O włoskim serze, co zwie się kobietą

by 05 października

Lubię odwiedzać włoskie targi, a im one są większe, tym dla mnie lepiej. Mam jednak tego pecha, że w moim miasteczku nie ma stałego bazaru, jak w Genui (gdzie jest ich od gromu) i tylko raz w tygodniu przyjeżdżają tu handlarze, aby wciskać klientom swoje wyroby. Kilka straganów, trochę ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego, torebek, jedzenia i kwiatów, a wszystko to pośród ryków rozochoconych sprzedawców, mających głosy jak dzwony i nieustających w poszukiwaniu nowych klientów. Podoba mi się ta wyjątkowo włoska atmosfera, którą chłonę co czwartek, niejednokrotnie śmiejąc się z wyobraźni szanownych subiektów targowych. Niestety, od pewnego czasu zaczęłam omijać szerokim łukiem niektóre budy, ponieważ uświadomiłam sobie, że panowie sprzedający oddają się niewinnej (z pozoru) zabawie, czyli ocenianiu kobiet przechodzących obok nich. Nie ominęli i mnie, co rzecz jasna nie uszło im płazem, bo przestałam u nich kupować.

Gdy po raz pierwszy pojawiłam się na targu, nie było jeszcze wielu klientów (w sumie to nigdy ich nie ma), więc bez trudu wyłapałam okrzyk jednego z sprzedawców. Facet wrzeszczał zupełnie bez sensu: "O, jaki ten ser jest dobry, mniam, mniam", a na jego zawołanie wyszło z ukrycia dwóch innych handlarzy. Zrobiło mi się wtedy dziwnie, ale się nie przejęłam, wróciłam do domu i zapomniałam o sprawie. Po tygodniu znowu poszłam odwiedzić bazarek i jakież było moje zdziwinie, kiedy ten sam sprzedawca na mój widok po raz drugi zapodał kawałek o dobrym serze. Coś tu jest nie tak- pomyślałam zakłopotana- i postanowiłam dowiedzieć się, co kryje się za tym śmiesznym szyfrem. Oliwy do ognia dodał fakt, iż trzej sprzedający przyglądali mi się bez skrępowania, a ja poczułam się mocno onieśmielona. Pochodziłam kilka minut po targu i powzięłam mocne postanowienie, iż następnym razem dowiem się, o co chodzi, jakem Polka na włoskiej ziemi, a ci bezczelni "targowicze" przekonają się, z kim zadarli. 

Tydzień później ponownie odwiedziłam targowisko, jednak nie przeszłam koło "serowego" straganu, a zatrzymałam się przy stoisku z ciuchami położonym bliżej. Pod pretekstem oglądania ubrań obserwowałam sprzedawców i szybko pojęłam, jak zabawiają się mili panowie. Okazało się, że ten cały "ser" to hasło, którym posługują się handlarze dwóch stojących naprzeciw siebie stoisk. Gdy przechodzi jakaś kobieta, a jeden z facetów zwróci na nią uwagę, woła swoich kolegów, używając serowego kodu, aby i oni pooglądali sobie ofiarę. Jeśli pani jest w ich guście, to krzyczą, że ser jest dobry, jeśli natomiast nie za bardzo im się podoba, to pada zdanie o śmierdzącym serze. Kiedy klientka ma nadwagę, to wtedy ser jest tłusty, a gdy jest wiekowa, to ser nie nadaje się już do spożycia. Panów te określenia bardzo śmieszą, mnie zaś wyprowadziły z równowagi, bowiem pachną mi seksizmem i klasyfikacją. Obu handlowcom daleko jest do Adonisów, mają mięśnie piwne i nie powalają urodą, lecz nikt ich nie ocenia ani nie porównuje do kiełbas. Być może te ich, pożal się Boże, serowe metafory od siedmiu boleści tak źle by na mnie nie podziałały, gdyby nie szły za nimi lubieżne spojrzenia, których wręcz nie znoszę. A skoro już zachciało im się oceniać, mogli to robić dyskretnie, a nie głośno, zwłaszcza że i głupi by się w końcu domyślił, o co w tym wszystkim biega. Porównanie kobiet do serów to błędne koło, szczególnie dla osoby, która ich nie znosi. Ser zaś okraszony epitetami dodatkowo wzmaga moją niechęć. Słynna włoska fantazja tym razem nie zadziałała.


O Italii, która (ponoć) rasizmem stoi

by 21 września


Kilka dni temu po odprowadzeniu Gai do szkoły wstąpiłam do pobliskiego baru na poranne cappuccino, które wypiłam w towarzystwie innej mamy, mojej sąsiadki, z pochodzenia Rosjanki. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o różnych sprawach, gdy nieoczekiwanie przysiadł się do nas jeden z klientów baru, energiczny starszy pan o miłej powierzchowności.

-Przepraszam, że tak zagaduję- powiedział- ale nasze miasteczko jest małe, ja jestem stary i znam tu wszystkich, a panie, zdaje się, są nowe, albo rzadko bywają w barach. W każdym razie nie jesteście Włoszkami, to widać na pierwszy rzut oka.

Odpowiedziałyśmy, że nie, a sympatyczny pan na wiadomość, że pochodzimy ze środkowo - wschodniej części Europy rozjaśnił się i spytał, jak nam się mieszka w Italii.

-Na pewno wyrwałyście się z biedy, jak większość ciężko pracujących tutaj cudzoziemiek- powiedział ze współczuciem, na co zaprotestowałyśmy i odpowiedziałyśmy, że przyczyny naszego zamieszkania we Włoszech były trochę inne.

-Bardzo mi przykro- staruszek wyraźnie się zawstydził- nie chciałem pań urazić, mam nadzieję, że się nie pogniewałyście i nie wzięłyście mnie za ignoranta, albo- nie daj Boże- rasistę.

-Ależ skąd- zaprotestowałyśmy- dlaczego mamy pana uważać za rasistę? Zadał pan pytanie i nie było w nim niczego o podłożu rasistowskim, proszę się nie przejmować.

-Bo widzą panie- wyjaśnił nam starszy Włoch- ostatnio wszędzie się czyta o tym, że do Włoch powrócił rasizm i coraz więcej moich rodaków pozwala sobie na słowa nienawiści. Nie chcę być tak odbierany i dlatego się wytłumaczyłem.

-A czy uważa pan, że to prawda?- spytałam go- czy Włosi naprawdę stali się rasistami?

-Nie- oznajmił zdecydowanym tonem- problem jest przesadzony, a epizody, które się zdarzają, nie są głosem całego narodu.

Zamyśliłam się nad opinią pana z baru i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tym rasizmem w Italii. Ostatnio faktycznie ciągle trąbi się o tym, że do Włoch powrócił rasizm i przyjezdni nie są już tutaj mile widziani. Czy aby na pewno tak jest? Po głębokich rozważaniach doszłam do wniosku, że nie i przyznaję rację naszemu rozmówcy. Incydenty o zabarwieniu nacjonalistycznym występują, i owszem, lecz tak nie dzieje się od dzisiaj. Za kadencji poprzedniego (lewicowego) rządu również zdarzały się ataki na tle rasistowskim, lecz nikt ich nie wyolbrzymiał, a Włochy nie miały przeciw sobie europejskich (i światowych) struktur. Krótko mówiąc, opinie o rasistowskim klimacie w Italii są mocno przesadzone.

Jakiś czas temu głośno było o przypadku włoskiej lekkoatletki pochodzenia nigeryjskiego, Daisy Osakue, która została obrzucona jajkami tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w Berlinie. Wszystkie media poświęciły temu wypadkowi wiele uwagi, wszędzie czytało się lamenty o tym, jaki to wstyd, że Włosi nie akceptują sportsmenki (reprezentującej Italię) o ciemnym kolorze skóry. Napaść na zawodniczkę potępiły najważniejsze dzienniki, na pierwszych stronach gazet widzieliśmy twarz poszkodowanej i długie artykuły, że był to atak o podłożu rasistowskim, zaś winę za to ponosi nowy prawicowy rząd, a szczególnie nawołujący do nienawiści minister Salvini. Guzik prawda.

Sprawa z rasizmem się rypła, gdy wydało się, o co poszło. Oprócz Daisy Osakue ofiarami zostało jeszcze trzech Włochów, lecz nikt im nie poświęcił ani linijki w necie, natomiast agresorami okazała się trójka małolatów, którzy obrzucali ludzi jajami dla... jaj. Kiedy na światło dzienne wyszło, że ojcem jednego z nastolatków jest działacz Partii Demokratycznej, nie było już mowy o żadnym rasiźmie, lecz o bezdennej głupocie smarkaczów. Daisy Osakue została poszkodowana przez przypadek, a nie dlatego, że jest czarnoskóra. Media jednak tego nie sprostowały i niesmak poszedł w świat, bo o wypadku lekkoatletki było głośno w całej Europie. Rasizm w Italii przybrał kształt jaj, a tak naprawdę była to durna zabawa bezmyślnych nastolatków. Zrobiono z tego wydarzenie na skalę narodową i ukazano Italię jako naród nie akceptujący czarnoskórych sportowców we włoskich barwach, co jest wierutną bzdurą. Popatrzcie na Balotelliego- jeśli jest w formie, to Włosi daliby się za niego pokroić.

Według niektórych do Włoch powrócił rasizm wraz z prawicowym rządem, gdyż walczy on z nielegalną imigracją, a tym samym pokazuje, że obcokrajowcy nie mają tutaj wstępu. To również jest bardzo uproszczone, jako że zdecydowany sprzeciw włoskiego rządu wobec zjawiska niekontrolowanej imigracji nie może być odbierany jako pochwała rasizmu. Do Stanów Zjednoczonych, do Australii czy do wielu innych krajów nie mają prawa wejść osoby bez dokumentów i każdy się na to zgadza, a gdy Włosi chcą z tym zrobić porządek, wytyka im się brak tolerancji. Dla mnie jest to nie tyle przegięcie, co egoizm ze strony instytucji takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, która tak się zmarwtiła eskalacją rasizmu we Italii, że aż wysłała tu inspektorów na kontrolę. I to jest niefajne, że taki kraj jak Włochy, gdzie splatają się różne kultury i ludzie od wieków żyją ze sobą w zgodzie, jest oskarżany o szerzenie rasizmu i nienawiść wobec imigrantów.

W Italii, tak jak w Polsce lub Anglii, przypadki rasizmu występują, niemniej pokazywanie Włoch jako państwa zamkniętego, zaściankowego i nietolerancyjnego jest ogromną niesprawiedliwością. Od momentu przejęcia władzy przez prawicę nie wydarzyło się nic takiego, by obcokrajowcy mieszkający tutaj zaczęli się bać i stąd uciekać. Epizody rasistowskie się zdarzają, to nieuniknione, ale ich skala nie wzrosła do niepokojących rozmiarów. Mam wrażenie, że ktoś na siłę chce przypiąć Włochom brzydką łatkę i zrobić z nich nacjonalistów. Nastroje społeczne nie są najgorsze i naród wcale nie odwrócił się od przyjezdnych. Nie rozumiem więc, jak można ogłaszać Włochów rasistami, zwłaszcza że ich podejście nie odbiega od innych eurepejskich krajów i nie jest ewenementem na skalę światową. Odkąd tu mieszkam, nie spotkałam się z żadnymi rasistowskimi zachowaniami i nikt nie dał mi do zrozumienia, że mnie tu nie chce. Powtarzam zatem po raz kolejny i będę powtarzać do upadłego- Włochy nie są bastionem rasizmu i nie trzeba "oenzetowskich" inspektorów, by to udowodnić. Wystarczy pójść do baru.


zdjęcie-SputnikItalia

Do (włoskiej) szkoły marsz

by 05 września

Jeszcze tylko kilka dni i Gaja zostanie uczennicą pierwszej klasy. Ma niecałe sześć lat, ale we Włoszech dzieci posyła się do szkoły właśnie w tym wieku, więc nie jestem z tego powodu zestresowana. Uważam co prawda, że 7 lat to próg rozsądniejszy, lecz nie mam wyjścia, jak nie pogodzić się z obowiązującymi w Italii zasadami. Gaja jest podekscytowana i nie przejmuje się niczym, postanowiłam zatem pójść za jej przykładem, chociaż odrobinę się denerwuję. Powodem jednak nie jest status uczniowski mojej córeczki, a sama szkoła, która mimo że za pasem, to milczy i na razie wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Całe Włochy.

