Ratunku, Włosi mają nowy rząd!

by 12 czerwca

I stało się. Prawie trzy miesiące po wyborach Włosi mają wreszcie nowy rząd, który jeszcze na dobre nie zaczął rządzić, a już wylała się na niego fala krytyki. Bo to populiści, ignoranci, eurosceptycy, a nawet (o zgrozo) rasiści, mający na celu skłócić ze sobą wszystko i wszystkich. Durny naród nie wie, co zrobił, głosując na oszołomów z Ruchu Pięciu Gwiazd do spółki z Ligą Północną, gdyż jasne jest, że konsekwencje ich polityki będą okrutne i jeszcze odbiją się ludziom czkawką. Moim zdaniem niekoniecznie.

Zacznę od tego, że Partia Demokratyczna przegrała wybory na własne życzenie. Po klęsce referendum dotyczącego zmiany konstytucji w 2016 roku aktualnie rządzący politycy nie odrobili lekcji i zamiast ogłosić przedwczesne wybory parlamentarne, dokonali roszad w składzie rządu, chcąc w ten sposób uratować stołki. Premier Matteo Renzi co prawda podał się do dymisji, ale jego ministrowie pozostali, przechodząc z jednego resortu do drugiego, jak np. katastrofalny Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano, który po porażce referendum awansował na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych, co było decyzją nie tyle kurozialną, co absurdalną. Partia Demokratyczna nie zrozumiała, że ludu należy słuchać, więc ten pokazał jej czerwoną kartkę. Postępująca bieda oraz wysokie bezrobocie dodały wręcz oliwy do ognia i demokraci musieli pogodzić się z tym, że wybory skończyły się dla nich niepowodzeniem.

Po wygranej Ruchu Pięciu Gwiazd pewna była tylko jedna rzecz, a mianowicie ta, że ich koalicjantem zostanie Liga Północna, bo ta partia uplasowała się na drugim miejscu. Oszczędzę Wam tyrady na temat tego, jak przebiegały rozmowy między ugrupowaniami, czym wsławił się prezydent Mattarella i jak blisko było ku temu, by nowy rząd w ogóle nie powstał. Zagraniczne (w tym i nasze) media rozpisywały się o kryzysie politycznym we Włoszech, przepowiadały czarne scenariusze z wyjściem Italii ze strefy euro na czele i przedstawiały Włochy jako kraj dążący do rychłego upadku. Tymczasem nowy rząd się skrystalizował, jego premierem został nieznany prawie nikomu Giuseppe Conte, zaś liderzy obu ugrupowań zadowolili się posadami wiceszefów rządu i ministerstwami Pracy (Luigi di Maio) i Spraw Wewnętrznych (Matteo Salvini). Nie obyło się i bez kontrowersyjnych decyzji, ponieważ odpowiedzialne stanowisko Ministra do spraw Rodziny i Osób Niepełnosprawnych dostało się niejakiemu Lorenzo Fontanie, który od razu spotkał się z dużą (i jak najbardziej słuszną) krytyką, gdyż stwierdził dosadnie, iż dla niego istnieje tylko tradycyjny model rodziny, a tych "tęczowych" w ogóle nie poważa. Obywatel Fontana może i być homofobem, natomiast minister Fontana nie powinien sobie na takie słowa pozwolić. Tęczowe rodziny istnieją i spychanie ich na margines jest niedopuszczalne. 

Pozwólcie, że skupię się na dwóch największych problemach dzisiejszych Włoch, a co za tym idzie, wymienionych już przeze mnie nowych ministrów- Di Maio i Salviniego, jako że to w nich pokładane są największe nadzieje. Czy Minister Pracy Luigi di Maio da radę zrobić coś z galopującym bezrobociem i wzbudzić optymizm w młodych ludziach? Czeka go trudne zadanie i nie mam pojęcia, jakie jest jego remedium na uzdrowienie sytuacji w państwie. Di Maio ma dopiero 31 lat, nie posiada kierunkowego wykształcenia, nic zatem dziwnego, że wiele osób patrzy sceptycznie na jego kandydaturę, a sam Ruch Pięciu Gwiazd postrzegany jest jako partia ignorantów. Na ostrą opinię pod jego kątem pozwolił sobie Silvio Berlusconi, który z właściwym sobie przytupem powiedział, że "politycy tej partii nie nadawaliby się nawet na czyszczenie toalet w jego spółkach". Pożyjemy zobaczymy, niemniej z pewną taką satysfakcją muszę zaznaczyć, iż mój mąż po raz pierwszy zgadza się z boskim Silvio (a zarzekał się, że tak nigdy się nie stanie). Prędzej czy późnej dowiemy się, czy za panowania Luigiego Pierwszego Pięknego rynek pracy drgnął, a wtedy zasłuży on, o ile nie na pomniki, to niewątpliwie na wyrazy wdzięczności.

Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie i najpopularniejszego obecnie polityka we Włoszech- Matteo Salviniego. Tak się złożyło, że wczoraj decyzją nowego Ministra Spraw Wewnętrznych nie wpuszczono do włoskich portów promu Aquarius z nielegalnymi imigrantami na pokładzie, a w Italii rozpętało się piekło. Salvini już w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że gdy dojdzie do władzy, zrobi wszystko, żeby skończyć z imigracyjnym biznesem i zablokuje drogą morską, kiedy będzie taka potrzeba. Osobiście chce mi się śmiać z tego, iż przed Włochami promu nie chciały przyjąć Francja, Hiszpania i Malta, a w Italii nikt nie miał o to pretensji i nie wyzywał przedstawicieli tych krajów od morderców i rasistów. Dopiero rozporządzenie Salviniego spowodowało zmasowaną reakcję ze strony opozycji. Za kadencji poprzedniego rządu do Italii przypłynęło 600 tysięcy nielegalnych imigrantów (potwierdziła to w niedawnym wywiadzie była szefowa Izby Deputowanych Laura Boldrini) i żadne państwo nie pomogło Włochom uporać się z tym problemem. Po dojściu do władzy przez prawicę inne kraje wreszcie zauważyły, jak wiele zrobiła Italia i nawet kanclerz Niemiec przyznała, że Włosi zostali sami na imigracyjnym placu boju. Szkoda, że wcześniej nikt nie kwapił się do tego, aby razem rozwiązać tą sytuację. Wraz z prawicowym rządem przestano wreszcie lekceważyć włoskie wołania o pomoc w sprawie imigrantów.

Nowy rząd to rząd wybrany przez społeczeństwo, które wyraźnie poszło w prawą stronę, jednak nie znaczy to, że Włosi stali się nacjonalistami. Wybrali kogo wybrali, bo poprzedni rządzący zawiedli ich zaufanie na każdej linii. Nie jestem huraoptymistką i nie uważam, że teraz Italia wyjdzie z kryzysu i wszyscy będziemy żyć jak u Pana Boga za piecem, niemniej nie skreślam na samym początku nowego rządu, nie mając okazji przekonać się, jak jego przedstawiciele sterują państwem. Niech pokażą, co potrafią (albo i nie), niech spełnią przyrzeczenia wyborcze takie jak ukrócenie przywilejów polityków, niech spowodują wzrost gospodarczy, a wtedy lud będzie im wdzięczny. Podkreślam raz jeszcze, iż nie jestem entuzjastką tego rządu, ale psioczenie, że teraz to zacznie się we Włoszech kryzys, jest według mnie mało poważne. Gdyby było dobrze, lewica nie przegrałaby ostatnich wyborów. Może więc nie była tak światłą partią, jak próbuje się ją przedstawiać? Naród nie jest w ciemię bity, więc wyciągnął właściwe wnioski i zrobi to samo, jeśli obecny rząd będzie leciał w kulki. Ale to już jest temat na osobną dyskusję.



zdjęcie- La Voce di New York

Nowy początek na włoskiej prowincji

by 08 czerwca
To było prawie miesiąc temu, kiedy zapakowaliśmy resztę naszego skromnego dobytku do auta i wczesnym rankiem opuściliśmy Genuę. Spojrzałam ostatni raz na zamknięte okna w opuszczonym przez nas mieszkaniu, na kota, którego nazywałam "mały tygrysek" i wreszcie na schody, ciesząc się w duchu, że nie będę musiała więcej po nich wchodzić. Spoglądałam na naszą dziwną kamienicę, przedszkole Gai, znajdujące się obok i zastanawiałam się, jak to będzie na lombardzkiej prowincji. Zostawiłam za sobą siedem pięknych, ale też trudnych lat i z entuzjazmem przyjmowałam zmiany, na które tak długo czekałam. Wsiadłam do auta, pomachałam ręką na pożegnanie i udałam się może nie w siną dal, za to do miejsca, gdzie prawdopodobnie będziemy mieszkać kilka ładnych lat, albo i dłużej.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy nie w nowym domu, a w miasteczku o wdzięcznej nazwie Certosa di Pavia, gdzie znajduje się słynny klasztor, który miałam zamiar zwiedzić, ale mi się to nie udało, jako że wypad z dziećmi do takiego miejsca to nie jest dobry pomysł. W klasztorze panuje absolutna cisza i oczywiście się nie biega, tylko kroczy w skupieniu, a nie było szans na to, aby moja pięciolatka zachowywała się w nim poprawnie. Zrezygnowałam więc z odwiedzin i poszłam z dziećmi na plac zabaw, co okazało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. W Certosa di Pavia zatrzymaliśmy się na dwa krótkie dni, po czym wróciliśmy do domu z nadzieją, iż dostawca energii włączył nam prąd. Niestety, nie spełniły się nasze oczekiwania i musieliśmy się uzbroić w dużą cierpliwość, bo prądu jak nie było, tak nie było, a ja zaczęłam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. W Genui może i wkurzały mnie schody, ale o podstawowe wygody typu prąd, nie musiałam się martwić.

