważ marihuanowy skandal stał się pożywką dla mediów, a na pytanie, kto tu kłamie- Monte czy Henger, nikt nie potrafi odpowiedzieć. Mnie w tej sytuacji zaskoczyła inna rzecz- postawa widzów, oburzonych zachowaniem Evy Henger. Oznacza to, że dla Włochów gorszym przestępstwem od samego przestępstwa jest donosicielstwo. I to jest bardzo niepokojące.


zdjęcie-Centro Meteo Italiano

O czym szumią (moje) włoskie struny

by 07 lutego

W moim życiu Włochy od dawna pełnią ważną rolę. Jeszcze zanim tu zamieszkałam, już kochałam ten kraj miłością bezgraniczną i bezkrytyczną. Darzyłam sentymentem wszystko co włoskie, a na sam dźwięk słowa Italia przechodziły mnie dreszcze. Dzisiaj moje uczucia trochę się zmieniły, niemniej nie zmienia to faktu, że Włochy są moją drugą ojczyzną. A jako że pozostałam w klimacie świętowania blogowej rocznicy, postanowiłam opisać kilka ciekawostek o mnie, ściśle związanych z Italią, które nie mają większego znaczenia, lecz pokazują, co mi tam włoskiego w duszy gra. A gra, i to jak gra:

1. Włochy pokochałam w 1990 roku, kiedy miałam 12 lat i dzięki Mundialowi Italia 90 przeniosłam się do włoskiej ziemi. Pamiętam te błękitne koszulki reprezentacji, kibiców wydzierających się z ekranów telewizora i włoskie słówka, które udało mi się wychwycić. To były czasy bez internetu, smartfonów i tylko z dwoma kanałami w telewizji, za to z emocjami sięgającymi zenitu. Po mistrzostwach w Italii już nic nie było takie, jak przedtem.

2. Moim ulubionym włoskim klubem piłkarskim jest AC Milan. Zostałam jego fanką, gdy prezydentem klubu był Silvio Berlusconi. Od zawsze wiedziałam, że to niepospolity człowiek, niemniej jego wkład w politykę włoską wprawił mnie w osłupienie. Do byłego premiera odczuwam coś na kształt sympatii z racji tego, że za jego kadencji Milan odnosił największe sukcesy. Szkoda, że tak samo sprawnie nie potrafił rządzić krajem.

3. Wiem, że tym punktem mogę się narazić niektórym osobom, ale nie przepadam za grą aktorską Roberta Benigniego. Cenię go jako reżysera, jego filmy mogłabym oglądać na okrągło (zwłaszcza "La vita e bella"), lecz jako aktor niestety mnie nie powala. Moja niechęć zaczęła się od "Pinokia" i nie pomogły tłumaczenia aktora, że w tej roli widział go sam Federico Fellini.

4. A skoro wspomniałam włoskiego reżysera, to nie mogę pominąć jego wybitnego dzieła, jakim jest niewątpliwie "La strada". To absolutnie wyjątkowy film, który pokazuje, że Anthony Quinn potrafił więcej, niż zagrać Greka Zorbę, a Giulietta Masina to była wielka aktorka. Jej Gelsomina wpłynęła na mnie do tego stopnia, że chciałam tak nazwać moją starszą córeczkę. Niestety, mąż nie chciał o tym słyszeć.

5. Chciałabym się przenieść w czasie i choć przez chwilę żyć we Florencji, gdy rządzili w niej Medyceusze. Kiedyś przeczytałam książkę na temat tego rodu i zafascynowała mnie postać Lorenza Medici, jego stosunek do sztuki i patronat nad wielkimi (i nie tylko) artystami. Niedawno telewizja transmitowała serial o Medyceuszach (ze wspaniałą międzynarodową obsadą), lecz nie porwał mnie on wcale.

6. Nie przepadam za owocami morza, za to uwielbiam bakłażany, które odkryłam tutaj. Nikt mnie nie zmusi do zjedzenia karczochów i polenty, ponieważ kiedyś zrobiłam z niej cement i zamiast wyrzucić, podałam na ją na obiad. Od tamtej pory jestem uprzedzona.