Nie kupiliśmy jeszcze prawie nic, ponieważ nie dostaliśmy listy rzeczy dla pierwszoklasisty, więc czekamy na jakiś znak ze strony szkoły. Mogłabym zakupić "na oko", ale wychodzę z założenia, że nie ma to sensu, bo na pewno przepłacę i włożę do koszyka jakieś pierdoły, które okażą się niepotrzebne. Planowaliśmy w weekend odbyć wycieczkę do Lago di Garda, lecz zapewne będziemy musieli ją przesunąć i udać się do marketu w poszukiwaniu wyprawki szkolnej. Szykuje się podbój kas i naszego konta, a wizja ta nie napawa mnie optymizmem. Cóż poradzić, gdy w Italii wszystko odbywa się na ostatni moment, dla Włochów zresztą całkiem usprawiedliwiony? Nadal są wakacje i czy to mi się podoba, czy nie, na reakcję ze strony placówki trzeba będzie poczekać jeszcze ładnych parę dni.

Na szczęście mamy już mundurek. Dzieci we Włoszech chodzą tak ubrane do szkoły (choć głowy nie daję, czy to dotyczy każdego wieku) i muszę przyznać, że to mi odpowiada. Gaja dostała mundurek koloru czarnego z różowymi dodatkami i jest nim zachwycona. Do przedszkola nie nosiła, gdyż nie był obowiązkowy i nie zawracałam sobie tym głowy. Kupiliśmy go na początku lipca, bowiem mąż, który włoskie realia zna lepiej ode mnie, stwierdził, iż w sierpniu w sklepach go nie dostaniemy. Faktycznie miał rację, jako że mundurki wyparowały i zostały po nich wspomnienia w postaci pustych wieszaków, które sukcesywnie są usuwane z marketowych półek. Cieszę się, że czasem mi się zdarzy posłuchać męża.

Szkoła tuż tuż, a nic jeszcze nie wiemy o klasie Gai. Podobno mają być dwie pierwsze, lecz liczba uczniów to na razie pilnie strzeżona przez szkołę tajemnica. Okoliczne matki (wraz ze mną) powoli wychodzą z siebie, gdyż życie w tak niebłogiej nieświadomości skutecznie podnosi im ciśnienie. Podręczniki zostały zamówione, ale nadal widu i słychu po nich, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że pójście Gai do pierwszej klasy jest dla nas nieco abstrakcyjne. Byłam przekonana, że nauczyciele zwołają jakieś zebranie i powiedzą, na co mamy się przygotować, a tu cisza jak włoskim makiem zasiał. Tyle dobrze, że podali, o której godzinie w poniedziałek zaczyna się szkoła, bo zapobiegawczo chciałam pojawić się w niej około szóstej rano, o ile nie szybciej.

Jesteśmy w kropce, ale humory nam dopisują. Gaja poszła do przedszkola, gdy miała trochę ponad dwa lata i chyba z tego powodu nie odczuwam wielkiego niepokoju. Jest przygotowana zarówno pod względem psychicznym jak intelektualnym, więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. O zajęciach dodatkowych póki co nie myślimy, zaś sama zainteresowana marzy o grze w piłkę nożną, co dowodzi, że włoska krew zdecydowanie w niej przewodzi. Mąż nie ma nic przeciwko temu, lecz miejska szkółka piłkarska nie uwzględnia w swych planach treningowych dziewczynek, czego Gaja nie potrafi zrozumieć. Nic to, znajdziemy dla niej inne hobby, teraz zaś najważniejsza jest szkoła, która być może ujawni nam wreszcie swoje sekrety. Zapowiadają się naprawdę ciekawe i pełne napięcia miesiące.



zdjęcie- lastampa.it

Dylematy eks mieszczuchy i jej życiowe we Włoszech zawieruchy

by 29 sierpnia

To już ponad trzy miesiące, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego miejsca (kiedy to minęło, przecież wczoraj pakowałam nasze rzeczy do kartonów). Zbliża się wrzesień, za chwilę zacznie się szkoła i pierwsza klasa Gai, zaś ja wyraźnie odczuwam różnicę między życiem w wielkim mieście, a prowincjonalnym włoskim miasteczku. W Genui wszystko było na szybko, wiecznie się śpieszyłam, ciągle gdzieś biegałam i notorycznie się potykałam. Tutaj jest inaczej, bo więcej odpoczywam, dużo spaceruję, nie potrzebuję już nosidła, tylko wożę Sarę w wózku. Wreszcie kontempluję i ten aspekt macierzyństwa, jako że przedtem schody trochę mi przeszkodziły w całkowitym upojaniu się moim statusem matki. Jest więc dobrze, ale muszę przyznać, że pewnych rzeczy jednak mi brakuje. 

Zgiełk dużego miasta nigdy mi nie przeszkadzał i cisza panująca w moim miasteczku często mnie zadziwia. Jest dla mnie za spokojnie, co nie znaczy, że jest źle. Czuję się bardzo dobrze, niemniej gdy jestem w centrum, gdzie są tylko cztery sklepy na krzyż, to jakoś mi to nie odpowiada. Na mojej starej ulicy barów było co niemiara, tymczasem tu są raptem dwa na całą wieś i jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Widzę również, że coraz więcej sklepów się zamyka i wszędzie wiszą tabliczki "na wynajem", co napawa mnie smutkiem. Małe biznesy giną, została ich garstka, gdyż wyparły je centra handlowe, których w pobliżu jest sporo. Szkoda, ponieważ włoskie osiedlowe sklepiki zawsze mnie fascynowały, lubiłam w nim kupować, a klimat w nich panujący był niepowtarzalny. Nic ich nie zastąpi i bardzo mi żal, że przegrywają w starciu z gigantami.

W związku z tym wpadłam na pomysł, aby wynająć lokal w pobliżu i zrobić w nim bar. Klientów na pewno by nie zabrakło, bowiem dwa inne bary są po drugiej stronie miasta, zatem warto by było zainwestować. Niestety, już na starcie okazało się, że pomysł nie wypali, ponieważ wynajem jest dosyć drogie, a do tego trzeba dodać sprzęty i remont po poprzednim sklepie (przedtem był w nim mięsny). Bardzo tego żałuję, gdyż po siedmiu latach spędzonych w domu fajnie byłoby w końcu zacząć pracować i wyjść z roli kury domowej, która ostatnio wychodzi mi bokami. Mam poczucie niedowartościowania, nie jestem zadowolona ze swej drogi profesjonalnej (tymczasowo uśpionej) i nieco mnie to wkurza. Wszystkie poznane przeze mnie mamy pracują i spełniają się zawodowo, a ja przy nich się czuję jak ryba bez wody. Uwielbiam być mamą i spędzać czas w domu, ale chciałabym zrobić coś dla siebie i być kimś więcej, niż tylko (aż) zwykłą gospodynią. Nie umiem i to mnie dołuje.

Czym się zatem zajmuję? Ano ogarniam dom, urządzam go, kompletuję, wybieram dodatki, a kiedy mam czas, spaceruję. Poznaję miasteczko, chociaż właściwie to je już dokładnie poznałam, chodzę z dziećmi na plac zabaw i tak mijają mi dni na włoskiej ziemi. Cieszy mnie, że mam blisko do Mediolanu, bo tam mogę odetchnąć i zapomnieć o moich rozterkach. Pokochałam nowe miejsce i mieszka mi się w nim naprawdę dobrze, niemniej czasem potrzebuję oddechu wielkiego miasta. Po siedmiu latach w Genui zostało we mnie trochę z "mieszczuchy", więc z przyjemnością zaglądam do stolicy Lombardii. A potem wracam do domu, gdzie ciągle jest coś do zrobienia i patrzę z czułością na te nasze cztery kąty. Mój mąż, który lubuje się w dziwnych prezentach bez powodu, zaskoczył mnie niedawno, przynosząc mi naprawdę oryginalny podarunek. Pewnego dnia przyszedł do domu wniebowzięty, ponieważ znalazł w sklepie wspaniały model miotły ogrodowej i postanowił mi ją kupić, aby lepiej mi się zamiatało (mu oczywiście też). I faktycznie, miotła działa bez zarzutu, zamiatam nią błyskawicznie, a z daleka nie można mnie odróżnić od czarownicy. Może uda mi się rzucić jakieś zaklęcie i znajdę w końcu zajęcie...


Most Morandi, akt drugi

by 21 sierpnia

Minął tydzień od dramatycznych wydarzeń w Genui i nadal ciężko pogodzić się z tym, co się stało. Wiele kwestii wciąż pozostaje niewyjaśnionych, są pytania, na które długo nie otrzymamy odpowiedzi, ale jedno nie ulega wątpliwości- w 21 wieku mosty nie powinny tak po prostu spadać. Zginęły 43 osoby (w tym czworo dzieci), ponad 600 zostało wysiedlonych z terenów pomostowych i trzeba im znaleźć nowe miejsce zamieszkania, a miasto ciągle opłakuje ofiary tragedii. Nie ustają polemiki, ludzie są wściekli i złość postanowili skupić na prezesach autostrady, czyli tych, którzy pobierają niemałe opłaty za przejazd po włoskich drogach, a nie robią nic, by polepszyć ich stan. Najwięcej dostało się rodzinie Benetton, jednej z właścicieli autostrad, większości kojarzonej ze znaną marką odzieżową. Inkasowanie grubych pieniędzy, brak inwestycji i (ponoć) sponsorowanie partii politycznych to podstawowe zarzuty wobec firmy. Kolejnym jest zbyt długie milczenie po zawaleniu się mostu oraz świętowanie członków zarządu Ferragosto dzień po katastrofie. Krótko (i brzydko) mówiąc, Benetton ma przesrane.

Od momentu, gdy po dramacie w Genui na wierzch wypłynęło nazwisko Benetton, opinia publiczna nie ma dla marki litości. Ludzie zarzucają włodarzom firmy skąpstwo i uważają, że są oni odpowiedzialni za śmierć tylu osób. Nazywają ich nawet mordercami, co być może jest reakcją przesadzoną, ale w obecnej sytuacji jak najbardziej zrozumiałą. Oficjalna strona na Facebook'u roi się od komentarzy zniesmaczonych Włochów (administratorzy nie nadążają za ich kasowaniem), którzy wyładowują swój gniew i bezradność po tragedii. "Nigdy więcej nie kupimy waszych produktów" jest najdelikatniejszym wyrazem sprzeciwu wobec działań potężnej spółki. Oliwy do ognia dodał Luigi Di Maio, który zasugerował, że Benetton sponsorował kampanię wyborczą lewicy. Na tą wiadomość błyskawicznie zareagował były premier Matteo Renzi, zaprzeczając rewelacjom i nazywając Di Maio szakalem. Nie potrafił siedzieć cicho naczelny fotograf Benettonu- Oliviero Toscani i co było do przewidzenia, stanął on w obronie pracodawcy, po czym wylała się na niego fala krytyki. Memy oskarżające Benetton zaczęły ogarniać internet i tylko lewicowe media milczały, nie mając odwagi ujawnić nazwy firmy. W necie jednak nic nie ginie i jako tako nie ma cenzury, zatem wszyscy się dowiedzieli, o kogo w sprawie chodzi.