Koniec końców, wytrzymaliśmy bez prądu przez cały długi tydzień. Łatwo nie było, niemniej odnalazłam i pozytywne aspekty tego nieszczęścia- przez siedem dni nie gotowałam, ponieważ kuchenkę mamy nie na gaz, lecz na prąd właśnie, więc obijaliśmy się po pobliskich restauracjach. Znaleźliśmy bardzo miłe miejsce, blisko pracy mojego męża, gdzie fundują naprawdę smaczne i niedrogie jedzenie. Risotto, które tam jadłam, było tak pyszne, że do tej pory leci mi ślinka, gdy o nim pomyślę. Dawno żadna restauracja mnie tak nie urzekła i niewątpliwie do niej powrócę w niedalekiej przyszłości. Wracając jednak do sedna sprawy, czyli mieszkania bez prądu, to kiedy nareszcie go włączono, jako tako powróciliśmy do rzeczywistości. Pojawił się hydraulik i rozprawił się z kuchnią, wobec tego przestałam biegać z naczyniami do łazienki i odetchnęłam z ulgą. Poznaliśmy sąsiadów, Gaja poszła do nowego przedszkola, a ja zaczęłam powoli odkrywać miasteczko i upajać się tym, że wreszcie mogę wozić Sarę w wózku, a nie nosić na plecach.

Nasze nowe cztere kąty jeszcze nie są w pełni umeblowane, jako że mąż ma czas tylko w weekendy składać meble w pokoju dziewczynek. Większość lampek znajduje się w pudełkach, przedpokój jest pełen kartonów, z których wypakowałam już nasze rzeczy. Nie mamy również rolet do wszystkich okien i czuję się nieco podglądana, mimo że mało osób tu przechodzi. Regały na książki nadal nie są zamontowane i wielu rzeczy brakuje, ale to nic, bo wszystko przyjdzie z czasem. Mamy gdzie siedzieć i spać, choć trzeba przyznać, że nie sypiam zbyt dobrze. Dopóki pokój dzieci nie będzie gotowy, muszę spać z Sarą, która tak się kręci, że przez pół nocy przenoszę ją na jej stronę. Spanie z dziećmi jest może fajne, lecz pod warunkiem, że one się nie ruszają. Moja Sara wiercipięctwo wyssała wraz z mlekiem matki, więc pretensje mogę mieć sama do siebie. Ogólnie mieszka mi się tu wspaniale i mam wrażenie, że jestem na wakacjach, a najlepsze jest to, że mamy ogródek, zaś i Gaja z Sarą mogą się w nim wyszaleć do woli. Nie posiadam co prawda umiejętności ogrodniczych, ale człowiek uczy się całe życie, zatem jest nadzieja, że dam radę ujarzmić kosiarkę. Start tutaj był nieudany (to był raczej falstart) ze względu na problemy z prądem, natomiast dzisiaj czuję się tu jak ryba w wodzie, albo lepiej pączek w maśle, biorąc pod uwagę moje gabaryty. Nic więc dziwnego, że nie brakuje mi Genui.








Koszmar z ulicy Prądowej, dziury włoskiej procedury i przeprowadzka widmo

by 06 maja

O tym, że Italia to kraj absurdów przekonałam się kilka razy na własnej skórze, ale ostatnia historia związana z nonsensami włoskiego życia wyprowadziła mnie z równowagi. Zaczął się maj, więc teoretycznie powinnam być już w nowym domu, lecz wszystko się przedłużyło z powodu niefrasobliwości firmy dostarczającej prąd, która to zrobiła nas w konia. I prawie spowodowała moje załamanie nerwowe, a poziom stresu u mnie i męża podskoczył do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie przypuszczałam, że aktywowanie prądu może być aż tak problematyczne i trzeba się prosić o to, by zostać klientem firmy energetycznej.

W ubiegłym tygodniu mój mąż wysłał do dostawcy dokumenty online i ze spokojem czekaliśmy na potwierdzenie usługi. Po dwóch dniach zadzwoniliśmy tam, aby dowiedzieć się, czy nasze zgłoszenie dotarło i kiedy możemy spodziewać się aktywacji. Odpowiedziano nam, że papiery przyszły, więc zajęliśmy się innymi sprawami. Minęło jednak pięć dni roboczych, czyli tych, w ciągu których prąd miał zostać włączony, a tu nadal nic. Mąż ponownie się z nimi skontaktował i tym razem dowiedział się, że żadnych dokumentów nie ma i nie było. Pracownik poradził mu, żeby wysłał na nowo podanie, co oczywiście przedłuży czas oczekiwania o kolejne pięć dni roboczych. Nieważne, że źle nas poinformowali i nie poczuli się w obowiązku do szybkiego rozwiązania tej przykrej sytuacji. Procedury są jakie są i nie da się ich przyśpieszyć, tego jeszcze by brakowało.

Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy, że poczekamy, gdy nadeszła następna niespodziewana informacja. Znowu skontaktował się z nami przedstawiciel firmy, której nazwy z litości nie wymienię i ze stoickim spokojem oznajmił mężowi, że do pięciu dni roboczych należy doliczyć jeszcze czternaście dni, ponieważ umowa obejmuje klauzulę o tym, iż klient ma dwa tygodnie na podjęcie decyzji, czy chce ten prąd czy nie. A skoro milczeliśmy, to spółka przyjęła za pewnik, że może się rozmyślimy. Fakt, że dzwoniliśmy tam kilkanaście razy i mówiliśmy, że im prędzej aktywują nam prąd, tym lepiej, nic im nie wyjaśnił. Dołożono nam dwa tygodnie i czas oczekiwania na prąd przedłużył się do miesiąca, co przyjęliśmy z rozpaczą.

Kiedy złość mi już przeszła, doszło do mnie, że przecież to nie jest jedyna firma, która dostarcza prąd i można coś z tym fantem zrobić. Podziękowałam za usługę i zerwałam wszelkie kontakty, bowiem miesiąca bez prądu sobie nie wyobrażam. Konkurencja przyjęła nas entuzjastycznie, w jej umowie nie ma żadnych kruczków i zobowiązali się aktywować nam prąd do pięciu dni roboczych i nie dodają nam następnych dwunastu na nie wiadomo co. Z Genuą na sto procent pożegnamy się jutro, do Pavii zawitamy wcześnie rano i trzy dni przebębnimy w hotelu, co samo w sobie jest niedorzeczne, ponieważ mamy gdzie mieszkać. Niestety, dom nie jest wyposażony w najważniejszą rzecz, a kraść prądu nie zamierzam, gdyż znając życie, wsadziliby mnie za kratki i w ogóle nie mogłabym się cieszyć z naszych nowych czterech kątów. Te kilka dni chcę spędzić zwiedzając i nie przejmując się niczym, a w międzyczasie będę rozważać, jak to jest, że mam zawsze pod górkę i nawet normalnie przeprowadzić się nie mogę. Gdyby chodziło tylko o mnie, nie miałabym problemu funckjonować bez prądu, lecz z małymi dziećmi to niewykonalne. A właśnie, gdy zdesperowana spytałam pracownika pechowej firmy jak mam teraz podgrzewać mleko córkom, niezrażony niczym gość odpowiedział mi (cytuję), że zawsze mogą wypić zimne. Operator firmy energetycznej odradza mi korzystanie z prądu i proponuje alternatywne metody, no tego się nie spodziewałam. A nie mówiłam, że Italia to kraj absurdów?


Zdjęcie- il Salvagente

Pożegnanie z Genuą

by 22 kwietnia

Pobyt w Genui powoli dobiega końca. Pakujemy się, a moje wspomnienia przybierają konkretny wygląd. Jakieś ciuszki, które trzymałam na pamiątkę, stare bilety do kina czy inne pierdoły są potwierdzeniem tego, że przez siedem lat wiele się tutaj działo, a nasze życie obfitowało w niespodzianki. Nie zawsze było kolorowo, czasem miałam ochotę stąd uciec, niemniej bilans jest zdecydowanie pozytywny i nie żałuję ani jednej chwili, którą tu spędziłam. Teraz przygotowuję się na zmiany i zastanawiam się, jak będzie w nowym miejscu. Zamieszkamy w małym miasteczku, można nawet powiedzieć, że na zadupiu, co bynajmniej mnie nie przeraża. Jestem podekscytowana i odliczam dni do przeprowadzki.