7. Uważam, że muzyka włoska jest niedoceniona. Ostatnio odkryłam piosenki Rino Gaetano i odpłynęłam. Poza tym cenię utwory Claudio Baglioniego i wolę go w roli wokalisty niż prowadzącego festiwal Sanremo (moim zdaniem zupełnie się tam nie sprawdził). No i Vasco Rossi z rockowym pazurem, którego mogłabym słuchać w nieskończoność.

To oczywiście tylko część moich pasji, być może wkrótce podzielę się kolejnymi informacjami na temat mojego włoskiego życia. Na razie przypomniały mi się najważniejsze fakty, o następnych na pewno jeszcze wspomnę. Nie ma bowiem nic piękniejszego od rozprawiania o Italii i nie zawsze to być muszą poważne rozmowy. A jeśli dotyczą one (w jakimś stopniu) kultury, to tym bardziej trzeba je kontynuować.


zdjęcie (kadr z filmu La Strada)-Wikipedia

Włoskie oblicze polskiej blogosfery

by 28 stycznia

Kiedy mniej więcej rok temu zaczęłam pisać na temat Italii, obiecałam sobie podążać własną ścieżką i nie patrzeć na to, co robią inne blogi. Jednocześnie zauważyłam, jak bardzo rozwinięta jest blogosfera italofilska i ile blogów dotyczących Włoch działa w wirtualnym świecie. Nie wszystkie czytam, nie każdy mi się podoba (tak samo jak mój nie podoba się licznym wielbicielom Italii), uważam jednak, że większość blogów o Włoszech jest potrzebna. W tym wpisie chciałabym przedstawić mój prywatny ranking dotyczący blogów rodem z Italii, opisany jednym (dużo mówiącym) słowem. Nie kierowałam się lajkami, liczbą odsłon i popularnością, gdyż to jest dla mnie nieistotne, a wartością tekstów i pomysłem na siebie. Oto wybrane przeze mnie blogi (ich kolejność jest przypadkowa):

Och Milano - blog rokujący.

Dom z kamienia - blog nie(d)oceniony.

Włochy od podszewki - blog autentyczny.

La grande e la piccola cuoca - blog smakowity.

Dee Oswaja Włochy - blog fachowy.

Kawacaffe - blog poetycki.

Pod Słońcem Italii - blog opiniotwórczy.

That's Liguria - blog sąsiedzki.

Primo Cappuccino - blog natchniony.

Włoski Online - blog specjalistyczny.

Quembec-Lifestyle po włosku - blog przeplatany.

Włochy Okiem Blondynki - blog romantyczny.

Kalejdoskop Renaty - blog konsekwentny.

Kartka z Kalendarza - blog przyjacielski.

Przypadki Neapolitańskie - blog nieobojętny. 

Polsko-włoska blogosfera żyje, ma się dobrze i ukazuje czytelnikom różne oblicza Italii. Włoski świat blogów jest bogaty i kolorowy, czego potwierdzeniem są wymienione przez mnie autorki. Każda z nich traktuje o czymś innym, ma swój indywidualny styl i jest silnym punktem na mapie stron dotyczących Włoch. Jeszcze rok temu znałam tylko kilka, lecz dzisiaj przegląd blogów italofilskich jest dla mnie pozycją obowiązkową, bo dzięki nim dowiaduję się, co tam w polsko-włoskich duszach gra i przekonuję się, że Italia to jednak nieuleczalna choroba. Czytajcie blogi o Włoszech!


zdjęcie- SuccodiWeb

Kiedy film staje się rzeczywistością

by 24 stycznia


Wszystko zaczęło się od serialu "Gomorra". Nastolatkowie, zafascynowani bohaterami telewizyjnego cyklu, postanowili założyć własne gangi (tzw. baby gangi) i terroryzować rówieśników (i nie tylko). Przeciwnicy tej teorii (w tym Roberto Saviano, autor książki, na podstawie której powstał serial) uważają, że to bzdury, bo dziecięcie klany panoszą się w miastach (a zwłaszcza w Neapolu) nie od dzisiaj i nikt nie może nic z tym zrobić. Zwolennicy wpływu "Gomorry" na dzisiejszą młodzież twierdzą natomiast, że i owszem, nastoletni przestępcy to nie nowe zjawsko, niemniej serial przyczynił się do fascynacji przestępczością zorganizowaną wśród młodzieży i (o zgrozo) dzieci. Baby gangi skupiają wokół siebie nawet 10-cio letnich chłopców, którzy marzą o tym, aby budzić strach i szacunek, zupełnie jak w "Gomorze". Dla nich kryminaliści z serialu są idolami, a życie, jakie wiodą, jest godne naśladowania. Dlatego zakładają gangi i wzorują się na filmowych bandziorach.