Przypadek Benetton udowadnia, że milczenie nie zawsze jest złotem i chyba to najbardziej ludzi ruszyło. Podczas gdy w Genui panowała żałoba, a cały kraj z przerażeniem patrzył na to, co się dzieje, akcjonariusze autostrady nie odwołali tradycyjnej kolacji z okazji Ferragosto i nie odnieśli się w żaden sposób do tragedii na moście. Pokajali się dopiero po kilku dniach, przeprosili za brak reakcji, lecz ich skrucha nikogo nie przekonała. Benetton strzelił sobie w stopę i będzie musiał zatrudnić niejednego speca od ocieplenia wizerunku, aby jakoś naprawić nadszarpniętą reputację. Największe zyski przynosi firmie nie marka odzieżowa, niemniej to pod jej szyldem jest najbardziej znana, więc jej właścicielom żadna afera nie jest na rękę. Mimo wszystko istnieje cień nadziei na to, że firma podniesie się z kryzysu, gdyż przy podobnych nakładach pieniężnych nie ma rzeczy niemożliwych. Niestety, ani grama nadziei nie mają rodziny ofiar tragedii, bo ich bliscy odeszli na zawsze. I choć prokuratura w Genui, która bada sprawę zawalenia się mostu, nie wskazała jeszcze winnych, to obojętność przedstawicieli firmy przemówiła do społeczeństwa bardziej niż suche fakty.


zdjęcie- Corriere Della Sera

Most, który nie przetrwał

by 16 sierpnia

Ubiegły wtorek zaczął się dla mnie przyjemnie, bo od wypadu do Mediolanu. Musiałam załatwić urzędową sprawę w Konsulacie i jakkolwiek nie lubię latać po biurach, to perspektywa zawitania po raz kolejny do stolicy Lombardii napełniała mnie radością. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć miasto opustoszałe, gdyż mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać na Ferragosto. Na szczęście Konsulat był otwarty, złożyłam więc potrzebne dokumenty, pospacerowałam po Milano i wróciłam z rodziną do domu. Zajęłam się sprzątaniem, a po chwili zadzwonił do mnie mąż, żeby spytać, czy słyszałam o tym, co dzieje się w Genui. Szybko włączyłam wiadomości i oniemiałam. Zawalił się most Morandi, przez który wielokrotnie przejeżdżałam. 

Nienawidziłam tego robić. Za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy na ten most, przechodziły mnie ciarki. Nie, absolutnie nie myślałam o tym, że spadnie, ani mi to do głowy nie przyszło, po prostu boję się przebywać na takich wysokościach. Wiedziałam od razu, słuchając relacji we włoskiej telewizji, że bez ofiar się niestety nie obędzie, ponieważ genueński most jest (był) częścią autostrady i ciągle panował na nim niesamowity ruch. Jakże inaczej patrzy się na tragedię, gdy dobrze zna się miejsce zdarzenia, jakże ciężko to wszystko ogarnąć. Mieszkałam w Genui siedem lat, zostawiłam tam mnóstwo wspomnień, staram się być na bieżąco, a to, co dzieje się w mieście, jest dla mnie ważne. Dramat, który wydarzył się na moście boli podwójnie, gdyż wiele na to wskazuje, że można było go uniknąć.

I nie dlatego, że znalazło się tysiące samozwańczych ekspertów, którzy od zawsze wiedzieli, że most kiedyś runie, bo tak działa psychologia. Media przypominają wypowiedź profesora Antonio Brenchicha, bardzo krytycznie odnoszącego się do konstrukcji Morandiego i określającego ją jako inżynieryjną porażkę. W 2016 roku Brenchich dobitnie stwierdził, iż most powinien być zastąpiony nowym, ponieważ został źle skonstruowany. Ale jak to we Włoszech, nikt nie wziął sobie do serca głosu profesora i Morandi zapadł się, stając się symbolem żałoby miasta. We wrześniu miały zacząć się na moście prace remontowe i gdyby to stało się wcześniej, dzisiaj Genua nie płakałaby po tragedii. I nie szukano by winnych, jak to zwykle bywa przy podobnych wypadkach. Czy ktoś odpowie za śmierć tylu osób?

Rodzina, która wybrała się na wakacje na Sardynię, już tam nie dojedzie. Nikt nie dotrze do celu, nie skończy projektów, nie przyjdzie do pracy, bo wszystkich zabrał wraz z sobą ten przerażający most. Do tej pory ofiar jest 39, ale to na pewno nie będzie ostateczny bilans. Minister Transportu Toninelli zaapelował do szefów firm kontrolujących stan włoskich autostrad, aby podali się do dymisji. Rząd zapowiedział, że odpowiedzialni zapłacą za tragedię, lecz najpierw trzeba ustalić, kto tak naprawdę jest winnym. Ferragosto upłynęło pod znakiem wydarzeń w Genui i nie było tak radosne, jak w  poprzednich latach. O moście Morandi mówiono, że jest stabilny i przetrwa nawet sto lat, z czym nikt, oprócz kilku przezornych znawców tematu, nie śmiał polemizować. Tymczasem minęło tych lat pięćdziesiąt i Morandi runął, a jego upadek zrodził pytania, na które na razie nie ma odpowiedzi. Renzo Piano, Genueńczyk i wybitny architekt powiedział po katastrofie, że "Genua jest wrażliwa, lecz nikt o nią nie dba". Oby jego słowa nie poszły w próżnię.



Zdjęcie nie przedstawia mostu Morandi. To jeden z wielu otaczających Genuę.

Afery, które wstrząsnęły włoskim internetem

by 09 sierpnia

Często słyszę, że Polacy uwielbiają narzekać, zazdroszczą innym pieniędzy oraz są niedoścignionymi mistrzami w hejtowaniu. Być może jest w tym coś z prawdy, nie zaprzeczam, niemniej nie wydaje mi się, by takie zachowanie było tylko polską domeną. Włoska sieć również jest pełna nienawiści i frustracji, a werbalna agresja wcale nie odbiega od naszej. Hejt nie ma określonej narodowości, zaś internet stał się śmietnikiem ludzkiego sumienia, do którego wrzucane są odpady nie nadające się do recyklingu. 

Codziennie przeglądam interesujące mnie strony, czytam komentarze użytkowników i bywa, że nie wierzę własnym oczom. Nie ma tolerancji i kulturalnej wymiany zdań, gdyż internauci wolą się obrzucać inwektywami. Powodów do tego mają tysiące, bo tak samo jak w naszym wirtualnym światku, tak i we włoskim co rusz wychodzą na jaw różne afery, które zapalają internetowe łącza i prowokują ludzi do brutalnych reakcji słownych. Co takiego ma w sobie internet, że wyzwala z nas najgorsze instynkty? Nie potrafię tego pojąć.

Ostatnimi czasy rozpętała się w Italii burza, której bohaterem został znany lekarz Roberto Burioni. Prowadzi on stronę na fejsie, gdzie obala mity dotyczące szczepień i wyjaśnia, czym grozi nie szczepienie dzieci. Burioni jest przyzwyczajony do hejtu, zmaga się z nim codziennie i chyba niewiele sobie z niego robi, aczkolwiek ostatnia akcja zmusiła go do radykalnych kroków. Jedna z matek, której pan doktor stoi ością w gardle, napisała komentarz, że wie, na jaką plażę on chodzi i ma nadzieję, że się utopi. Odmienne poglądy nie uprawniają do tego, aby komuś grozić, więc doktor Burioni podał kobietę do sądu, a internauci stanęli za nim murem (oczywiście poza nienawidzącymi go antyszczepionkowcami).

Z podobną reakcją spotkał się siatkarz Ivan Zaytsev, który opublikował w internecie zdjęcie swojej córki po jej zaszczepieniu. Sportowiec nie przypuszczał, że jego wpis zostanie potraktowany tak ostro, a on sam stanie się dla części internautów wrogiem publicznym i synonimem nieodpowiedzialnego rodzica propagującego zło. Zaytsev zaczął dostawać śmiertelne pogróżki, wyzywano go od Cyganów (urodził się we Włoszech, ale jego rodzice są Rosjaninami) i krzyczano żeby wracał do siebie, bo sieje zamęt, za który na pewno zapłacił mu koncern produkujący szczepionki. Siatkarz miał pełne prawo zaszczepić dziecko i poinformować o tym cały świat. Hejt w jego stronę zapisał się wstydliwą kartą w historii włoskiego internetu.

Niedawno włoskim internautkom bardzo podpadła słynna blogerka Chiara Ferragni, ponieważ zareklamowała na Instagramie modyfikowane mleko, a matki wpadły w furię. Syn Ferragni ma dopiero cztery miesiące, więc powinien być karmiony piersią, zaś reklamę mleka w proszku uznano za nieetyczną. Na profilu blogerki pojawiło się tysiące negatywnych komentarzy i Ferragni zmuszona była usunąć post. Blogerka odrobiła gorzką lekcję, chociaż to dla niej nie pierwszyzna. Od momentu urodzenia syna Leone zmaga się bowiem z krytyką użytkowników sieci, którzy nie mogą wybaczyć jej tego, iż nie szanuje prywatności dziecka i nie chroni jego wizerunku. Takie same zarzuty musiał odpierać inny znany influencer- Mariano Di Vaio. Model założył nowo narodzonemu synowi odrębne konto na Instagramie, czym wywołał skandal na prawdziwie włoską skalę. Hejterzy nie szczędzili mu przykrych słów, ale Di Vaio ani nie myślał usuwać profilu małego Nathana Leone. W końcu to jego dziecko i jego decyzja.

Z hejtem walczą na co dzień włoscy celebryci, jako że internauci nie lubią popisywania się wystawnym życiem. Przekonała się o tym żona popularnego prezentera telewizyjnego Paolo Bonolisa- Sonia Bruganelli, która pochwaliła się w sieci lotem prywatnym jetem. Po tym zdarzeniu została wyzwana od snobek, a hejterzy nie zostawili na niej suchej nitki. Jak można popisywać się bogactwem, kiedy 5 milionów Włochów nie ma co włożyć do garnka? Owszem, można i Sonia nie tylko nie wzięła sobie do serca rad hejterów, ale i nie zaprzestała publikować zdjęć ukazujących jej luksusowe, uprzywilejowane życie. Hejterzy nie omijają także innych włoskich sław, obnoszących się w sieci drogimi rzeczami. Ostentacja bogactwem nie podoba się Włochom, zatem dają temu wyraz publikując chamskie komentarze. A wystarczyłoby przestać śledzić tych ludzi i mieliby problem z głowy.