Wyjeżdżam za niedługo, więc zrobiłam się sentymentalna i przypominam sobie jak to było, gdy przyjechałam do Genui. Pamiętam, że miasto nie wzbudzało mojego zaufania, na początku rzadko wychodziłam z domu i trochę minęło, zanim się tutaj zaklimatyzowałam. Teraz jest zupełnie inaczej, nie błądzę już jak dziecko we mgle i nie mam obaw, że coś mi się nie uda. Stałam się odważniejsza, zaś wyprowadzkę traktuję jak wspaniałą przygodę i tydzień, który do niej pozostał, dłuży mi się niemiłosiernie. Nie jesteśmy jeszcze ogarnięci, w domu panuje bałagan, kartony i worki królują wszędzie, a ja nie wiem, gdzie ręce mam włożyć. Najbardziej zadowolone z chaosu są dzieci i mieszkanie w takim wydaniu podoba im się o wiele bardziej, niż gdy jest w nim porządek. Sara, która ma niecałe dwa lata, nie ogarnia tego, co się dzieje, natomiast jej starsza siostra poinformowała o przeprowadzce całe przedszkole i pół ulicy, nie wyłączając największej plotkary na osiedlu. 

Genua to wyjątkowe miasto i trudno je pokochać od pierwszego wejrzenia, ale na pewno kilku rzeczy będzie mi brakowało. Widoku z okna, jedynego w swoim rodzaju, obejmującego stadion i skrawek morza. Tych wspaniałych kolorów nieba, tak różnych każdego dnia. Smaku focacci, najpyszniejszej na świecie, do której nie umywa się żadna inna. Ryku kibiców, czasami brutalnego, lecz dającego się polubić. Zgiełku panującego na ulicach i oddechu wielkiego miasta. Barów, sklepików osiedlowych oraz majestatycznych kamienic, przytłaczających mnie swoim pięknem. Starszego pana, uśmiechającego się do mnie, którego spotykałam codziennie i rozmawiałam z nim o błahych sprawach. Właścicielki pralni, umiejącej zagadać człowieka na śmierć, ale jakże sympatycznej. I tysiąca innych ludzi, ulic, miejsc, często bezimiennych, a tak dużo mi mówiących. Przed nami kolejny etap wędrówki i jestem przekonana, że w miasteczku leżącym w pobliżu Pavii będziemy tam tak samo szczęśliwi. 

Wyprowadzka

by 05 kwietnia

Druga połowa kwietnia będzie dla mojej rodziny dosyć ciężkim miesiącem. Stało się, wyprowadzamy się, o czym marzyłam od dawna, ale nadal to do mnie nie dochodzi. Zapuściłam korzenie w Genui, przyzwyczaiłam się do tego miasta, ujarzmiłam je, więc świadomość, że będę tu mieszkać tylko do końca miesiąca, jest dla mnie trudna do zniesienia. Cieszę się z przeprowadzki, jak najbardziej, ba, skaczę po łóżku z radości, niemniej jest mi trochę dziwnie, co zresztą jest normalnym uczuciem. Przeżyłam w Genui siedem lat, raz lepszych, raz gorszych, lecz niewątpliwe pięknych, bo tutaj wyszłam za mąż i urodziły się moje córeczki. Zostawiam za sobą pierwsze momenty emigracji, dużo życzliwych osób, mnóstwo nowych znajomych i schody, które przeklinam tak samo, jak na początku.

Wyprowadzamy się, ponieważ mój mąż zmienił pracę. Nie siedzi już na uniwersytecie, a pracuje w firmie, do której dojeżdża pociągiem, więc dalszy pobyt tutaj zwyczajnie nie ma sensu. Od początku grudnia ubiegłego roku mąż codziennie traci na dojazd pięć godzin i ten nowy tryb życia daje nam się mocno we znaki. Wychodzi z domu rano przed szóstą, wraca wieczorem koło dziewiątej, dzieci w ciągu tygodnia prawie go nie widzą, a ja czuję na sobie podwójny balast. Nie lubię narzekać na macierzyństwo, ale muszę przyznać, że bez wsparcia męża nie jest mi lekko. Muszę radzić sobie sama, zaś każde dalsze wyjście z domu jest dla mnie sporym wyzwaniem. Do pediatry mąż woził mnie autem, natomiast teraz jeżdżę trzema autobusami, co nie jest jakimś wielkim wyczynem, lecz mając na plecach Sarę ważącą 10 kilogramów po przyjściu do domu czuję się tak, jakbym zeszła z ringu.

I chłonę Genuę, na którą zostało mi tak mało czasu. Dopiero dzisiaj, na tak niewiele przed wyjazdem, zdałam sobie sprawę z tego, że nie znam tego miasta. Zawsze odładałam zwiedzanie na jutro, tymczasem okazuje się, że na jutro jest już za późno. Nie dam rady nadrobić turystycznych zaległości i przeprawiać się przez miasto z aparatem w ręku, bo nie pozwala mi na to proza życia. Nie mogę rzucić wszystkiego i latać po Genui, choć bardzo bym chciała, ponieważ mam zobowiązania i czekają na mnie kartony, do których powoli pakuję nasz skromny dobytek. Jednakowoż, gdy nadarza się okazja, cykam zdjęcia i uwieczniam tak dobrze mi znane miejsca. Moje uczucia do Genui są skomplikowane, czego nigdy nie ukrywałam, lecz obecnie, w przededniu naszej wyprowadzki, pamiętam jedynie te dobre rzeczy. Będę tęsknić umiarkowanie, gdyż najdroższych zabieram ze sobą. A udajemy się do Lombardii, gdzie zamierzamy zapuścić korzenie, przynajmniej taki mamy zamiar, chyba że los zadecyduje inaczej.

Dziwny przypadek nadwrażliwego sąsiada

by 29 marca

Gdyby można było wybrać sobie sąsiadów, życie byłoby piękniejsze. Co prawda nie mam na co narzekać, bo trafili mi się niekłopotliwi sąsiedzi, którzy w większości są bardzo miłymi ludźmi, lecz kobieta z naprzeciwka powoli dostaje szału, ponieważ facet mieszkający nad nią jest nie do wytrzymania. I faktycznie, widząc co on wyrabia, muszę przyznać dziewczynie rację. To sąsiad wprost z piekła rodem.

W moim bloku i w ogóle we włoskich kamieniacach ściany są dosyć cieńkie, więc często można usłyszeć, o czym mówią sąsiedzi (dlatego ja się pilnuję i staram się nie podnosić głosu), nawet jeśli się tego nie chce. Jednak człowiek, z którym zadarła moja sąsiadka poszedł o krok dalej- mu przeszkadza wszystko. Mieszka sam i nie akceptuje niczego- ani tego, że zaszczeka pies (choć Genueńczycy znani są ze swej miłości do czworonogów), ani tego, że zamyka się okna, czy tego, że puści się muzykę. Co chwila schodzi na dół i zostawia sąsiadce przypięte karteczki z pretensjami. Na jej miejscu wyszłabym z siebie.

Te karteczki to jakaś mania sąsiada, bo podrzuca je każdej rodzinie mającej to nieszczęście, że mieszka nad nim. Teraz stanęło na sąsiadce, która przeprowadziła się tutaj rok temu, nie ma jej prawie cały dzień w domu, a kiedy do niego wraca, musi stresować się z powodu karteczek na drzwiach. Zanim tu się zjawiła, zastanawiałam się, jak to możliwe, że to mieszkanie wiecznie zmienia lokatorów, a teraz mam na to odpowiedź. Ludzie odchodzą stąd z powodu sąsiada, jako że nie chcą się z nim użerać i wolą mieć święty spokój. Co to zresztą za forma komunikacji, te całe karteczki? Z tego co wiem, sąsiad mówić potrafi, więc jaki to problem pójść i powiedzieć wprost, o co mu chodzi?

W ubiegłym tygodniu zostawił swoje żale na drzwiach aż cztery razy. Pierwszy brzmiał "Proszę zamykać i otwierać okiennice ciszej, bo ludzie nie mogą spać). Pisząc "ludzie" miał na myśli oczywiście siebie, gdyż nikt inny się o to nie wkurza. Druga karteczka była bardziej zwięzła: ("Proszę nie trzaskać drzwiami") i nie wiadomo, czemu sąsiad uparł się tych drzwi, ponieważ sąsiadka wcale nimi nie wali. Trzecia karteczka dotyczyła psa: ("Proszę uspokoić tą bestię, bo tylko szczeka"). Rzeczona bestia ma cztery miesiące, jest słodka i prawie nie szczeka, a jeśli już, to bardzo rzadko i nie za głośno. Czwarta karteczka została przypięta wczoraj: "Proszę za długo nie wiercić, to niedozwolone). Zdesperowana sąsiadka robi remont łazienki i obwinia siebie za zbyt krzykliwe życie. 

Mój mąż stwierdził, że gdyby nam przypinał na drzwiach te durne karteczki, to porozmawiałby sobie z nim po męsku. Nie można od innych wymagać, by nie oddychali w swoim własnym domu, zwłaszcza gdy nic złego nie robią. Problem leży w sąsiedzie, który ma dziwną wizję wspołżycia międzyludzkiego. Wiadomo, że bywają gorsze dni i hałasy z zewnątrz mogą przeszkadzać każdemu, ale przecież można to inaczej załatwić. Kulturalnie, bez pretensji, tymczasem facet nie ma ochoty na rozmowy i woli obgadywać sąsiadów na fejsie (co rusz podkreślając, skąd pochodzą, jakby to miało znaczenie) i biadolić na los, który zrzucił mu taki kłopot pod siebie. Jego znajomi raczej nie wiedzą, że przypina karteczki od dobrych kilku lat i dał się we znaki czwartej z kolei rodzinie. Wynika więc z tego niezbicie, iż kłopot ma on, a nie ludzie zachowujący się jak ludzie. Za niedługo nie będą mogli nawet szeptać, bo sąsiad i na to znajdzie paragraf. Najlepiej by było, jeżeliby to on się wyprowadził i zamieszkał w willi lub na bezludnej wyspie. Wtedy byłby pewien, że nikt nie zakłóci mu świętego spokoju.