Młodocianym przestępcom nie wystarcza samo obejrzenie serialu, oni przenoszą telewizyjną fikcję w życie, co jest bardzo niepokojące. Niedawno zrobiło się głośno o bandzie smarkaczy z Neapolu, którzy skopiowali jedną z najbrutalniejszych scen "Gomorry" i dotkliwie pobili piętnastolatka. Kilka dni temu internet obiegło zdjęcie ośmiu chłopców, pozujących ze spluwami i kijami bejsbolowymi w rękach. "Wzbudzamy przerażenie"- podpisał zdjęcie jeden z nich, wyraźnie zadowolony z tego, że jest członkiem takiej sfory. Najnowsze doniesienia ukazują zaś działalność baby gangu na północy kraju i sterroryzowanie przez nich pasażerów pociągu na trasie Mediolan - Piacenza (i paru innych). Nastolatkowie czują się bezkarni, mają policję w głębokim poważaniu i nie boją się nikogo, a skutki tego widać na włoskich ulicach. Szkolni prześladowcy zamienili się w prawdziwych bandytów i nie ma instytucji, która mogłaby temu zaradzić. "Przestępca" według młodych gangsterów brzmi dumnie, więc w to im graj.

Oczywiście to nie producenci serialu są winni temu, że "Gomorra" stała się dla nastolatków kultowym cyklem. Film przeznaczony jest dla osób dorosłych, ale nieletni go oglądają, ponieważ nikt ich nie kontroluje. Do Neapolu przyjechał ostatnio Minister Spraw Wewnętrznych Marco Minniti, aby przedstawić plan mający na celu resocjalizację zdeprawowanej młodzieży. Roberto Saviano jest zdania, że jedyną instytucją, która może uratować młodych ludzi jest szkoła, co jest prawdą, lecz trzeba uściślić, że bez współpracy rodziców nie stanie się nic. Nauczyciele stracili autorytet, ich słowa nie są już święte, a rodzice nie chcą słyszeć, że ich dzieci mają wiele za uszami. Miesiąc temu na Sycylii uczeń upomniany przez nauczyciela zadzwonił do rodziców, którzy przyjechali do szkoły i wysłuchawszy wersji syna, pobili biednego wychowawcę. Kiedy jeden z członków baby gangu odważył się przeprosić karabinierów za swe zachowanie, jego matka ostro go zrugała. Nie powinien się poniżać i przepraszać, bo przecież nie miał za co, to była tylko zabawa. Pobłażający rodzice to dzisiaj plaga.

Fenomen baby gangów przeraża, a niemożność poradzenia sobie z problemem agresji wśród nastolatków rodzi kolejne obawy. Co należy zrobić? Wyłączyć dzieciom telewizor, odciąć dostęp do internetu, czy zacząć wreszcie słuchać, co mają do powiedzenia nauczyciele? Dobrym rozwiązaniem byłoby zaostrzenie prawa i realna wizja kilkunastu lat spędzonych za kratkami. Jeśli nastolatkowie chcą się bawić w dorosłe życie, niech ponoszą tego konsekwencje. Więzienie na pewno otrzeźwiłoby małolatów zapatrzonych w serialowych mafiosów jak w obrazek. Tylko co na to ich tolerancyjni rodzice?


zdjęcie- il Dubbio

Pięć lat bloga- blaski, cienie i przemyślenia

by 16 stycznia


Właśnie mija pięć lat od czasu, gdy zaczęłam blogować. Miałam z tym skończyć i nie przedłużać domeny, ale przekonałam się, że nie jest łatwo tak po prostu przestać. Zapłaciłam więc za kolejny rok i zadumałam się nad tym, jak prowadzenie bloga zmieniło moje dotychczasowe życie. Dzięki blogowaniu poznałam wiele osób, otworzyłam się na świat i w jakimś stopniu udało oswoić mi się z emigracją. Gdybym nie wyjechała do Włoch, zapewne nie pisałabym bloga i miałabym gdzieś statystyki, ograniczenia zasięgów na fejsie (zwłaszcza teraz) i całą internetową, nie zawsze miłą, otoczkę. Tymczasem zżyłam się z tym moim wirtualnym zeszytem, polubiłam go i postanowiłam mieć go nadal, jako że bez pisania czułabym się źle. Po tych pięciu latach zrozumiałam też kilka rzeczy, które na początku blogowania nie były dla mnie oczywiste. I na nich chciałabym się teraz skupić.