Niełatwo mają dzieci gwiazd, jak córka Erosa Ramazzottiego i Michelle Hunziker- Aurora, której zarzucono, że dostała pracę w telewizji po znajomości. Aurora została specjalną wysłanniczką programu "Vuoi scomettere?" ("Chcesz się założyć?), gdzie gospodynią była jej mama, więc internet nie mógł wybaczyć tak oczywistego przykładu nepotyzmu. To nie pierwszy raz, gdy Aurora padła ofiarą hejterów, gdyż już jako nastolatka została przez nich obrzucona błotem z powodu braku urody. Trolle bezlitośnie kpili z nastoletniej dziewczyny i drwili, że nigdy nie będzie tak piękna jak matka, jakby to była Aurory wina. Jest podobna do ojca, a nie do ślicznej Hunziker, lecz to nie powód, aby wieszać na niej psy i publicznie wyśmiewać. Aurora nie jest brzydka, ale ma tego pecha, że jej matka jest pięknością i wyglądają razem jak siostry. Cóż, o genach się nie decyduje, zresztą ważne jest to, że panienka Ramazzotti akceptuje siebie i nie majstruje przy twarzy, aby upodobnić się do mamy. A że korzysta z wpływów znanych rodziców, to nic takiego. Kto na jej miejscu by tego nie zrobił?

I włoski świat nie jest wolny od hejtu, co potwierdzają przedstawione przeze mnie afery. Internetowa nienawiść to smutne zjawisko, z którym należy kategorycznie walczyć. Zdaje się, że w Italii coś się w tej kwestii ruszyło i hejterzy może w końcu zrozumieją, że nie są ani bezkarni, ani anonimowi w sieci. Wirtualny papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, ale na szczęście prawo stoi po stronie ofiar. Dlatego lepiej zastanowić się dwa razy, zanim się zechce kogoś obrazić. Bo słowa mają wielką moc i mogą pomóc człowiekowi, lecz mogą także zniszczyć mu życie, nawet jeśli pochodzą od bezimiennego trolla ukrywającego się w tym nieskończonym wirtualnym piekle, zwanym internetem.



zdjęcie- Imperiapost

Ten zły minister, czyli ciekawy przypadek pewnego Matteo

by 20 lipca

Odkąd we Włoszech mamy nowy rząd, a Ministrem Spraw Wewnętrznych został kontrowersyjny polityk Matteo Salvini, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za chwilę w Italii wybuchnie rewolucja, zaś Salvini zostanie ogłoszony diabłem wcielonym i spalony na stosie. Ataki skierowane w jego stronę są mocno przesadzone, a wszystko przez to, że jest on konsekwentny w swych działaniach i trzyma się linii, którą obrał na długo przed wyborami, czyli rozprawienie się z nielegalną imigracją i tym samym zamknięcie włoskich portów, co nie jest na rękę organizacjom pozarządowym, a zwłaszcza opozycji, używającej w stosunku do wicepremiera określeń haniebnych, takich jak- morderca, następca Hitlera, bestia etc. 

Coś mi tu nie gra. Facet chce zrobić porządek w kraju, jeździ po Włoszech wzdłuż i wszerz, a jego wsparcie wśród narodu ciągle wzrasta. Obiecuje ład, zamierza skończyć z haniebnym procederem niekontrolowanej imigracji, więc dla politycznych antagonistów to właśnie on jest odpowiedzialny za utonięcia imigrantów i bałagan u wybrzeży libijskiej. A to jest już śmiechu warte, ponieważ za "panowania" poprzedników w wodach zginęło kilkanaście tysięcy ludzi i nikt nie wyzywał rządzących od zabójców. Można się nie zgadzać z Salvinim, można go nie szanować ani nie lubić, lecz żeby mieć go za mordercę, trzeba mieć nierówno pod sufitem. To nie jego wina, tylko mafii przemytowej i organizacji pozarządowych, które robią za taksówki morskie i dziwnym trafem ich droga zawsze wiedzie do Włoch, chociaż reprezentują inne kraje. Kiedy w końcu została zamknięta, odezwały się hordy oburzonych głosów, a Salvini został uznany wręcz za Antychrysta. Podkreślam, nie trzeba popierać poglądów ministra, ale reakcje wobec jego działań są nieprawdopodobne.

I tak, magazyn muzyczny Rolling Stone Italia wsławił się ostatnio tęczową okładką o wymownych słowach: "Noi non stiamo con Salvini" ("Nie trzymamy z Salvinim"), gdzie zebrał podpisy ludzi kultury i sztuki niezadowolonych z decyzji polityka. Ten sam miesięcznik ponad rok temu wypuścił okładkę z byłym premierem Matteo Renzim, wobec którego był nadzwyczaj łagodny, bo pod jego zdjęciem umieścił tytuł "The Young Pop", co oczywiście spotkało się, nie wiedzieć czemu, z powszechnym uznaniem. Młody lewicowy premier o swobodnych poglądach to nie to samo co prawicowy rasista, nienawidzący ludzi, nieprawdaż? Rolling Stone Italia jakoś nie uwzględnił tego, że Renzi nie jest lubiany przez rodaków, a jego polityka przyniosła dużo boleści, lecz to nie wystarczyło, aby zbierać podpisy i odciąć się od niego. Salvini natomiast ma ogromne poparcie społeczeństwa, które zresztą ciągle rośnie. Jak to wytłumaczyć, skoro to szakal i człowiek bez skrupułów? Czy naprawdę Włosi stali się nacjonalistami? Przy następnych wyborach trzeba będzie "podać im narkotyki, żeby nie głosowali na Salviniego", jak wyraził się niejaki Gilberto Corbellini.

Czym podpadł Salvini elicie wywodzącej się z lewicy? Jak wspominałam, przede wszystkim tym, że wstrzymał napływ nielegalnych imigrantów do Włoch i zablokował drogę morską. Zaczęło się od promu Aquarius, który przycumował w hiszpańskiej Valencji (już wiadomo, że większość imigrantów nie otrzyma statusu uchodźcy) i gdy przedtem nie wpuszczono go do włoskich portów, w Italii wybuchło trzęsienie ziemi, a konsekwencją decyzji ministra była właśnie słynna okładka Rolling Stone. Salvini stał się wrogiem publicznym całej lewicy, zaś w atakach na jego osobę bryluje nie kto inny, jak Roberto Saviano, którego cenię jako pisarza, lecz nie jako komentatora bieżących wydarzeń. Wierzyć mi się nie chce, że walczący z mafią Saviano popiera imigracyjny biznes i nie widzi oczywistości, zatem tego, że na ludziach przypływających do Włoch wzbogaca się (i to ogromnie) mafia. Pisarz ma obsesję na punkcie Salviniego, nazwał go Ministrem Złego Zycia i mordercą, gdyż obwinia go o śmierć tysięcy uchodźców. W moim odczuciu jest nieobiektywny, patetyczny i wykorzystuje tragedię imigrantów do ataków personalnych. Co ciekawe, odzywa się jedynie wtedy, kiedy włoskie porty zostają zamknięte. Na temat Francji, Hiszpanii, Malty i innych państw milczy jak zamknięty. A propos Malty, niedawno nie wpuszczono tam (po raz enty) statku organizacji pozarządowej, zatrzymano jego kapitana i odebrano mu paszport, ale jakoś nikt nie wyzywa Maltańczyków od morderców i nazistów.

Inną sprawą, która poruszyła serca przeciwników Salviniego, był jego nieziemski pomysł, by zrobić Spis Powszechny Ludności Romskiej, ponieważ nie wiadomo, ile jej tak naprawdę jest we Włoszech. Tu się dopiero zaczęło szaleństwo i oponenci ministra ze łzami w oczach krzyczeli, że to jest niehumanitarne, wysoce nieetyczne i ogólnie ma podłoże rasistowskie. Pal sześć, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy spisani, gdy idziemy wyrabiać paszport biorą nasze linie papilarne, ale nic to, bo tak trzeba. Spis Ludności Romskiej został tymczasem potraktowany jako przejaw ksenofobii, na co zwyczajnie brak jest słów. To jest tak rasistowskie, że bardziej już być nie może.

Salvini robi swoje. Nie ma za sobą telewizji publicznej, jako że we Włoszech jest ona zdominowana przez lewicę (czyli nie jest tak jak u nas), a lewicowa prasa, taka jak Corriere Della Sera czy La Repubblica nawet nie ukrywa tego, że go nie lubi, lecz Salvini ma to gdzieś. Dla niego liczy się głos ludu, który wyraźnie go popiera. Jego hasło przewodnie to "Prima gli Italiani" ("Najpierw Włosi") i być może dlatego stoi on kością w gardle wielu ludziom. Nie jest jednak tak, że nienawidzi on obcokrajowców, bo wobec tych przebywających legalnie na terenie Italii nie ma nic przeciwko. Problemem Salviniego są nielegalni imigranci, jako że nie wszyscy z nich uciekli tutaj z krajów objętych konfliktem, a poza tym Włochy nie stać na ich utrzymanie. Do tej pory w bieżącym roku przypłynęło do Włoch najwięcej "uchodźców" z Tunezji. Czy w tym kraju jest wojna?

Podsumowując, nie taki Salvini straszny, jak go malują i nie taki głupi, jak go przedstawiają. Opozycja (do której nadal nie dochodzi, że Salvini został wybrany w demokratycznych wyborach) zbiera podpisy pod wotum nieufności dla ministra, krytyka spada na niego nieustannie, a między nim a Saviano ciśnienie podniosło się do tego stopnia, że zaczęły lecieć pozwy. To było do przewidzenia i ciekawi mnie, do czego zaprowadzi wzajemna niechęć obu panów. Jednakowoż, aby nie było tak kolorowo w stosunku do ministra, potrafi on podnieść ciśnienie nawet tak spokojnej osobie jak ja, ponieważ wtrąca się do innych resortów i chce znieść obowiązek szczepień, które według niego są szkodliwe. Na szczęście nowa Minister Zdrowia, pani Grillo, która jest z zawodu lekarzem, ma w tej kwestii inne zdanie.


zdjęcie- Primaonline

Nieznośna lekkość (włoskich) butów

by 10 lipca


Dawno temu, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce, trzymałam się zasady, której trzyma się również znakomita część Polaków, jeżeli nie wszyscy. Otóż po powrocie do domu zawsze zdejmowałam buty i zakładałam papucie, bo tak było najwygodniej, poza tym moja mama nie pozwoliłaby mi chodzić w buciorach po jej lśniącej podłodze. Minęło trochę czasu, kilka rzeczy w moim życiu się zmieniło i wylądowałam we Włoszech, gdzie od razu przeżyłam wielki szok kulturowy. Okazało się, że Włosi nie używają w domach kapci i buty są dla nich obuwiem niezastąpionym Co kraj to obyczaj, pomyślałam, ale na swoich włościach nie zamierzałam tego praktykować. 

Nie dopasowałam się do tych dziwnych reguł i po wejściu do mieszkania zdejmowałam buty, lecz mój mąż nie miał najmniejszej ochoty przejść na kapciową stronę mocy, gdyż bez butów, jak się wyraził, miał się bardzo źle. Nie nalegałam i pozwoliłam na to biedaczkowi, w końcu to ja byłam gościem w obcym kraju, więc nie mogłam zmieniać stylu życia Włochów. Bywało, że krew mnie zalewała, ponieważ w domu pojawił się gość (np. jakiś fachowiec) i zostawiał mi na podłodze mokre ślady, bo akurat padało. Wtedy przeklinałam pod nosem, wkurzałam się na cały włoski świat i na ich luzackie podejście do wszystkiego, zwłaszcza mojego sprzątania. My, Polacy, jesteśmy dobrze wychowani, snułam w głowie rozważania. Zdejmujemy buty, dbamy o czystość u innych, zaś włoska swoboda obyczajów  jest zwyczajnym przegięciem. 