Wesołego Alleluja!


zdjęcie- YourMag

Piękna włoska tradycja dubbingowania

by 14 marca


Od prawie siedmiu lat poznaję na nowo Włochy i tyle samo oswajam się z emigracją. Przebywanie na obczyźnie wiąże się z niespodziankami, których człowiek nie jest do końca w stanie ujarzmić, choć bardzo by chciał. Do większości spraw już się przyzwyczaiłam i nawet bidet stał się dla mnie normalnością, mimo że jeszcze do niedawna psioczyłam, iż tylko zajmuje niepotrzebne miejsce w mojej łazience. Włosi bez niego nie wyobrażają sobie funkcjonowania, więc chcąc nie chcąc, się do nich dostosowałam. Jest jednak coś, z czym przyszło mi się tutaj zmierzyć i ciężko mi było to zaakceptować, ponieważ wyrosłam na naszych wspaniałych lektorach i oglądanie filmów bez ich telewizyjnych głosów nie sprawiało mi przyjemności. A w Italii każdy film i serial są dubbingowane, co prawie natychmiast odbiło mi się czkawką. Dla mnie filmy zawsze kończyły się zdaniem „Czytał Tomasz Knapik” i tą włoską manię dubbingowania uważałam za bluźnierstwo. Brak oryginalnych głosów aktorów stał się nieomal przyczyną konfliktu z moim mężem, który jak na Włocha przystało, jest wielkim zwolennikiem rodzimego dubbingu. Według niego to jest prawdziwa sztuka i powinnam ją docenić, a nie szukać dziury w całym.

Na początku mojego pobytu we Włoszech wcale nie oglądałam telewizji i nic mnie w niej nie kręciło, aż do czasu, kiedy odkryłam "Modę na sukces" emitowaną przez Canale 5 (kto nie obejrzał ani jednego odcinka, niech pierwszy rzuci we mnie telewizorem). Nie widziałam telenoweli od lat, ale wiadomo, że serial jest tak skonstruowany, iż można opuścić i tysiąc odcinków, a nie wypadnie się z fabuły. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast głębokiego głosu boskiego Ridege'a usłyszałam jakiegoś Włocha. No jak tak można, to gwałt w biały dzień na kultowym przecież serialu. Poskarżyłam się mężowi i zażądałam odcinków z lektorem, lecz mąż, ten zdrajca, mnie wyśmiał. Co ja sobie wyobrażam, że przyjechałam do Włoch i na moje życzenie Ridge będzie mówił swoim głosem? Chyba mi odbiło, zwłaszcza że włoski dubbing jest wspaniały, jego kunszt docenia się wszędzie i nikt na niego nie narzeka (oprócz, jak widać, pewnej Polki malkontentki). Koniec końców przestałam oglądać „Beautiful” (tak we Włoszech nazywa się "Moda na sukces") i obraziłam się na męża, bo nie zrozumiał skali problemu. A potem poszliśmy do kina i tam było jeszcze gorzej. Znowu włoski dubbing wziął górę nad filmem i przyjemny wieczór diabli wzięli.

Trochę minęło, zanim zrozumiałam, że nic z tym fantem nie zrobię i będę musiała znosić moich ulubionych aktorów mówiących po włosku. Cóż, bywają większe katastrofy, a oglądanie filmów wyłącznie po włosku mogło być dla mnie okazją do lepszego poznania języka. Wystarczyło zresztą kilka seansów, by przekonać się, że mąż miał rację, gdy przekonywał mnie, że dubbing włoski to prawdziwa sztuka. Faktycznie, aktorzy rodem z Italii mistrzowsko dubbingują kolegów zza oceanu, a ich kunszt jest na bardzo wysokim poziomie. Wykonują zaś ten fach nie byle jacy grajkowie, ale również ci z pierwszych stron gazet, wybitni i uznani, którzy potrafią wbić widzów w fotel. Ich interpretacje są żywe, namiętne oraz pełne pasji i kiedy ich słucham, już nie brakuje mi oryginalnego języka. Jednym z moich ulubionych „dubbingowców” jest wielki aktor Giancarlo Giannini, podkładający głos największym hollywoodzkim gwiazdom, takim jak Al Pacino czy Jack Nicholson (pod wrażeniem interpretacji Gianniniego w „Lśnieniu” był sam Stanley Kubrick). Największe wrażenie jednak zrobił na mnie Luca Ward, który wcielił się (między innymi) w Maximusa Russela Crowe'a w niezapomnianym "Gladiatorze". Ten facet ma tak ujmujący głos, że wszystkie moje wahania odeszły w zapomnienie. Z nim udało mi się ujarzmić włoski dubbing (posłuchajcie sobie, jak wypowiada słynną frazę Maximusa - „Nazywam się Maximus Decimus Meridius...” - mnie zawsze przechodzą ciarki) i za to mu chwała.

Tak, tak, i mąż czasem się nie myli, chociaż gdyby się tak zastanowić, to i on nie jest bez winy. Przepada bowiem za Polską i wszystkim, co z naszym krajem związane (z jedzeniem na czele), ale jest jedna rzecz, do której nie potrafi dojrzeć. Jako Włoch z krwi i kości nie jest w stanie pokochać, zrozumieć i uszanować polskiego zwyczaju telewizyjnego, czyli lektorów czytających filmy. Nie przekona się do nich nigdy, jakkolwiek tłumaczę mu, iż bez nich rodzima telewizja byłaby zwyczajnie nudna. W tym wypadku chyba nie dojdziemy do porozumienia i naszym domem zapewne jeszcze niejeden raz wstrząsną polemiki. Nie może być inaczej, skoro mąż oglądając polskie filmy po prostu na nich zasypia. Wyjątkiem są te, które jakimś cudem puszcza włoska telewizja. Wtedy na nie patrzy, zachwyca się i wygłasza uwagi, że włoski dubbing je odświeżył. Nie mam siły z nim polemizować.



Na zdjęciu Luca Ward- źródło- Everyeye

Rozważania przed wyborami we Włoszech

by 03 marca

W nadchodzącą niedzielę, czwartego marca, odbędą się we Włoszech wybory do parlamentu. Nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie ich wynik, bo czekam na zmiany i ufam, że naród odpowiednio podziękuje obecnemu rządowi. W ostatnich latach nie działo się dobrze w Italii, więc nadszedł najwyższy czas, aby zająć się naprawą kraju. Kto przejmie pałeczkę po Partii Demokratycznej (o ile w ogóle ją przejmie) i czy Włosi masowo pójdą do urn? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Zdaję sobie sprawę z tego, iż po wyborach wiele wody jeszcze musi w rzece upłynąć, aby we Włoszech nastąpiła poprawa. Nie jestem aż tak naiwna, by wierzyć we wszystkie obietnice polityków, zresztą niektóre z nich wywołują uśmiech politowania na mojej twarzy. Bardzo bym jednak chciała, żeby w Italii wreszcie było więcej optymizmu i mniej boleści, a społeczeństwo miało się po prostu lepiej.

Spekulacje na temat nowego rządu trwają, a nastroje społeczne nie są za wesołe. Dużo mówi się o tym, iż do Włoch powrócił faszyzm, co w moim odczuciu jest błędnym założeniem. Ostrzega się przed skrajnie radykalnymi ugrupowaniami i oskarża się je o szerzenie nienawiści, lecz nie jest do końca zgodne z prawdą. Kilka niechlubnych incydentów nie może być przykładem na to, że klimat w Italii stał się faszystowski i do głosu doszli nacjonaliści.

W Italii od pokoleń żyją przedstawiciele różnych kultur, więc ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o Włochach jest ta, że nie lubią obcych. Na moim osiedlu da się spotkać cały świat i jakoś nie zauważyłam, by komuś to przeszkadzało. Wydarzenia takie jak w Maceracie, kiedy to facet z auta strzelał do imigrantów, to pojedyncze przypadki. A jeśli miały miejsce, to należy się zastanowić, dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Do Włoch przybyło ostatnio za dużo nielegalnych imigrantów, co potwierdzają nawet przedstawiciele obecnego rządu, którzy są za to odpowiedzialni, stąd też ekstremalne (i haniebne) reakcje.

Pisanie o imigracji to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy się jej nie popiera. Jestem jej przeciwna, gdyż Włochów na nią nie stać i nie podoba mi się to, że wzbogacają się dzięki niej spółki, zarabiające naprawdę grube miliony. A kiedy słyszę, jak w wywiadzie telewizyjnym trzecia osoba w państwie (Laura Boldrini) oznajmia, że nie da się odesłać nielegalnych imigrantów, bo nie wiadomo, skąd przybyli i kim są, to zaczynam się bać. Jak to możliwe, że Włosi nie wiedzą, kogo wpuszczają do swojego domu? Sytuacja chyba wymknęła się spod kontroli.