Przede wszystkim wreszcie doszło do mnie, że nie zadowolę każdego i zawsze znajdą się odbiorcy kontestujący moje poglądy, styl pisania i problematykę bloga. Kiedyś mnie to bolało, bo uważałam, że skoro już piszę, to inni powinni to docenić, a nie bezmyślnie krytykować autorkę. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że czytelnicy mają święte prawo do tego, aby się ze mną nie zgadzać i nie muszą się rozpływać nad moimi tekstami. Gdy rok temu poszłam w sferę włoską, byłam pewna, że zrobi się tu gorąco. Nie omyliłam się, aczkolwiek już nie spędzają mi snu z powiek uwagi odbiegające od mojego punktu widzenia. Nikt nie musi myśleć jak ja, ani tym bardziej przyznawać mi racji. Pięć lat temu bym na to nie wpadła.

Jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie przejdę na profesjonalną stronę mocy, a tu proszę, odkurzyłam brudne kąty bloga. Poczułam się ciasno w tej mojej głupiej nazwie (kluseczka.po.wlosku), pstrokatym szablonie i blogspocie w tytule. Brzydota bloga mnie porażała, zaś chaos tu panujący powodował rozkojarzenie czytelników i nie zachęcał ich do ponownych odwiedzin. Skłoniło mnie to do zmian, podeszłam do bloga jak do narzędzia pracy i zdecydowałam się na odświeżenie tego bagna. Kiedy nowa nazwa i strona ujrzały światło dzienne, dostałam potężnego kopa do działania, a co za tym idzie, zapragnęłam się rozwijać. Pięć lat temu w ogóle nie wiedziałam, że blog ma być moją wizytówką i nie tylko teksty są w nim ważne, wygląd także. Sądziłam, iż pisanie samo się obroni. Akurat.

Przestałam się wstydzić tego, że bloguję, z czym kiedyś miałam problem. Na początku pisałam pod pseudonimem, nie wrzucałam zdjęć i starałam się być tak anonimowa, jak to tylko możliwe. Kiedy pojęłam, że nie przetrwam bez mediów społecznościowych, naprawiłam błąd i założyłam fanpage bloga. W międzyczasie zorientowałam się, że czytelnicy wolą wiedzieć, z kim mają do czynienia, więc przestałam bawić się w gierki i wyszło mi to na dobre. Nie piszę wiele o sobie, odkąd zajmuję się Italią, ale nie ukrywam już twarzy ani imienia. Pięć lat temu robiłam uniki i nieco przeszkodziło mi to rozwinąć blogowe skrzydła. Na fanpage zdecydowałam się bowiem, gdy zasięgi poszły na łeb na szyję, w związku z tym jest on dosyć niszowy. To samo dotyczy Instagrama, który założyłam spontanicznie i powoli się tam odnajduję. Ja, nie przepadająca za social media, stałam się ich częścią. 

Po odejściu od parentingu powzięłam decyzję o przejściu na kierunek włoski, a było to dosyć ryzykowne, ponieważ istniała obawa, iż czytelnicy stąd uciekną i nie będą więcej czytać moich wpisów. Na szczęście sprawy potoczyły się inaczej i przez rok "włoskiego" blogowania odwiedziło mnie więcej osób, niż przez ubiegłe cztery lata. Cyferki nie są najważniejsze, lecz są dowodem na to, że ktoś tam chce (a może nawet lubi) mnie czytać, zatem cieszę się, że statystyki konsekwentnie idą w górę. Włoskie tematy, które podejmuję, nie zawsze są wygodne, nie mają w sobie turystycznego posmaku i nie opiewają piękna Italii, co nie zawsze przyjmowanie jest ze zrozumieniem. Pięć lat temu załamałoby mnie to, ale teraz jestem bogatsza o kilka blogowych prawd. Nie do końca będzie tutaj kolorowo, za to szczerze, prawdziwie i (mam nadzieję) z pazurem. Zobaczymy, co przyniosą kolejne blogowe miesiące.