Kiedy pojechałam poznać moich przyszłych teściów, pierwsze co zrobiłam w ich szanownych progach, to było zdjęcie butów, jakżeby inaczej. Szybko jednak wsunęłam je na powrót, bowiem teściowa wraz z teściem zaczęli mnie przekonywać, że mam się nie krępować i chodzić w butach choćby do toalety. Dobrze się stało, że ich posłuchałam, gdyż w przypływie stresu (czego ubierając się, nie zauważyłam), włożyłam, o zgrozo, dziurawe skarpetki, wobec tego postanowiłam nie wychylać się przed szereg i dostosować do miłych gospodarzy. Odwiedzałam także wszystkich krewnych męża i pozostawanie w butach w końcu wydało mi się dosyć sensowne. Oszczędziłam dużo czasu i jak szybko weszłam do jakiegoś domu, mogłam z niego szybko wyjść, żeby polecieć do następnej ciotki. Sardyńska rodzina zrobiła na mnie pozytywne wrażenie i z ulgą mogłam stwierdzić, że pierwsze koty, pardon- buty, za płoty.

Jakiś czas później przyjechali do nas teściowie i co było do przewidzenia, w ogóle nie zdejmowali obuwia. Nasze małe mieszkanko różniło się od wielkiej chaty teściów, zatem brudna podłoga po raz kolejny okazała się moją zmorą. Poprosiłam męża, aby przekonał teściów do chodzenia w skarpetkach, ale jak grochem o ścianę. Teść zdjął buty na pół dnia i rzekomo się bez nich przeziębił, więc dałam sobie spokój. Przeczekałam "butowy" tydzień i obiecałam mężowi poprawę, czyli zaakceptowanie faktu, iż Włosi po domach w butach chodzą. Któregoś dnia stał się cud - mąż wreszcie zaczął chodzić w kapciach i to bez jakiejkolwiek perswazji z mojej strony. Ja natomiast spostrzegłam, że paradowanie po mieszkaniu w butach już mnie nie razi i nie narzekam więcej na brudne ślady. Rano zakładam papucie, lecz gdy wracam do domu z zakupów czy spaceru, nie zdejmuję butów i nie rozstaję się z nimi aż do wieczora. Cóż, z kim się zadajesz, takim się stajesz, a włoski styl bycia jest tego naprawdę wart.



zdjęcie- iovivoaroma.org

Jedyne takie włoskie wakacje

by 04 lipca

Cóż może być piękniejszego od urlopu we Włoszech? Cudowne plaże, wyśmienite jedzenie, wspaniałe widoki i niepowtarzalna włoska atmosfera od lat przyciągają turystów z całego świata. Mieszkając tutaj, nie czuję się, wbrew pozorom, jak na wiecznych wakacjach, ale trzeba przyznać, że bywają momenty, gdy ogarnia mnie słynne dolce vita i cieszę się, że tory losu sprowadziły mnie do Włoch. W moim przekonaniu Italia to wyjątkowy kraj i chociaż raz w życiu trzebą ją odwiedzić, inaczej wiele się straci. A kto przyjedzie tu po raz pierwszy, na pewno kiedyś wróci, o tym jestem przekonana. Włochy uzależniają i ciężko jest się wyleczyć z italofilii, zwłaszcza że to bardzo przyjemny i nieszkodliwy nałóg.

Nie napiszę ci, gdzie masz jechać, bo to zupełnie niepotrzebne, sam znajdziesz sobie drogę. Każdy włoski region ma coś do zaoferowania i wszędzie będziesz czuł się wybornie. Nie mogę stwierdzić, że Liguria jest najurokliwszą częścią Italii, ponieważ cały Półwysep Apeniński jest zachwycający. Gdziekolwiek nie pojedziesz, będzie zjawiskowo i po powrocie do domu odczujesz niedosyt, gdyż tak właśnie działają Włochy. Nie dam ci spisu najlepszych restauracji, jako że w każdym zakątku kraju znajdziesz miejsca, w których nie tylko najesz się do syta, ale i zrozumiesz, czym jest szczęście. Mogę jednak dać ci kilka wskazówek, co robić na włoskich wakacjach, o czym nie zapominać i czego się nie obawiać. 

Przede wszystkim wczuj się we włoski klimat. Poświęć rano pół godziny i udaj się do pobliskiego baru, by przekonać się, jaka tam panuje atmosfera. Wypij cappuccino, zjedz rogalika i zobacz jak Włosi podchodzą do życia. Wsłuchaj się w gwar i we włoskie rozmowy, nawet jeśli nie znasz języka. Chłoń niezwykły nastrój panujący w kawiarniach i nigdzie się nie śpiesz, bo to takie niewłoskie. Nie zapominaj o sieście, czyli południowym odpoczynku, wszak musisz mieć siły na późniejsze zwiedzanie i nocne przygody. Dostosuj się do cudownych włoskich zwyczajów, a wtedy jeszcze bardziej wsiąkniesz w Italię.

Pamiętaj o tym, aby do Włoch zabrać parę rzeczy, bez których ani rusz. Okulary przeciwsłoneczne to podstawa (tak, to banalne o tym wspominać, lecz z własnego doświadczenia wiem, że brak okularów to utrapienie we Włoszech), tak samo jak chusta, gdyż można się nią przykryć wchodząc do miejsc wymagających odpowiedniego stroju. A że większość czasu być może spędzisz na plaży, to koniecznie weź ze sobą krem z filtrem, bowiem o oparzenia nietrudno. Najważniejsze zaś składniki, w które musisz się uzbroić podczas włoskich wakacji to dobry humor, uśmiech na twarzy oraz swoboda. Wrzuć na luz i nie spinaj się na próżno, przecież urlop to nie czas na nerwy i stres.

Nie przejmuj się, iż nie dogadasz się z Włochami, ponieważ nie mówią po angielsku. To nie do końca prawda, gdyż posługują się językiem Szekspira coraz sprawniej, szczególnie młodzi ludzie, a i bez tego jakoś się dogadacie. Włosi rozmawiają rękami, więc są w stanie porozumieć się z każdym turystą i robią to w sposób nadzwyczaj uroczy. Jeśli mimo to masz obawy, weź ze sobą kieszonkowy słownik, tak na wszelki wypadek. Zdarza się, że lubiący żarty Włosi sprzedają turystom słowa niezbyt parlamentarne i mają wielki ubaw, gdy ci je powtarzają. To jednak nic strasznego i w tym wypadku przydaje się luz, o którym wcześniej wspominałam.

Nie lękaj się ulicznych sprzedawców, jako że są oni niegroźni. Niektórzy bywają natrętni, ale po zdecydowanym sprzeciwie zwiedzającego dają sobie spokój z oferowaniem produktów. Na plaży również się ich spodziewaj, lecz i tu nie masz się co irytować. Coś zaproponują i pójdą dalej, być może kupisz od nich jakiś drobiazg. To nielegalne i jeśli zostaniesz na tym przyłapany, dostaniesz soczysty mandat, jednak na plażach jest mało kontroli. Nie nakłaniam cię do sponsorowania nielegalnych interesów, jest mi po prostu żal mi ludzi, którzy chodzą przez cały dzień obładowani po pachy w wysokim upale i tak przez całe lato. Przyzwyczaisz się do widoku plażowych sprzedawców i prędzej czy później przestaną cię wkurzać.

Jeżeli masz okazję, zbaczaj z turystycznych szlaków i odwiedzaj prowincjonalne miasteczka, które są kwintesencją Italii. Popatrz na staruszków odpoczywających na ławeczkach, na gustownie ubrane kobiety w "pewnym wieku", pójdź na włoski targ, gdzie zobaczysz warzywa i owoce ułożone w sposób fantazyjny i ta normalna włoska rzeczywistość wyda ci się niezwykła. Smakuj Włochy, przeglądaj się w nich, kontempluj je, naciesz się nimi, przechowaj w wspomnieniach. I zakochaj się w Italii do szaleństwa, o co zresztą nietrudno, bo to kraj, gdzie hasło "miłość od pierwszego wejrzenia" naprawdę się sprawdza. 

Ratunku, Włosi mają nowy rząd!

by 12 czerwca

I stało się. Prawie trzy miesiące po wyborach Włosi mają wreszcie nowy rząd, który jeszcze na dobre nie zaczął rządzić, a już wylała się na niego fala krytyki. Bo to populiści, ignoranci, eurosceptycy, a nawet (o zgrozo) rasiści, mający na celu skłócić ze sobą wszystko i wszystkich. Durny naród nie wie, co zrobił, głosując na oszołomów z Ruchu Pięciu Gwiazd do spółki z Ligą Północną, gdyż jasne jest, że konsekwencje ich polityki będą okrutne i jeszcze odbiją się ludziom czkawką. Moim zdaniem niekoniecznie.

Zacznę od tego, że Partia Demokratyczna przegrała wybory na własne życzenie. Po klęsce referendum dotyczącego zmiany konstytucji w 2016 roku aktualnie rządzący politycy nie odrobili lekcji i zamiast ogłosić przedwczesne wybory parlamentarne, dokonali roszad w składzie rządu, chcąc w ten sposób uratować stołki. Premier Matteo Renzi co prawda podał się do dymisji, ale jego ministrowie pozostali, przechodząc z jednego resortu do drugiego, jak np. katastrofalny Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano, który po porażce referendum awansował na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych, co było decyzją nie tyle kurozialną, co absurdalną. Partia Demokratyczna nie zrozumiała, że ludu należy słuchać, więc ten pokazał jej czerwoną kartkę. Postępująca bieda oraz wysokie bezrobocie dodały wręcz oliwy do ognia i demokraci musieli pogodzić się z tym, że wybory skończyły się dla nich niepowodzeniem.

Po wygranej Ruchu Pięciu Gwiazd pewna była tylko jedna rzecz, a mianowicie ta, że ich koalicjantem zostanie Liga Północna, bo ta partia uplasowała się na drugim miejscu. Oszczędzę Wam tyrady na temat tego, jak przebiegały rozmowy między ugrupowaniami, czym wsławił się prezydent Mattarella i jak blisko było ku temu, by nowy rząd w ogóle nie powstał. Zagraniczne (w tym i nasze) media rozpisywały się o kryzysie politycznym we Włoszech, przepowiadały czarne scenariusze z wyjściem Italii ze strefy euro na czele i przedstawiały Włochy jako kraj dążący do rychłego upadku. Tymczasem nowy rząd się skrystalizował, jego premierem został nieznany prawie nikomu Giuseppe Conte, zaś liderzy obu ugrupowań zadowolili się posadami wiceszefów rządu i ministerstwami Pracy (Luigi di Maio) i Spraw Wewnętrznych (Matteo Salvini). Nie obyło się i bez kontrowersyjnych decyzji, ponieważ odpowiedzialne stanowisko Ministra do spraw Rodziny i Osób Niepełnosprawnych dostało się niejakiemu Lorenzo Fontanie, który od razu spotkał się z dużą (i jak najbardziej słuszną) krytyką, gdyż stwierdził dosadnie, iż dla niego istnieje tylko tradycyjny model rodziny, a tych "tęczowych" w ogóle nie poważa. Obywatel Fontana może i być homofobem, natomiast minister Fontana nie powinien sobie na takie słowa pozwolić. Tęczowe rodziny istnieją i spychanie ich na margines jest niedopuszczalne. 