Jednakowoż nie tylko imigracją Italia żyje, a problemów na Półwyspie Apenińskim namnożyło się sporo. Gdybym miała użyć jednego słowa, które definiuje poczynania aktualnego rządu, byłoby nim precario, co oznacza niepewny. Niepewna przyszłość, niepewne emerytury, niepewni młodzi ludzie, niemający perspektyw i niepewna starość, często pozbawiona nadziei. Naród musiał poznać smak wyrzeczeń, natomiast politycy nie odjęli sobie z niebotycznie wysokich uposażeń ani centa. Z tego właśnie powodu użawam, że zmiany są konieczne i nieuniknione. Społeczeństwo jest zmęczone i jestem przekonana, że da temu wyraz podczas jutrzejszych wyborów.


zdjęcie- ciaostl.com


Polki we Włoszech wieczne zdziwienie

by 23 lutego

Wielokrotnie pisałam, że prawdziwą Italię odkryłam wtedy, gdy osiadłam na Półwyspie Apenińskim. Przedtem byłam miłośniczką Włoch i wiedza o tym kraju ograniczała się do wspaniałości, turystycznych szlaków i jako tako jedzenia, a o reszcie nie miałam zielonego pojęcia. Skąd bowiem mogłam wiedzieć, jak żyją Włosi, co im w duszy gra i jakimi są ludźmi? Po prawie siedmiu latach obcowania z nimi doszłam do nowych wniosków i moje spostrzeżenia na temat Italii przybrały nieco inną barwę, a ponadto zdziwiły mnie rytuały, które poznałam dopiero tutaj. Od kuchni Włosi są jeszcze bardziej interesujący, a ich zwyczaje niejeden raz spowodowały moją konsternację, śmiech, a nawet bezradność. Cóż, życie emigrantki nie jest usłane oczywistościami.

Jedne z pierwszych włoskich zdziwień, o które się otarłam, to włoskie pogrzeby (tak, dobrze czytacie). Niby niewiele różnią się od naszych, lecz dwie rzeczy zwróciły moją uwagę, bo w polskiej tradycji z czymś takim się nie spotkałam. Przede wszystkim byłam zdumiona tym, że na widok trumny wynoszonej z kościoła ludzie klaszczą. Nie ma ciszy i skupienia, jak u nas, za to słychać brawa. Domyślam się, że w ten sposób oddaje się hołd zmarłej osobie, niemniej do końca tego zwyczaju nie zaakceptowałam. Druga sprawa to kwestia ubioru na ceremonię. U nas na pogrzeby ubiera się "świątecznie" i trzeba być odstrzelonym, inaczej możemy być pewni, że zostaniemy obgadani. Ostatnio przeglądałam relację z pogrzebu pewnego artysty i uderzyła mnie agresja komentujących. Większość skupiła się na tym, co mieli na sobie goście pogrzebowi i nie pozostawiła na nich suchej nitki. Tymczasem Włochom brak odpowiedniego stroju nie przeszkadza i nie obchodzi ich, jak wyglądają inni. Ważna jest obecność i szacunek dla zmarłego. 

Lepiej będzie, gdy odejdę od tych grobowych nastrojów i przejdę do mojego kolejnego zaskoczenia rodem z Italii. Odkąd moja starsza córeczka chodzi do przedszkola, nie mogę wyjść z podziwu, jak często strajkuje włoska oświata. Nie wiem, czy tak jest w każdej części Włoch, ale w Genui strajki zdarzają się nierzadko i nie wygląda na to, by miały się zakończyć. Moja polska dusza dziwuje się temu niepomiernie, ponieważ nie przypominam sobie, by w ciągu mojej szkolnej kariery był chociaż jeden dzień, kiedy nauczyciele nie przyszli do pracy. Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem decyzji o strajkowaniu pań przedszkolanek Gai. Od lat nie widziały podwyżki, a obowiązków mają naprawdę sporo. Nie wyobrażam sobie, by u nas strajki w szkolnictwie przeszły bez echa.

Niedawno opublikowałam wpis na temat włoskich sklepów, lecz zapomniałam wspomnieć o dwóch niespodziankach, które mnie spotkały. Lubię moje osiedlowe sklepiki i na co dzień do nich zaglądam, z racji tego, że mam blisko oraz panuje w nich fajna atmosfera. Wczoraj w warzywniaku chciałam zapłacić kartą, ale pan sprzedawca powiedział mi, że jeszcze nie założył takiej formy płatności, mimo że powinien ją mieć. Nie przejmuje się tym wcale, bo w sumie kontroli tu nigdy nie ma, zresztą kupują u niego przeważnie babcie, które nie znają się na kartach, a urzędnicy to też ludzie, więc nawet gdyby się pojawili, to nic mu nie zrobią. Sklepy obok również nie są wyposażone w sprzęty do płacenia elektronicznego i on się nie będzie wychylał przed szereg. Jest dobrze jak jest. I tak sobie pomyślałam, słuchając go, że w naszej rzeczywistości taka beztroska byłaby niemożliwa. Jeśliby przyłapano właściciela sklepu bez wymaganego wyposażenia, to na pewno dostałby wysoką karę pieniężną. Włosi zaś wszystko robią po swojemu, a ich fantazja nie zna granic, o czym przekonałam się w piekarni. Każdy rodzaj bułki ma bowiem różną nazwę- książeczka, olejka, zwijana, mięciutka i tak dalej. To w sumie szczegół i niewiele zmienia w moim  włoskim pożyciu, niemniej to nazywanie pieczywa bardzo mnie ujęło.

No i ostatni przypadek, który niezwykle mnie zadziwił, czyli fakt, że Włosi to plotkarze. Na początku mojego pobytu tutaj byłam przekonana, że tylko Polacy lubują się w ploteczkach, ale musiałam zmienić zdanie. Włosi uwielbiają szeptać o kątach, rozprawiać i obmawiać, a niektóre emerytki spędzają dzień na pogaduszkach. O ich manii plotkowania przekonałam się na własnej skórze, kiedy to spotkałam przy ławeczkach starsze panie i ukłoniłam się im na powitanie. Chciałam odejść, lecz mnie zatrzymały i okazało się, że wiedzą o mnie sporo. Nie mam pojęcia skąd, ale byłam zszokowana, gdy zaczęły mnie prześwietlać. Wydawało mi się, że jestem anonimowa i nikt nie zwraca na mnie uwagi, a tu proszę, osiedlowy patrol zauważył moją obecność. Zweryfikowałam więc swoje pojęcie, zwłaszcza że w mojej kamienicy mam przykład osoby kochającej plotki. Jedna z moich sąsiadek pół dnia spędza przy oknie, widzi wszystko i nikomu nie przepuści. Poinformował mnie o tym sąsiad, który ma z nią na pieńku, odkąd weszła buciorami w jego prywatne sprawy. Natomiast według mojego męża zamiłowanie do plotek jest czymś, co łączy ludzi pod każdą szerokością geograficzną i tym złowrogim skądinąd spostrzeżeniem zakończę ten przydługi wpis. Wiwat Włosi!


zdjęcie- Milanopost.it

Narkotykowy skandal, który wstrząsnął Włochami

by 15 lutego

Ja wiem, że telewizor to zwykły pożeracz czasu i najlepiej by było, gdybym w ogóle go się pozbyła. Wiem też, że włoska telewizja ma do zaoferowania programy niskich lotów, których jedynym zadaniem jest ogłupianie widzów i danie im tego, czego pragną najbardziej, czyli trashu. Przyznaję się do tego, że oglądam telewizję i to nie tylko wtedy, gdy na ekranie pojawia się Alberto Angela. Patrzę również na różne show, ponieważ ta kiepska rozrywka dla mas dobrze na mnie działa, a poza tym pomaga poznać mi lepiej naturę rodaków mojego męża. Mąż zaś uważa, że mogłabym dać sobie z nimi spokój, bo wstyd patrzeć na takie pierdoły. Zgadzam się z nim, niemniej dalej wpatruję się w ekran. I coraz bardziej się dziwię.

Kilka tygodni temu w programie telewizyjnym L'isola dei famosi (Wyspa Celebrytów) wybuchł skandal nad skandale, kiedy to jedna z uczestniczek reality - Eva Henger oskarżyła innego uczestnika o to, iż do show sprowadził narkotyki. Działo się to na żywo i nikt nie mógł zapobiec temu, co wydarzyło się później, a wymieniony przez Evę Francesco Monte wcale nie zaprzeczył rewelacjom o paleniu marihuany. Wyjaśnijmy tutaj, iż rzecz działa się w Hondurasie, gdzie posiadanie narkotyków jest surowo karane (nawet jeśli jest to "tylko" marihuana), a na każdym rogu da się spotkać policyjne patrole, mogące skontrolować przyjezdnych w każdej chwili. Monte ponoć palił marihuanę w hotelu, w którym oczekiwał na rozpoczęcie programu, co oczywiście było niedozwolone. Doniesienia okazały się na tyle szokujące, że Francesco zrezygnował z udziału w reality i wrócił do Włoch, zaś Eva Henger (wyelimowana przez widzów) musiała zmierzyć się z hejtem, bowiem opinia publiczna nie pozostawiła na niej suchej nitki.