zdjęcie- GutFeeling

Włosi na zakupach i afera woreczkowa za jeden grosz

by 10 stycznia

O tym, że Włosi to głośny naród, wiadomo nie od dzisiaj. Są krzykliwi, temperamentni, a ich gestykulacja jest czymś wyjątkowym. Hałaśliwa natura Włochów czasem mi przeszkadza, a zwłaszcza wtedy, gdy robię zakupy. Moje pierwsze wizyty w hipermarkecie były dla mnie szokiem, ponieważ wydawało mi się, że weszłam do ulu, a nie do sklepu. Takiego zgiełku i chaosu nigdy nie spotkałam w polskich marketach, bo w porównaniu z włoskimi u nas jest cisza jak makiem zasiał. Włosi zaś potrafią pokazać, czym jest ich żywiołowy charakter i niejednej spokojnej cudzoziemce dają do wiwatu. Włoski hipermarket to tor przeszkód, ponieważ trzeba omijać wózki sklepowe jak na wyścigach; to stadion piłkarski, gdyż gwar w nim dorównuje temu na boisku; to wreszcie ring bokserski, jako że zdarzają się tam sytuacje doprowadzające człowieka do użycia pięści. Kiedy bowiem Włosi się kłócą, to miejsce waśni jest nieważne. Liczy się przedstawienie.

Jeśli myślicie, że wojny o towar są popularne jedynie w Polsce, to jesteście w dużym błędzie. Włosi się w tym lubują, a słowo "promocja" działa na nich jak płachta na byka, albo i gorzej. Kiedy niedawno market Eurospin (nomen omen ulubiony sklep teściowej) obniżył po świętach cenę ciasta panettone, zaczęły się w nim dziać dantejskie scen (nasza bitwa o crocsy w Lidlu to przy tym pikuś). Jednakowoż sprzeczki nie zdarzają się wyłącznie w hipermarketach, gdyż i osiedlowe sklepiki nie są od nich wolne, a im one mniejsze, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. W sklepach osiedlowych panuje bałagan (żeby nie powiedzieć burdel), bo nie ma mowy o tradycyjnych kolejkach, kiedy jeden stoi za drugim i grzecznie czeka na obsłużenie. Takie banalne metody nie są dla Włochów, w żadnym wypadku nikt ich nie ustawi do pionu i w sztywne reguły, których nie znoszą. Stają więc gdzie popadnie i gdyby było można, przepchaliby się nawet za ladę. A że takie spontaniczne kolejki powodują zgrzyty, toć to nie biednych Włochów wina. Zawsze znajdzie się spryciarz, chcący wcisnąć się przed innymi i wtedy zaczyna się dyskusja "na poziomie". Padają przekleństwa, zdarzają się też delikatne rękoczyny, a potem wszystko wraca do normy i każdy zrobi te cholerne zakupy.

Wraz z nadejściem nowego roku stało się coś, co sprawiło, że Włosi w marketach stali się jeszcze bardziej zapalczywi. Otóż woreczki, do których pakujemy warzywa i owoce, nie są już gratis, a trzeba za nie płacić. Co prawda niewiele, bo jeden grosz, ale dla Włochów to i tak za dużo. Nie pakują wszystkiego do jednego woreczka, lecz biorą ich kilka i płacenie za każdy to gruba przesada. Podobno stoją za tym jakieś dyrektywy Unii Europejskiej, co dla rodaków mojego męża, mających na pieńku z tą instytucją, jest następnym przegięciem ze strony urzędników z Brukseli (nastroje antyunijne po tym zdarzeniu przybrały na sile). Afera woreczkowa zjednoczyła Italię, jak długa, ponieważ większość społeczeństwa jest zgodna co do tego, że ktoś zrobił naród w konia. Chodzi niby o ochronę środowiska, a ustalenie opłaty za woreczki ma zminimalizować ich użycie, co samo w sobie jest szlachetne, niemniej Włosi są zaniepokojeni tym, że tylko ich to dotknęło. Jak wszyscy to wszyscy, a reszta Europy nadal jest proworeczkowa i za nic bulić nie musi. Rozprawiają o tym ciągle i nie mogą się nadziwić, skąd ta okrutna niesprawiedliwość dziejów. Jestem przekonana, że afera z woreczkami dopiero się rozkręca, a posiadający niebywałą fantazję Włosi znajdą sposób, aby jakoś ją obejść. W końcu są niedoścignionymi mistrzami uników wszelakich. 