Pozwólcie, że skupię się na dwóch największych problemach dzisiejszych Włoch, a co za tym idzie, wymienionych już przeze mnie nowych ministrów- Di Maio i Salviniego, jako że to w nich pokładane są największe nadzieje. Czy Minister Pracy Luigi di Maio da radę zrobić coś z galopującym bezrobociem i wzbudzić optymizm w młodych ludziach? Czeka go trudne zadanie i nie mam pojęcia, jakie jest jego remedium na uzdrowienie sytuacji w państwie. Di Maio ma dopiero 31 lat, nie posiada kierunkowego wykształcenia, nic zatem dziwnego, że wiele osób patrzy sceptycznie na jego kandydaturę, a sam Ruch Pięciu Gwiazd postrzegany jest jako partia ignorantów. Na ostrą opinię pod jego kątem pozwolił sobie Silvio Berlusconi, który z właściwym sobie przytupem powiedział, że "politycy tej partii nie nadawaliby się nawet na czyszczenie toalet w jego spółkach". Pożyjemy zobaczymy, niemniej z pewną taką satysfakcją muszę zaznaczyć, iż mój mąż po raz pierwszy zgadza się z boskim Silvio (a zarzekał się, że tak nigdy się nie stanie). Prędzej czy późnej dowiemy się, czy za panowania Luigiego Pierwszego Pięknego rynek pracy drgnął, a wtedy zasłuży on, o ile nie na pomniki, to niewątpliwie na wyrazy wdzięczności.

Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie i najpopularniejszego obecnie polityka we Włoszech- Matteo Salviniego. Tak się złożyło, że wczoraj decyzją nowego Ministra Spraw Wewnętrznych nie wpuszczono do włoskich portów promu Aquarius z nielegalnymi imigrantami na pokładzie, a w Italii rozpętało się piekło. Salvini już w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że gdy dojdzie do władzy, zrobi wszystko, żeby skończyć z imigracyjnym biznesem i zablokuje drogą morską, kiedy będzie taka potrzeba. Przed Włochami promu nie chciały przyjąć Francja, Hiszpania i Malta, a w Italii nikt nie miał o to pretensji i nie wyzywał przedstawicieli tych krajów od morderców i rasistów. Dopiero rozporządzenie Salviniego spowodowało zmasowaną reakcję ze strony opozycji. Za kadencji poprzedniego rządu do Italii przypłynęło 600 tysięcy nielegalnych imigrantów (potwierdziła to w niedawnym wywiadzie była szefowa Izby Deputowanych Laura Boldrini) i żadne państwo nie pomogło Włochom uporać się z tym problemem. Po dojściu do władzy przez prawicę inne kraje wreszcie zauważyły, jak wiele zrobiła Italia i nawet kanclerz Niemiec przyznała, że Włosi zostali sami na imigracyjnym placu boju. Szkoda, że wcześniej nikt nie kwapił się do tego, aby razem rozwiązać tą sytuację. Wraz z prawicowym rządem przestano wreszcie lekceważyć włoskie wołania o pomoc w sprawie imigrantów.

Nowy rząd to rząd wybrany przez społeczeństwo, które wyraźnie poszło w prawą stronę, jednak nie znaczy to, że Włosi stali się nacjonalistami. Wybrali kogo wybrali, bo poprzedni rządzący zawiedli ich zaufanie na każdej linii. Nie jestem huraoptymistką i nie uważam, że teraz Italia wyjdzie z kryzysu i wszyscy będziemy żyć jak u Pana Boga za piecem, niemniej nie skreślam na samym początku nowego rządu, nie mając okazji przekonać się, jak jego przedstawiciele sterują państwem. Niech pokażą, co potrafią (albo i nie), niech spełnią przyrzeczenia wyborcze takie jak ukrócenie przywilejów polityków, niech spowodują wzrost gospodarczy, a wtedy lud będzie im wdzięczny. Podkreślam raz jeszcze, iż nie jestem entuzjastką tego rządu, ale psioczenie, że teraz to zacznie się we Włoszech kryzys, jest według mnie mało poważne. Gdyby było dobrze, lewica nie przegrałaby ostatnich wyborów. Może więc nie była tak światłą partią, jak próbuje się ją przedstawiać? Naród nie jest w ciemię bity, więc wyciągnął właściwe wnioski i zrobi to samo, jeśli obecny rząd będzie leciał w kulki. Ale to już jest temat na osobną dyskusję.



zdjęcie- La Voce di New York

Nowy początek na włoskiej prowincji

by 08 czerwca
To było prawie miesiąc temu, kiedy zapakowaliśmy resztę naszego skromnego dobytku do auta i wczesnym rankiem opuściliśmy Genuę. Spojrzałam ostatni raz na zamknięte okna w opuszczonym przez nas mieszkaniu, na kota, którego nazywałam "mały tygrysek" i wreszcie na schody, ciesząc się w duchu, że nie będę musiała więcej po nich wchodzić. Spoglądałam na naszą dziwną kamienicę, przedszkole Gai, znajdujące się obok i zastanawiałam się, jak to będzie na lombardzkiej prowincji. Zostawiłam za sobą siedem pięknych, ale też trudnych lat i z entuzjazmem przyjmowałam zmiany, na które tak długo czekałam. Wsiadłam do auta, pomachałam ręką na pożegnanie i udałam się może nie w siną dal, za to do miejsca, gdzie prawdopodobnie będziemy mieszkać kilka ładnych lat, albo i dłużej.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy nie w nowym domu, a w miasteczku o wdzięcznej nazwie Certosa di Pavia, gdzie znajduje się słynny klasztor, który miałam zamiar zwiedzić, ale mi się to nie udało, jako że wypad z dziećmi do takiego miejsca to nie jest dobry pomysł. W klasztorze panuje absolutna cisza i oczywiście się nie biega, tylko kroczy w skupieniu, a nie było szans na to, aby moja pięciolatka zachowywała się w nim poprawnie. Zrezygnowałam więc z odwiedzin i poszłam z dziećmi na plac zabaw, co okazało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. W Certosa di Pavia zatrzymaliśmy się na dwa krótkie dni, po czym wróciliśmy do domu z nadzieją, iż dostawca energii włączył nam prąd. Niestety, nie spełniły się nasze oczekiwania i musieliśmy się uzbroić w dużą cierpliwość, bo prądu jak nie było, tak nie było, a ja zaczęłam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. W Genui może i wkurzały mnie schody, ale o podstawowe wygody typu prąd, nie musiałam się martwić.

Koniec końców, wytrzymaliśmy bez prądu przez cały długi tydzień. Łatwo nie było, niemniej odnalazłam i pozytywne aspekty tego nieszczęścia- przez siedem dni nie gotowałam, ponieważ kuchenkę mamy nie na gaz, lecz na prąd właśnie, więc obijaliśmy się po pobliskich restauracjach. Znaleźliśmy bardzo miłe miejsce, blisko pracy mojego męża, gdzie fundują naprawdę smaczne i niedrogie jedzenie. Risotto, które tam jadłam, było tak pyszne, że do tej pory leci mi ślinka, gdy o nim pomyślę. Dawno żadna restauracja mnie tak nie urzekła i niewątpliwie do niej powrócę w niedalekiej przyszłości. Wracając jednak do sedna sprawy, czyli mieszkania bez prądu, to kiedy nareszcie go włączono, jako tako powróciliśmy do rzeczywistości. Pojawił się hydraulik i rozprawił się z kuchnią, wobec tego przestałam biegać z naczyniami do łazienki i odetchnęłam z ulgą. Poznaliśmy sąsiadów, Gaja poszła do nowego przedszkola, a ja zaczęłam powoli odkrywać miasteczko i upajać się tym, że wreszcie mogę wozić Sarę w wózku, a nie nosić na plecach.

Nasze nowe cztere kąty jeszcze nie są w pełni umeblowane, jako że mąż ma czas tylko w weekendy składać meble w pokoju dziewczynek. Większość lampek znajduje się w pudełkach, przedpokój jest pełen kartonów, z których wypakowałam już nasze rzeczy. Nie mamy również rolet do wszystkich okien i czuję się nieco podglądana, mimo że mało osób tu przechodzi. Regały na książki nadal nie są zamontowane i wielu rzeczy brakuje, ale to nic, bo wszystko przyjdzie z czasem. Mamy gdzie siedzieć i spać, choć trzeba przyznać, że nie sypiam zbyt dobrze. Dopóki pokój dzieci nie będzie gotowy, muszę spać z Sarą, która tak się kręci, że przez pół nocy przenoszę ją na jej stronę. Spanie z dziećmi jest może fajne, lecz pod warunkiem, że one się nie ruszają. Moja Sara wiercipięctwo wyssała wraz z mlekiem matki, więc pretensje mogę mieć sama do siebie. Ogólnie mieszka mi się tu wspaniale i mam wrażenie, że jestem na wakacjach, a najlepsze jest to, że mamy ogródek, zaś i Gaja z Sarą mogą się w nim wyszaleć do woli. Nie posiadam co prawda umiejętności ogrodniczych, ale człowiek uczy się całe życie, zatem jest nadzieja, że dam radę ujarzmić kosiarkę. Start tutaj był nieudany (to był raczej falstart) ze względu na problemy z prądem, natomiast dzisiaj czuję się tu jak ryba w wodzie, albo lepiej pączek w maśle, biorąc pod uwagę moje gabaryty. Nic więc dziwnego, że nie brakuje mi Genui.








Koszmar z ulicy Prądowej, dziury włoskiej procedury i przeprowadzka widmo

by 06 maja

O tym, że Italia to kraj absurdów przekonałam się kilka razy na własnej skórze, ale ostatnia historia związana z nonsensami włoskiego życia wyprowadziła mnie z równowagi. Zaczął się maj, więc teoretycznie powinnam być już w nowym domu, lecz wszystko się przedłużyło z powodu niefrasobliwości firmy dostarczającej prąd, która to zrobiła nas w konia. I prawie spowodowała moje załamanie nerwowe, a poziom stresu u mnie i męża podskoczył do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie przypuszczałam, że aktywowanie prądu może być aż tak problematyczne i trzeba się prosić o to, by zostać klientem firmy energetycznej.

W ubiegłym tygodniu mój mąż wysłał do dostawcy dokumenty online i ze spokojem czekaliśmy na potwierdzenie usługi. Po dwóch dniach zadzwoniliśmy tam, aby dowiedzieć się, czy nasze zgłoszenie dotarło i kiedy możemy spodziewać się aktywacji. Odpowiedziano nam, że papiery przyszły, więc zajęliśmy się innymi sprawami. Minęło jednak pięć dni roboczych, czyli tych, w ciągu których prąd miał zostać włączony, a tu nadal nic. Mąż ponownie się z nimi skontaktował i tym razem dowiedział się, że żadnych dokumentów nie ma i nie było. Pracownik poradził mu, żeby wysłał na nowo podanie, co oczywiście przedłuży czas oczekiwania o kolejne pięć dni roboczych. Nieważne, że źle nas poinformowali i nie poczuli się w obowiązku do szybkiego rozwiązania tej przykrej sytuacji. Procedury są jakie są i nie da się ich przyśpieszyć, tego jeszcze by brakowało.

Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy, że poczekamy, gdy nadeszła następna niespodziewana informacja. Znowu skontaktował się z nami przedstawiciel firmy, której nazwy z litości nie wymienię i ze stoickim spokojem oznajmił mężowi, że do pięciu dni roboczych należy doliczyć jeszcze czternaście dni, ponieważ umowa obejmuje klauzulę o tym, iż klient ma dwa tygodnie na podjęcie decyzji, czy chce ten prąd czy nie. A skoro milczeliśmy, to spółka przyjęła za pewnik, że może się rozmyślimy. Fakt, że dzwoniliśmy tam kilkanaście razy i mówiliśmy, że im prędzej aktywują nam prąd, tym lepiej, nic im nie wyjaśnił. Dołożono nam dwa tygodnie i czas oczekiwania na prąd przedłużył się do miesiąca, co przyjęliśmy z rozpaczą.

Kiedy złość mi już przeszła, doszło do mnie, że przecież to nie jest jedyna firma, która dostarcza prąd i można coś z tym fantem zrobić. Podziękowałam za usługę i zerwałam wszelkie kontakty, bowiem miesiąca bez prądu sobie nie wyobrażam. Konkurencja przyjęła nas entuzjastycznie, w jej umowie nie ma żadnych kruczków i zobowiązali się aktywować nam prąd do pięciu dni roboczych i nie dodają nam następnych dwunastu na nie wiadomo co. Z Genuą na sto procent pożegnamy się jutro, do Pavii zawitamy wcześnie rano i trzy dni przebębnimy w hotelu, co samo w sobie jest niedorzeczne, ponieważ mamy gdzie mieszkać. Niestety, dom nie jest wyposażony w najważniejszą rzecz, a kraść prądu nie zamierzam, gdyż znając życie, wsadziliby mnie za kratki i w ogóle nie mogłabym się cieszyć z naszych nowych czterech kątów. Te kilka dni chcę spędzić zwiedzając i nie przejmując się niczym, a w międzyczasie będę rozważać, jak to jest, że mam zawsze pod górkę i nawet normalnie przeprowadzić się nie mogę. Gdyby chodziło tylko o mnie, nie miałabym problemu funckjonować bez prądu, lecz z małymi dziećmi to niewykonalne. A właśnie, gdy zdesperowana spytałam pracownika pechowej firmy jak mam teraz podgrzewać mleko córkom, niezrażony niczym gość odpowiedział mi (cytuję), że zawsze mogą wypić zimne. Operator firmy energetycznej odradza mi korzystanie z prądu i proponuje alternatywne metody, no tego się nie spodziewałam. A nie mówiłam, że Italia to kraj absurdów?


Zdjęcie- il Salvagente

Pożegnanie z Genuą

by 22 kwietnia

Pobyt w Genui powoli dobiega końca. Pakujemy się, a moje wspomnienia przybierają konkretny wygląd. Jakieś ciuszki, które trzymałam na pamiątkę, stare bilety do kina czy inne pierdoły są potwierdzeniem tego, że przez siedem lat wiele się tutaj działo, a nasze życie obfitowało w niespodzianki. Nie zawsze było kolorowo, czasem miałam ochotę stąd uciec, niemniej bilans jest zdecydowanie pozytywny i nie żałuję ani jednej chwili, którą tu spędziłam. Teraz przygotowuję się na zmiany i zastanawiam się, jak będzie w nowym miejscu. Zamieszkamy w małym miasteczku, można nawet powiedzieć, że na zadupiu, co bynajmniej mnie nie przeraża. Jestem podekscytowana i odliczam dni do przeprowadzki.

Wyjeżdżam za niedługo, więc zrobiłam się sentymentalna i przypominam sobie jak to było, gdy przyjechałam do Genui. Pamiętam, że miasto nie wzbudzało mojego zaufania, na początku rzadko wychodziłam z domu i trochę minęło, zanim się tutaj zaklimatyzowałam. Teraz jest zupełnie inaczej, nie błądzę już jak dziecko we mgle i nie mam obaw, że coś mi się nie uda. Stałam się odważniejsza, zaś wyprowadzkę traktuję jak wspaniałą przygodę i tydzień, który do niej pozostał, dłuży mi się niemiłosiernie. Nie jesteśmy jeszcze ogarnięci, w domu panuje bałagan, kartony i worki królują wszędzie, a ja nie wiem, gdzie ręce mam włożyć. Najbardziej zadowolone z chaosu są dzieci i mieszkanie w takim wydaniu podoba im się o wiele bardziej, niż gdy jest w nim porządek. Sara, która ma niecałe dwa lata, nie ogarnia tego, co się dzieje, natomiast jej starsza siostra poinformowała o przeprowadzce całe przedszkole i pół ulicy, nie wyłączając największej plotkary na osiedlu. 

Genua to wyjątkowe miasto i trudno je pokochać od pierwszego wejrzenia, ale na pewno kilku rzeczy będzie mi brakowało. Widoku z okna, jedynego w swoim rodzaju, obejmującego stadion i skrawek morza. Tych wspaniałych kolorów nieba, tak różnych każdego dnia. Smaku focacci, najpyszniejszej na świecie, do której nie umywa się żadna inna. Ryku kibiców, czasami brutalnego, lecz dającego się polubić. Zgiełku panującego na ulicach i oddechu wielkiego miasta. Barów, sklepików osiedlowych oraz majestatycznych kamienic, przytłaczających mnie swoim pięknem. Starszego pana, uśmiechającego się do mnie, którego spotykałam codziennie i rozmawiałam z nim o błahych sprawach. Właścicielki pralni, umiejącej zagadać człowieka na śmierć, ale jakże sympatycznej. I tysiąca innych ludzi, ulic, miejsc, często bezimiennych, a tak dużo mi mówiących. Przed nami kolejny etap wędrówki i jestem przekonana, że w miasteczku leżącym w pobliżu Pavii będziemy tam tak samo szczęśliwi. 

Wyprowadzka

by 05 kwietnia

Druga połowa kwietnia będzie dla mojej rodziny dosyć ciężkim miesiącem. Stało się, wyprowadzamy się, o czym marzyłam od dawna, ale nadal to do mnie nie dochodzi. Zapuściłam korzenie w Genui, przyzwyczaiłam się do tego miasta, ujarzmiłam je, więc świadomość, że będę tu mieszkać tylko do końca miesiąca, jest dla mnie trudna do zniesienia. Cieszę się z przeprowadzki, jak najbardziej, ba, skaczę po łóżku z radości, niemniej jest mi trochę dziwnie, co zresztą jest normalnym uczuciem. Przeżyłam w Genui siedem lat, raz lepszych, raz gorszych, lecz niewątpliwe pięknych, bo tutaj wyszłam za mąż i urodziły się moje córeczki. Zostawiam za sobą pierwsze momenty emigracji, dużo życzliwych osób, mnóstwo nowych znajomych i schody, które przeklinam tak samo, jak na początku.

Wyprowadzamy się, ponieważ mój mąż zmienił pracę. Nie siedzi już na uniwersytecie, a pracuje w firmie, do której dojeżdża pociągiem, więc dalszy pobyt tutaj zwyczajnie nie ma sensu. Od początku grudnia ubiegłego roku mąż codziennie traci na dojazd pięć godzin i ten nowy tryb życia daje nam się mocno we znaki. Wychodzi z domu rano przed szóstą, wraca wieczorem koło dziewiątej, dzieci w ciągu tygodnia prawie go nie widzą, a ja czuję na sobie podwójny balast. Nie lubię narzekać na macierzyństwo, ale muszę przyznać, że bez wsparcia męża nie jest mi lekko. Muszę radzić sobie sama, zaś każde dalsze wyjście z domu jest dla mnie sporym wyzwaniem. Do pediatry mąż woził mnie autem, natomiast teraz jeżdżę trzema autobusami, co nie jest jakimś wielkim wyczynem, lecz mając na plecach Sarę ważącą 10 kilogramów po przyjściu do domu czuję się tak, jakbym zeszła z ringu.

I chłonę Genuę, na którą zostało mi tak mało czasu. Dopiero dzisiaj, na tak niewiele przed wyjazdem, zdałam sobie sprawę z tego, że nie znam tego miasta. Zawsze odładałam zwiedzanie na jutro, tymczasem okazuje się, że na jutro jest już za późno. Nie dam rady nadrobić turystycznych zaległości i przeprawiać się przez miasto z aparatem w ręku, bo nie pozwala mi na to proza życia. Nie mogę rzucić wszystkiego i latać po Genui, choć bardzo bym chciała, ponieważ mam zobowiązania i czekają na mnie kartony, do których powoli pakuję nasz skromny dobytek. Jednakowoż, gdy nadarza się okazja, cykam zdjęcia i uwieczniam tak dobrze mi znane miejsca. Moje uczucia do Genui są skomplikowane, czego nigdy nie ukrywałam, lecz obecnie, w przededniu naszej wyprowadzki, pamiętam jedynie te dobre rzeczy. Będę tęsknić umiarkowanie, gdyż najdroższych zabieram ze sobą. A udajemy się do Lombardii, gdzie zamierzamy zapuścić korzenie, przynajmniej taki mamy zamiar, chyba że los zadecyduje inaczej.

Dziwny przypadek nadwrażliwego sąsiada

by 29 marca

Gdyby można było wybrać sobie sąsiadów, życie byłoby piękniejsze. Co prawda nie mam na co narzekać, bo trafili mi się niekłopotliwi sąsiedzi, którzy w większości są bardzo miłymi ludźmi, lecz kobieta z naprzeciwka powoli dostaje szału, ponieważ facet mieszkający nad nią jest nie do wytrzymania. I faktycznie, widząc co on wyrabia, muszę przyznać dziewczynie rację. To sąsiad wprost z piekła rodem.

W moim bloku i w ogóle we włoskich kamieniacach ściany są dosyć cieńkie, więc często można usłyszeć, o czym mówią sąsiedzi (dlatego ja się pilnuję i staram się nie podnosić głosu), nawet jeśli się tego nie chce. Jednak człowiek, z którym zadarła moja sąsiadka poszedł o krok dalej- mu przeszkadza wszystko. Mieszka sam i nie akceptuje niczego- ani tego, że zaszczeka pies (choć Genueńczycy znani są ze swej miłości do czworonogów), ani tego, że zamyka się okna, czy tego, że puści się muzykę. Co chwila schodzi na dół i zostawia sąsiadce przypięte karteczki z pretensjami. Na jej miejscu wyszłabym z siebie.

Te karteczki to jakaś mania sąsiada, bo podrzuca je każdej rodzinie mającej to nieszczęście, że mieszka nad nim. Teraz stanęło na sąsiadce, która przeprowadziła się tutaj rok temu, nie ma jej prawie cały dzień w domu, a kiedy do niego wraca, musi stresować się z powodu karteczek na drzwiach. Zanim tu się zjawiła, zastanawiałam się, jak to możliwe, że to mieszkanie wiecznie zmienia lokatorów, a teraz mam na to odpowiedź. Ludzie odchodzą stąd z powodu sąsiada, jako że nie chcą się z nim użerać i wolą mieć święty spokój. Co to zresztą za forma komunikacji, te całe karteczki? Z tego co wiem, sąsiad mówić potrafi, więc jaki to problem pójść i powiedzieć wprost, o co mu chodzi?

W ubiegłym tygodniu zostawił swoje żale na drzwiach aż cztery razy. Pierwszy brzmiał "Proszę zamykać i otwierać okiennice ciszej, bo ludzie nie mogą spać). Pisząc "ludzie" miał na myśli oczywiście siebie, gdyż nikt inny się o to nie wkurza. Druga karteczka była bardziej zwięzła: ("Proszę nie trzaskać drzwiami") i nie wiadomo, czemu sąsiad uparł się tych drzwi, ponieważ sąsiadka wcale nimi nie wali. Trzecia karteczka dotyczyła psa: ("Proszę uspokoić tą bestię, bo tylko szczeka"). Rzeczona bestia ma cztery miesiące, jest słodka i prawie nie szczeka, a jeśli już, to bardzo rzadko i nie za głośno. Czwarta karteczka została przypięta wczoraj: ("Proszę za długo nie wiercić, to niedozwolone). Zdesperowana sąsiadka robi remont łazienki i obwinia siebie za zbyt krzykliwe życie. 