We Włoszech zawrzało, Henger i jej rodzina zaczęli dostawać śmiertelne pogróżki, natomiast narkotykowe preferencje Francesco Monte jakoś Włochów nie zszokowały. W końcu mowa była nie o ciężkich narkotykach, lecz o marihuanie, kto w życiu jej nie palił, niech pierwszy rzuci kamieniem- tak rozumowali Włosi. Większość z nich nie wierzyła Evie Henger i uważała, że jej oskarżenie na żywo było spowodowane zemstą, a nie obawą o własne bezpieczeństwo. Monte nominował Evę jako kandydatkę do opuszczenia programu, więc odpłaciła mu pięknym za nadobne i zrobiła to z premedytacją, bo w wejściu na żywo. Zniszczyła chłopaka, doniosła na niego i nakleiła etykietkę narkomana, czego było za wiele dla liberalnych Włochów. Dlaczego nie zgłosiła sprawy wcześniej i nie powiadomiła produkcji- zastanawiali się widzowie programu, nie potrafiący przeboleć, że przystojny Francesco opuścił wyspę. Większość internautów była też zgodna co do tego, że Eva Henger, eks gwiazda porno, jest ostatnią osobą, która może prawić innym morały.

Gdy sprawa z narkotykami wyszła na jaw, byłam oburzona i całym sercem stałam po stronie Monte. Sądziłam, iż Henger posunęła się za daleko z oskarżeniami, a to, że zrobiła to w programie na żywo, dodało tylko oliwy do ognia. Minęło kilka dni, burza medialna rozpętała się na dobre, a ja ze zdumieniem przyjęłam to, jak sprawa palenia marihuany została przez widzów i producentów programu zminimalizowana. Ci, którzy bronili Monte wspominali o tym, że ta marihuana to w sumie nic takiego i nie ma co robić z tego sensacji. Zapomniano, że show oglądają nastolatki i takie słowa na pewno nie były dobrym przesłaniem (niektórzy się opamiętali i zaczęli przekonywać, że wszystkie narkotyki są złe). Po odejściu Monte z reality zapanowała swoista zmowa milczenia i nikt o nim już nie wspominał- ani byli uczestnicy, ani pozostali na wyspie. Henger broniła się zaciekle, ale nawet produkcja Wyspy Celebrytów była przeciw niej, co pozwoliło mi spojrzeć na sprawę z drugiej strony.

Henger doniosła w dobrej wierze czy nie, lecz to nie ona brała niedozwolone środki, a cała nienawiść skupiła się na niej. Biedny Francesco, który wiele ostatnio wycierpiał, stał się dla widzów jeszcze bardziej drogi. Produkcja programu odcięła się od narkotykowej afery i robi wszystko, by widzowie o niej zapomnieli. Nie będzie to łatwe, ponieważ marihuanowy skandal stał się pożywką dla mediów, a na pytanie, kto tu kłamie- Monte czy Henger, nikt nie potrafi odpowiedzieć. Mnie w tej sytuacji zaskoczyła inna rzecz- postawa widzów, oburzonych zachowaniem Evy Henger. Oznacza to, że dla Włochów gorszym przestępstwem od samego przestępstwa jest donosicielstwo. I to jest bardzo niepokojące.


zdjęcie-Centro Meteo Italiano

O czym szumią (moje) włoskie struny

by 07 lutego

W moim życiu Włochy od dawna pełnią ważną rolę. Jeszcze zanim tu zamieszkałam, już kochałam ten kraj miłością bezgraniczną i bezkrytyczną. Darzyłam sentymentem wszystko co włoskie, a na sam dźwięk słowa Italia przechodziły mnie dreszcze. Dzisiaj moje uczucia trochę się zmieniły, niemniej nie zmienia to faktu, że Włochy są moją drugą ojczyzną. A jako że pozostałam w klimacie świętowania blogowej rocznicy, postanowiłam opisać kilka ciekawostek o mnie, ściśle związanych z Italią, które nie mają większego znaczenia, lecz pokazują, co mi tam włoskiego w duszy gra. A gra, i to jak gra:

1. Włochy pokochałam w 1990 roku, kiedy miałam 12 lat i dzięki Mundialowi Italia 90 przeniosłam się do włoskiej ziemi. Pamiętam te błękitne koszulki reprezentacji, kibiców wydzierających się z ekranów telewizora i włoskie słówka, które udało mi się wychwycić. To były czasy bez internetu, smartfonów i tylko z dwoma kanałami w telewizji, za to z emocjami sięgającymi zenitu. Po mistrzostwach w Italii już nic nie było takie, jak przedtem.

2. Moim ulubionym włoskim klubem piłkarskim jest AC Milan. Zostałam jego fanką, gdy prezydentem klubu był Silvio Berlusconi. Od zawsze wiedziałam, że to niepospolity człowiek, niemniej jego wkład w politykę włoską wprawił mnie w osłupienie. Do byłego premiera odczuwam coś na kształt sympatii z racji tego, że za jego kadencji Milan odnosił największe sukcesy. Szkoda, że tak samo sprawnie nie potrafił rządzić krajem.

3. Wiem, że tym punktem mogę się narazić niektórym osobom, ale nie przepadam za grą aktorską Roberta Benigniego. Cenię go jako reżysera, jego filmy mogłabym oglądać na okrągło (zwłaszcza "La vita e bella"), lecz jako aktor niestety mnie nie powala. Moja niechęć zaczęła się od "Pinokia" i nie pomogły tłumaczenia aktora, że w tej roli widział go sam Federico Fellini.

4. A skoro wspomniałam włoskiego reżysera, to nie mogę pominąć jego wybitnego dzieła, jakim jest niewątpliwie "La strada". To absolutnie wyjątkowy film, który pokazuje, że Anthony Quinn potrafił więcej, niż zagrać Greka Zorbę, a Giulietta Masina to była wielka aktorka. Jej Gelsomina wpłynęła na mnie do tego stopnia, że chciałam tak nazwać moją starszą córeczkę. Niestety, mąż nie chciał o tym słyszeć.

5. Chciałabym się przenieść w czasie i choć przez chwilę żyć we Florencji, gdy rządzili w niej Medyceusze. Kiedyś przeczytałam książkę na temat tego rodu i zafascynowała mnie postać Lorenza Medici, jego stosunek do sztuki i patronat nad wielkimi (i nie tylko) artystami. Niedawno telewizja transmitowała serial o Medyceuszach (ze wspaniałą międzynarodową obsadą), lecz nie porwał mnie on wcale.

6. Nie przepadam za owocami morza, za to uwielbiam bakłażany, które odkryłam tutaj. Nikt mnie nie zmusi do zjedzenia karczochów i polenty, ponieważ kiedyś zrobiłam z niej cement i zamiast wyrzucić, podałam na ją na obiad. Od tamtej pory jestem uprzedzona.

7. Uważam, że muzyka włoska jest niedoceniona. Ostatnio odkryłam piosenki Rino Gaetano i odpłynęłam. Poza tym cenię utwory Claudio Baglioniego i wolę go w roli wokalisty niż prowadzącego festiwal Sanremo (moim zdaniem zupełnie się tam nie sprawdził). No i Vasco Rossi z rockowym pazurem, którego mogłabym słuchać w nieskończoność.

To oczywiście tylko część moich pasji, być może wkrótce podzielę się kolejnymi informacjami na temat mojego włoskiego życia. Na razie przypomniały mi się najważniejsze fakty, o następnych na pewno jeszcze wspomnę. Nie ma bowiem nic piękniejszego od rozprawiania o Italii i nie zawsze to być muszą poważne rozmowy. A jeśli dotyczą one (w jakimś stopniu) kultury, to tym bardziej trzeba je kontynuować.


zdjęcie (kadr z filmu La Strada)-Wikipedia

Włoskie oblicze polskiej blogosfery

by 28 stycznia

Kiedy mniej więcej rok temu zaczęłam pisać na temat Italii, obiecałam sobie podążać własną ścieżką i nie patrzeć na to, co robią inne blogi. Jednocześnie zauważyłam, jak bardzo rozwinięta jest blogosfera italofilska i ile blogów dotyczących Włoch działa w wirtualnym świecie. Nie wszystkie czytam, nie każdy mi się podoba (tak samo jak mój nie podoba się licznym wielbicielom Italii), uważam jednak, że większość blogów o Włoszech jest potrzebna. W tym wpisie chciałabym przedstawić mój prywatny ranking dotyczący blogów rodem z Italii, opisany jednym (dużo mówiącym) słowem. Nie kierowałam się lajkami, liczbą odsłon i popularnością, gdyż to jest dla mnie nieistotne, a wartością tekstów i pomysłem na siebie. Oto wybrane przeze mnie blogi (ich kolejność jest przypadkowa):

Och Milano - blog rokujący.

Dom z kamienia - blog nie(d)oceniony.

Włochy od podszewki - blog autentyczny.

La grande e la piccola cuoca - blog smakowity.

Dee Oswaja Włochy - blog fachowy.

Kawacaffe - blog poetycki.

Pod Słońcem Italii - blog opiniotwórczy.

That's Liguria - blog sąsiedzki.

Primo Cappuccino - blog natchniony.

Włoski Online - blog specjalistyczny.