Afera woreczkowa zagościła i w sztuce

zdjęcie-Tg24com

Pan sędzia od zadań specjalnych

by 05 stycznia

Rok we Włoszech pod względem wydarzeń zaczął się z przytupem. Kilka dni temu przeglądałam w internecie wiadomości i natknęłam się na jedną, która szczególnie mnie zainteresowała. Otóż włoski sąd w Turynie uniewinnił faceta bijącego żonę, ponieważ sędzia orzekł, iż w przypadku bicia raz na jakiś czas nie można mówić o przemocy w rodzinie. Zszokowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłam opisać tą sprawę. Jak to? Mężczyzna ma teraz aprobatę sądu na dalsze lanie żony, ponieważ okładanie jej pięściami raz na ruski rok różnicy nie robi. Skandal, panie sędzio.

Jestem bardzo uczulona na zjawisko przemocy i napawa mnie smutkiem fakt, iż w kraju, gdzie co drugi dzień zabijane są kobiety, mógł paść podobny wyrok. Otwiera on furtkę nie tylko do dalszych prześladowań i złych traktowań kobiet, ale też pozwala mężczyznom na bronienie własnej agresji i przyznania im racji. Idę o zakład, że teraz zacznie się wylew podobnych spraw, bo skoro jeden wygrał i jego ciężka ręka nie została zakwalifikowana jako akt przemocy, to inni również mogą. Wielu Włochów ma nikłe pojęcie o tym, czym jest szacunek dla kobiet, traktuje je przedmiotowo i jak swoją własność, więc takie orzeczenie sądu to dla nich prezent od losu. To im zagrałeś, panie sędzio.

Mam dość słuchania o kolejnych ofiarach. A to kobieta została znaleziona w kawałkach, a to facet ukatrupił partnerkę, gdyż od niego odeszła, a to mąż dawał żonie lekcję życia, bijąc ją codziennie dla posłuszeństwa. Mam dość brzydkiego oblicza Włoch, gdzie nie przestrzega się praw kobiet i uważa się je za niewolnice, które nie mogą zrobić kroku bez łaksawego pozwolenia ich panów władców. Mam dość facetów zachowujących się jak królów, mających się za wielkich maczo i odnoszących się do kobiet w sposób karygodny. Mam dość tych, którzy sądzą, iż danie w twarz to nic takiego i bicie to dla nich niewinna zabawa. I kiedy myślę, że nic w tej kwestii mnie nie zaskoczy, pojawia się stróż prawa przybijający piątkę agresywnemu mężowi. Kpisz sobie, panie sędzio.

I sędzia pojmuje, że żonę czasem bić trzeba. Kobiety bywają upierdliwe i nie ma się co dziwić, że facetom często zadrży ręka. Trzeba je uspokoić, ustawić do pionu i przyłożyć, inaczej będzie się je miało wiecznie na głowie. Codziennie lepiej nie, to byłaby przesada, w końcu żona musi pójść do pracy, sklepu, między ludzi i niedobrze by było, gdyby sąsiedzi zaczęli gadać. A raz na parę tygodni takie uderzenie otrzeźwi żonę i sprowadzi ją na ziemię (niech nie zapomina, kto rządzi w domu). Panowie zresztą biją z miłości, a ich pięści są takie czułe. Zaś teraz, gdy męskie wrażliwe serca zrozumiał mądry włoski sędzia, wszystko stało się piękniejsze. Mogą okładać romantycznie żonki, jako że Temida jest po ich stronie. I tak włoska haniebna karta przemocy wobec kobiet rozszerzyła się o następny kompromitujący rozdział. Dziękujemy, panie sędzio.


zdjęcie- www.vvox.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.