Quembec-Lifestyle po włosku - blog przeplatany.

Włochy Okiem Blondynki - blog romantyczny.

Kalejdoskop Renaty - blog konsekwentny.

Kartka z Kalendarza - blog przyjacielski.

Przypadki Neapolitańskie - blog nieobojętny. 

Polsko-włoska blogosfera żyje, ma się dobrze i ukazuje czytelnikom różne oblicza Italii. Włoski świat blogów jest bogaty i kolorowy, czego potwierdzeniem są wymienione przez mnie autorki. Każda z nich traktuje o czymś innym, ma swój indywidualny styl i jest silnym punktem na mapie stron dotyczących Włoch. Jeszcze rok temu znałam tylko kilka, lecz dzisiaj przegląd blogów italofilskich jest dla mnie pozycją obowiązkową, bo dzięki nim dowiaduję się, co tam w polsko-włoskich duszach gra i przekonuję się, że Italia to jednak nieuleczalna choroba. Czytajcie blogi o Włoszech!


zdjęcie- SuccodiWeb

Kiedy film staje się rzeczywistością

by 24 stycznia


Wszystko zaczęło się od serialu "Gomorra". Nastolatkowie, zafascynowani bohaterami telewizyjnego cyklu, postanowili założyć własne gangi (tzw. baby gangi) i terroryzować rówieśników (i nie tylko). Przeciwnicy tej teorii (w tym Roberto Saviano, autor książki, na podstawie której powstał serial) uważają, że to bzdury, bo dziecięcie klany panoszą się w miastach (a zwłaszcza w Neapolu) nie od dzisiaj i nikt nie może nic z tym zrobić. Zwolennicy wpływu "Gomorry" na dzisiejszą młodzież twierdzą natomiast, że i owszem, nastoletni przestępcy to nie nowe zjawsko, niemniej serial przyczynił się do fascynacji przestępczością zorganizowaną wśród młodzieży i (o zgrozo) dzieci. Baby gangi skupiają wokół siebie nawet 10-cio letnich chłopców, którzy marzą o tym, aby budzić strach i szacunek, zupełnie jak w "Gomorze". Dla nich kryminaliści z serialu są idolami, a życie, jakie wiodą, jest godne naśladowania. Dlatego zakładają gangi i wzorują się na filmowych bandziorach.

Młodocianym przestępcom nie wystarcza samo obejrzenie serialu, oni przenoszą telewizyjną fikcję w życie, co jest bardzo niepokojące. Niedawno zrobiło się głośno o bandzie smarkaczy z Neapolu, którzy skopiowali jedną z najbrutalniejszych scen "Gomorry" i dotkliwie pobili piętnastolatka. Kilka dni temu internet obiegło zdjęcie ośmiu chłopców, pozujących ze spluwami i kijami bejsbolowymi w rękach. "Wzbudzamy przerażenie"- podpisał zdjęcie jeden z nich, wyraźnie zadowolony z tego, że jest członkiem takiej sfory. Najnowsze doniesienia ukazują zaś działalność baby gangu na północy kraju i sterroryzowanie przez nich pasażerów pociągu na trasie Mediolan - Piacenza (i paru innych). Nastolatkowie czują się bezkarni, mają policję w głębokim poważaniu i nie boją się nikogo, a skutki tego widać na włoskich ulicach. Szkolni prześladowcy zamienili się w prawdziwych bandytów i nie ma instytucji, która mogłaby temu zaradzić. "Przestępca" według młodych gangsterów brzmi dumnie, więc w to im graj.

Oczywiście to nie producenci serialu są winni temu, że "Gomorra" stała się dla nastolatków kultowym cyklem. Film przeznaczony jest dla osób dorosłych, ale nieletni go oglądają, ponieważ nikt ich nie kontroluje. Do Neapolu przyjechał ostatnio Minister Spraw Wewnętrznych Marco Minniti, aby przedstawić plan mający na celu resocjalizację zdeprawowanej młodzieży. Roberto Saviano jest zdania, że jedyną instytucją, która może uratować młodych ludzi jest szkoła, co jest prawdą, lecz trzeba uściślić, że bez współpracy rodziców nie stanie się nic. Nauczyciele stracili autorytet, ich słowa nie są już święte, a rodzice nie chcą słyszeć, że ich dzieci mają wiele za uszami. Miesiąc temu na Sycylii uczeń upomniany przez nauczyciela zadzwonił do rodziców, którzy przyjechali do szkoły i wysłuchawszy wersji syna, pobili biednego wychowawcę. Kiedy jeden z członków baby gangu odważył się przeprosić karabinierów za swe zachowanie, jego matka ostro go zrugała. Nie powinien się poniżać i przepraszać, bo przecież nie miał za co, to była tylko zabawa. Pobłażający rodzice to dzisiaj plaga.

Fenomen baby gangów przeraża, a niemożność poradzenia sobie z problemem agresji wśród nastolatków rodzi kolejne obawy. Co należy zrobić? Wyłączyć dzieciom telewizor, odciąć dostęp do internetu, czy zacząć wreszcie słuchać, co mają do powiedzenia nauczyciele? Dobrym rozwiązaniem byłoby zaostrzenie prawa i realna wizja kilkunastu lat spędzonych za kratkami. Jeśli nastolatkowie chcą się bawić w dorosłe życie, niech ponoszą tego konsekwencje. Więzienie na pewno otrzeźwiłoby małolatów zapatrzonych w serialowych mafiosów jak w obrazek. Tylko co na to ich tolerancyjni rodzice?


zdjęcie- il Dubbio

Pięć lat bloga- blaski, cienie i przemyślenia

by 16 stycznia


Właśnie mija pięć lat od czasu, gdy zaczęłam blogować. Miałam z tym skończyć i nie przedłużać domeny, ale przekonałam się, że nie jest łatwo tak po prostu przestać. Zapłaciłam więc za kolejny rok i zadumałam się nad tym, jak prowadzenie bloga zmieniło moje dotychczasowe życie. Dzięki blogowaniu poznałam wiele osób, otworzyłam się na świat i w jakimś stopniu udało oswoić mi się z emigracją. Gdybym nie wyjechała do Włoch, zapewne nie pisałabym bloga i miałabym gdzieś statystyki, ograniczenia zasięgów na fejsie (zwłaszcza teraz) i całą internetową, nie zawsze miłą, otoczkę. Tymczasem zżyłam się z tym moim wirtualnym zeszytem, polubiłam go i postanowiłam mieć go nadal, jako że bez pisania czułabym się źle. Po tych pięciu latach zrozumiałam też kilka rzeczy, które na początku blogowania nie były dla mnie oczywiste. I na nich chciałabym się teraz skupić.

Przede wszystkim wreszcie doszło do mnie, że nie zadowolę każdego i zawsze znajdą się odbiorcy kontestujący moje poglądy, styl pisania i problematykę bloga. Kiedyś mnie to bolało, bo uważałam, że skoro już piszę, to inni powinni to docenić, a nie bezmyślnie krytykować autorkę. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że czytelnicy mają święte prawo do tego, aby się ze mną nie zgadzać i nie muszą się rozpływać nad moimi tekstami. Gdy rok temu poszłam w sferę włoską, byłam pewna, że zrobi się tu gorąco. Nie omyliłam się, aczkolwiek już nie spędzają mi snu z powiek uwagi odbiegające od mojego punktu widzenia. Nikt nie musi myśleć jak ja, ani tym bardziej przyznawać mi racji. Pięć lat temu bym na to nie wpadła.

Jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie przejdę na profesjonalną stronę mocy, a tu proszę, odkurzyłam brudne kąty bloga. Poczułam się ciasno w tej mojej głupiej nazwie (kluseczka.po.wlosku), pstrokatym szablonie i blogspocie w tytule. Brzydota bloga mnie porażała, zaś chaos tu panujący powodował rozkojarzenie czytelników i nie zachęcał ich do ponownych odwiedzin. Skłoniło mnie to do zmian, podeszłam do bloga jak do narzędzia pracy i zdecydowałam się na odświeżenie tego bagna. Kiedy nowa nazwa i strona ujrzały światło dzienne, dostałam potężnego kopa do działania, a co za tym idzie, zapragnęłam się rozwijać. Pięć lat temu w ogóle nie wiedziałam, że blog ma być moją wizytówką i nie tylko teksty są w nim ważne, wygląd także. Sądziłam, iż pisanie samo się obroni. Akurat.

Przestałam się wstydzić tego, że bloguję, z czym kiedyś miałam problem. Na początku pisałam pod pseudonimem, nie wrzucałam zdjęć i starałam się być tak anonimowa, jak to tylko możliwe. Kiedy pojęłam, że nie przetrwam bez mediów społecznościowych, naprawiłam błąd i założyłam fanpage bloga. W międzyczasie zorientowałam się, że czytelnicy wolą wiedzieć, z kim mają do czynienia, więc przestałam bawić się w gierki i wyszło mi to na dobre. Nie piszę wiele o sobie, odkąd zajmuję się Italią, ale nie ukrywam już twarzy ani imienia. Pięć lat temu robiłam uniki i nieco przeszkodziło mi to rozwinąć blogowe skrzydła. Na fanpage zdecydowałam się bowiem, gdy zasięgi poszły na łeb na szyję, w związku z tym jest on dosyć niszowy. To samo dotyczy Instagrama, który założyłam spontanicznie i powoli się tam odnajduję. Ja, nie przepadająca za social media, stałam się ich częścią. 

Po odejściu od parentingu powzięłam decyzję o przejściu na kierunek włoski, a było to dosyć ryzykowne, ponieważ istniała obawa, iż czytelnicy stąd uciekną i nie będą więcej czytać moich wpisów. Na szczęście sprawy potoczyły się inaczej i przez rok "włoskiego" blogowania odwiedziło mnie więcej osób, niż przez ubiegłe cztery lata. Cyferki nie są najważniejsze, lecz są dowodem na to, że ktoś tam chce (a może nawet lubi) mnie czytać, zatem cieszę się, że statystyki konsekwentnie idą w górę. Włoskie tematy, które podejmuję, nie zawsze są wygodne, nie mają w sobie turystycznego posmaku i nie opiewają piękna Italii, co nie zawsze przyjmowanie jest ze zrozumieniem. Pięć lat temu załamałoby mnie to, ale teraz jestem bogatsza o kilka blogowych prawd. Nie do końca będzie tutaj kolorowo, za to szczerze, prawdziwie i (mam nadzieję) z pazurem. Zobaczymy, co przyniosą kolejne blogowe miesiące.


zdjęcie- GutFeeling

Włosi na zakupach i afera woreczkowa za jeden grosz

by 10 stycznia

O tym, że Włosi to głośny naród, wiadomo nie od dzisiaj. Są krzykliwi, temperamentni, a ich gestykulacja jest czymś wyjątkowym. Hałaśliwa natura Włochów czasem mi przeszkadza, a zwłaszcza wtedy, gdy robię zakupy. Moje pierwsze wizyty w hipermarkecie były dla mnie szokiem, ponieważ wydawało mi się, że weszłam do ulu, a nie do sklepu. Takiego zgiełku i chaosu nigdy nie spotkałam w polskich marketach, bo w porównaniu z włoskimi u nas jest cisza jak makiem zasiał. Włosi zaś potrafią pokazać, czym jest ich żywiołowy charakter i niejednej spokojnej cudzoziemce dają do wiwatu. Włoski hipermarket to tor przeszkód, ponieważ trzeba omijać wózki sklepowe jak na wyścigach; to stadion piłkarski, gdyż gwar w nim dorównuje temu na boisku; to wreszcie ring bokserski, jako że zdarzają się tam sytuacje doprowadzające człowieka do użycia pięści. Kiedy bowiem Włosi się kłócą, to miejsce waśni jest nieważne. Liczy się przedstawienie.

Jeśli myślicie, że wojny o towar są popularne jedynie w Polsce, to jesteście w dużym błędzie. Włosi się w tym lubują, a słowo "promocja" działa na nich jak płachta na byka, albo i gorzej. Kiedy niedawno market Eurospin (nomen omen ulubiony sklep teściowej) obniżył po świętach cenę ciasta panettone, zaczęły się w nim dziać dantejskie scen (nasza bitwa o crocsy w Lidlu to przy tym pikuś). Jednakowoż sprzeczki nie zdarzają się wyłącznie w hipermarketach, gdyż i osiedlowe sklepiki nie są od nich wolne, a im one mniejsze, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. W sklepach osiedlowych panuje bałagan (żeby nie powiedzieć burdel), bo nie ma mowy o tradycyjnych kolejkach, kiedy jeden stoi za drugim i grzecznie czeka na obsłużenie. Takie banalne metody nie są dla Włochów, w żadnym wypadku nikt ich nie ustawi do pionu i w sztywne reguły, których nie znoszą. Stają więc gdzie popadnie i gdyby było można, przepchaliby się nawet za ladę. A że takie spontaniczne kolejki powodują zgrzyty, toć to nie biednych Włochów wina. Zawsze znajdzie się spryciarz, chcący wcisnąć się przed innymi i wtedy zaczyna się dyskusja "na poziomie". Padają przekleństwa, zdarzają się też delikatne rękoczyny, a potem wszystko wraca do normy i każdy zrobi te cholerne zakupy.

Wraz z nadejściem nowego roku stało się coś, co sprawiło, że Włosi w marketach stali się jeszcze bardziej zapalczywi. Otóż woreczki, do których pakujemy warzywa i owoce, nie są już gratis, a trzeba za nie płacić. Co prawda niewiele, bo jeden grosz, ale dla Włochów to i tak za dużo. Nie pakują wszystkiego do jednego woreczka, lecz biorą ich kilka i płacenie za każdy to gruba przesada. Podobno stoją za tym jakieś dyrektywy Unii Europejskiej, co dla rodaków mojego męża, mających na pieńku z tą instytucją, jest następnym przegięciem ze strony urzędników z Brukseli (nastroje antyunijne po tym zdarzeniu przybrały na sile). Afera woreczkowa zjednoczyła Italię, jak długa, ponieważ większość społeczeństwa jest zgodna co do tego, że ktoś zrobił naród w konia. Chodzi niby o ochronę środowiska, a ustalenie opłaty za woreczki ma zminimalizować ich użycie, co samo w sobie jest szlachetne, niemniej Włosi są zaniepokojeni tym, że tylko ich to dotknęło. Jak wszyscy to wszyscy, a reszta Europy nadal jest proworeczkowa i za nic bulić nie musi. Rozprawiają o tym ciągle i nie mogą się nadziwić, skąd ta okrutna niesprawiedliwość dziejów. Jestem przekonana, że afera z woreczkami dopiero się rozkręca, a posiadający niebywałą fantazję Włosi znajdą sposób, aby jakoś ją obejść. W końcu są niedoścignionymi mistrzami uników wszelakich. 

Afera woreczkowa zagościła i w sztuce

zdjęcie-Tg24com

Pan sędzia od zadań specjalnych

by 05 stycznia

Rok we Włoszech pod względem wydarzeń zaczął się z przytupem. Kilka dni temu przeglądałam w internecie wiadomości i natknęłam się na jedną, która szczególnie mnie zainteresowała. Otóż włoski sąd w Turynie uniewinnił faceta bijącego żonę, ponieważ sędzia orzekł, iż w przypadku bicia raz na jakiś czas nie można mówić o przemocy w rodzinie. Zszokowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłam opisać tą sprawę. Jak to? Mężczyzna ma teraz aprobatę sądu na dalsze lanie żony, ponieważ okładanie jej pięściami raz na ruski rok różnicy nie robi. Skandal, panie sędzio.

Jestem bardzo uczulona na zjawisko przemocy i napawa mnie smutkiem fakt, iż w kraju, gdzie co drugi dzień zabijane są kobiety, mógł paść podobny wyrok. Otwiera on furtkę nie tylko do dalszych prześladowań i złych traktowań kobiet, ale też pozwala mężczyznom na bronienie własnej agresji i przyznania im racji. Idę o zakład, że teraz zacznie się wylew podobnych spraw, bo skoro jeden wygrał i jego ciężka ręka nie została zakwalifikowana jako akt przemocy, to inni również mogą. Wielu Włochów ma nikłe pojęcie o tym, czym jest szacunek dla kobiet, traktuje je przedmiotowo i jak swoją własność, więc takie orzeczenie sądu to dla nich prezent od losu. To im zagrałeś, panie sędzio.

Mam dość słuchania o kolejnych ofiarach. A to kobieta została znaleziona w kawałkach, a to facet ukatrupił partnerkę, gdyż od niego odeszła, a to mąż dawał żonie lekcję życia, bijąc ją codziennie dla posłuszeństwa. Mam dość brzydkiego oblicza Włoch, gdzie nie przestrzega się praw kobiet i uważa się je za niewolnice, które nie mogą zrobić kroku bez łaksawego pozwolenia ich panów władców. Mam dość facetów zachowujących się jak królów, mających się za wielkich maczo i odnoszących się do kobiet w sposób karygodny. Mam dość tych, którzy sądzą, iż danie w twarz to nic takiego i bicie to dla nich niewinna zabawa. I kiedy myślę, że nic w tej kwestii mnie nie zaskoczy, pojawia się stróż prawa przybijający piątkę agresywnemu mężowi. Kpisz sobie, panie sędzio.

I sędzia pojmuje, że żonę czasem bić trzeba. Kobiety bywają upierdliwe i nie ma się co dziwić, że facetom często zadrży ręka. Trzeba je uspokoić, ustawić do pionu i przyłożyć, inaczej będzie się je miało wiecznie na głowie. Codziennie lepiej nie, to byłaby przesada, w końcu żona musi pójść do pracy, sklepu, między ludzi i niedobrze by było, gdyby sąsiedzi zaczęli gadać. A raz na parę tygodni takie uderzenie otrzeźwi żonę i sprowadzi ją na ziemię (niech nie zapomina, kto rządzi w domu). Panowie zresztą biją z miłości, a ich pięści są takie czułe. Zaś teraz, gdy męskie wrażliwe serca zrozumiał mądry włoski sędzia, wszystko stało się piękniejsze. Mogą okładać romantycznie żonki, jako że Temida jest po ich stronie. I tak włoska haniebna karta przemocy wobec kobiet rozszerzyła się o następny kompromitujący rozdział. Dziękujemy, panie sędzio.


zdjęcie- www.vvox.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.