Mój mąż stwierdził, że gdyby nam przypinał na drzwiach te durne karteczki, to porozmawiałby sobie z nim po męsku. Nie można od innych wymagać, by nie oddychali w swoim własnym domu, zwłaszcza gdy nic złego nie robią. Problem leży w sąsiedzie, który ma dziwną wizję wspołżycia międzyludzkiego. Wiadomo, że bywają gorsze dni i hałasy z zewnątrz mogą przeszkadzać każdemu, ale przecież można to inaczej załatwić. Kulturalnie, bez pretensji, tymczasem facet nie ma ochoty na rozmowy i woli obgadywać sąsiadów na fejsie (co rusz podkreślając, skąd pochodzą, jakby to miało znaczenie) i biadolić na los, który zrzucił mu taki kłopot pod siebie. Jego znajomi raczej nie wiedzą, że przypina karteczki od dobrych kilku lat i dał się we znaki czwartej z kolei rodzinie. Wynika więc z tego niezbicie, iż kłopot ma on, a nie ludzie zachowujący się jak ludzie. Za niedługo nie będą mogli nawet szeptać, bo sąsiad i na to znajdzie paragraf. Najlepiej by było, jeżeliby to on się wyprowadził i zamieszkał w willi lub na bezludnej wyspie. Wtedy byłby pewien, że nikt nie zakłóci mu świętego spokoju.

Wesołego Alleluja!


zdjęcie- YourMag

Piękna włoska tradycja dubbingowania

by 14 marca


Od prawie siedmiu lat poznaję na nowo Włochy i tyle samo oswajam się z emigracją. Przebywanie na obczyźnie wiąże się z niespodziankami, których człowiek nie jest do końca w stanie ujarzmić, choć bardzo by chciał. Do większości spraw już się przyzwyczaiłam i nawet bidet stał się dla mnie normalnością, mimo że jeszcze do niedawna psioczyłam, iż tylko zajmuje niepotrzebne miejsce w mojej łazience. Włosi bez niego nie wyobrażają sobie funkcjonowania, więc chcąc nie chcąc, się do nich dostosowałam. Jest jednak coś, z czym przyszło mi się tutaj zmierzyć i ciężko mi było to zaakceptować, ponieważ wyrosłam na naszych wspaniałych lektorach i oglądanie filmów bez ich telewizyjnych głosów nie sprawiało mi przyjemności. A w Italii każdy film i serial są dubbingowane, co prawie natychmiast odbiło mi się czkawką. Dla mnie filmy zawsze kończyły się zdaniem „Czytał Tomasz Knapik” i tą włoską manię dubbingowania uważałam za bluźnierstwo. Brak oryginalnych głosów aktorów stał się nieomal przyczyną konfliktu z moim mężem, który jak na Włocha przystało, jest wielkim zwolennikiem rodzimego dubbingu. Według niego to jest prawdziwa sztuka i powinnam ją docenić, a nie szukać dziury w całym.

Na początku mojego pobytu we Włoszech wcale nie oglądałam telewizji i nic mnie w niej nie kręciło, aż do czasu, kiedy odkryłam "Modę na sukces" emitowaną przez Canale 5 (kto nie obejrzał ani jednego odcinka, niech pierwszy rzuci we mnie telewizorem). Nie widziałam telenoweli od lat, ale wiadomo, że serial jest tak skonstruowany, iż można opuścić i tysiąc odcinków, a nie wypadnie się z fabuły. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast głębokiego głosu boskiego Ridege'a usłyszałam jakiegoś Włocha. No jak tak można, to gwałt w biały dzień na kultowym przecież serialu. Poskarżyłam się mężowi i zażądałam odcinków z lektorem, lecz mąż, ten zdrajca, mnie wyśmiał. Co ja sobie wyobrażam, że przyjechałam do Włoch i na moje życzenie Ridge będzie mówił swoim głosem? Chyba mi odbiło, zwłaszcza że włoski dubbing jest wspaniały, jego kunszt docenia się wszędzie i nikt na niego nie narzeka (oprócz, jak widać, pewnej Polki malkontentki). Koniec końców przestałam oglądać „Beautiful” (tak we Włoszech nazywa się "Moda na sukces") i obraziłam się na męża, bo nie zrozumiał skali problemu. A potem poszliśmy do kina i tam było jeszcze gorzej. Znowu włoski dubbing wziął górę nad filmem i przyjemny wieczór diabli wzięli.

Trochę minęło, zanim zrozumiałam, że nic z tym fantem nie zrobię i będę musiała znosić moich ulubionych aktorów mówiących po włosku. Cóż, bywają większe katastrofy, a oglądanie filmów wyłącznie po włosku mogło być dla mnie okazją do lepszego poznania języka. Wystarczyło zresztą kilka seansów, by przekonać się, że mąż miał rację, gdy przekonywał mnie, że dubbing włoski to prawdziwa sztuka. Faktycznie, aktorzy rodem z Italii mistrzowsko dubbingują kolegów zza oceanu, a ich kunszt jest na bardzo wysokim poziomie. Wykonują zaś ten fach nie byle jacy grajkowie, ale również ci z pierwszych stron gazet, wybitni i uznani, którzy potrafią wbić widzów w fotel. Ich interpretacje są żywe, namiętne oraz pełne pasji i kiedy ich słucham, już nie brakuje mi oryginalnego języka. Jednym z moich ulubionych „dubbingowców” jest wielki aktor Giancarlo Giannini, podkładający głos największym hollywoodzkim gwiazdom, takim jak Al Pacino czy Jack Nicholson (pod wrażeniem interpretacji Gianniniego w „Lśnieniu” był sam Stanley Kubrick). Największe wrażenie jednak zrobił na mnie Luca Ward, który wcielił się (między innymi) w Maximusa Russela Crowe'a w niezapomnianym "Gladiatorze". Ten facet ma tak ujmujący głos, że wszystkie moje wahania odeszły w zapomnienie. Z nim udało mi się ujarzmić włoski dubbing (posłuchajcie sobie, jak wypowiada słynną frazę Maximusa - „Nazywam się Maximus Decimus Meridius...” - mnie zawsze przechodzą ciarki) i za to mu chwała.

Tak, tak, i mąż czasem się nie myli, chociaż gdyby się tak zastanowić, to i on nie jest bez winy. Przepada bowiem za Polską i wszystkim, co z naszym krajem związane (z jedzeniem na czele), ale jest jedna rzecz, do której nie potrafi dojrzeć. Jako Włoch z krwi i kości nie jest w stanie pokochać, zrozumieć i uszanować polskiego zwyczaju telewizyjnego, czyli lektorów czytających filmy. Nie przekona się do nich nigdy, jakkolwiek tłumaczę mu, iż bez nich rodzima telewizja byłaby zwyczajnie nudna. W tym wypadku chyba nie dojdziemy do porozumienia i naszym domem zapewne jeszcze niejeden raz wstrząsną polemiki. Nie może być inaczej, skoro mąż oglądając polskie filmy po prostu na nich zasypia. Wyjątkiem są te, które jakimś cudem puszcza włoska telewizja. Wtedy na nie patrzy, zachwyca się i wygłasza uwagi, że włoski dubbing je odświeżył. Nie mam siły z nim polemizować.



Na zdjęciu Luca Ward- źródło- Everyeye

Rozważania przed wyborami we Włoszech

by 03 marca

W nadchodzącą niedzielę, czwartego marca, odbędą się we Włoszech wybory do parlamentu. Nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie ich wynik, bo czekam na zmiany i ufam, że naród odpowiednio podziękuje obecnemu rządowi. W ostatnich latach nie działo się dobrze w Italii, więc nadszedł najwyższy czas, aby zająć się naprawą kraju. Kto przejmie pałeczkę po Partii Demokratycznej (o ile w ogóle ją przejmie) i czy Włosi masowo pójdą do urn? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Zdaję sobie sprawę z tego, iż po wyborach wiele wody jeszcze musi w rzece upłynąć, aby we Włoszech nastąpiła poprawa. Nie jestem aż tak naiwna, by wierzyć we wszystkie obietnice polityków, zresztą niektóre z nich wywołują uśmiech politowania na mojej twarzy. Bardzo bym jednak chciała, żeby w Italii wreszcie było więcej optymizmu i mniej boleści, a społeczeństwo miało się po prostu lepiej.

Spekulacje na temat nowego rządu trwają, a nastroje społeczne nie są za wesołe. Dużo mówi się o tym, iż do Włoch powrócił faszyzm, co w moim odczuciu jest błędnym założeniem. Ostrzega się przed skrajnie radykalnymi ugrupowaniami i oskarża się je o szerzenie nienawiści, lecz nie jest do końca zgodne z prawdą. Kilka niechlubnych incydentów nie może być przykładem na to, że klimat w Italii stał się faszystowski i do głosu doszli nacjonaliści.

W Italii od pokoleń żyją przedstawiciele różnych kultur, więc ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o Włochach jest ta, że nie lubią obcych. Na moim osiedlu da się spotkać cały świat i jakoś nie zauważyłam, by komuś to przeszkadzało. Wydarzenia takie jak w Maceracie, kiedy to facet z auta strzelał do imigrantów, to pojedyncze przypadki. A jeśli miały miejsce, to należy się zastanowić, dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Do Włoch przybyło ostatnio za dużo nielegalnych imigrantów, co potwierdzają nawet przedstawiciele obecnego rządu, którzy są za to odpowiedzialni, stąd też ekstremalne (i haniebne) reakcje.

Pisanie o imigracji to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy się jej nie popiera. Jestem jej przeciwna, gdyż Włochów na nią nie stać i nie podoba mi się to, że wzbogacają się dzięki niej spółki, zarabiające naprawdę grube miliony. A kiedy słyszę, jak w wywiadzie telewizyjnym trzecia osoba w państwie (Laura Boldrini) oznajmia, że nie da się odesłać nielegalnych imigrantów, bo nie wiadomo, skąd przybyli i kim są, to zaczynam się bać. Jak to możliwe, że Włosi nie wiedzą, kogo wpuszczają do swojego domu? Sytuacja chyba wymknęła się spod kontroli.

Jednakowoż nie tylko imigracją Italia żyje, a problemów na Półwyspie Apenińskim namnożyło się sporo. Gdybym miała użyć jednego słowa, które definiuje poczynania aktualnego rządu, byłoby nim precario, co oznacza niepewny. Niepewna przyszłość, niepewne emerytury, niepewni młodzi ludzie, niemający perspektyw i niepewna starość, często pozbawiona nadziei. Naród musiał poznać smak wyrzeczeń, natomiast politycy nie odjęli sobie z niebotycznie wysokich uposażeń ani centa. Z tego właśnie powodu użawam, że zmiany są konieczne i nieuniknione. Społeczeństwo jest zmęczone i jestem przekonana, że da temu wyraz podczas jutrzejszych wyborów.


zdjęcie- ciaostl.com


Polki we Włoszech wieczne zdziwienie

by 23 lutego

Wielokrotnie pisałam, że prawdziwą Italię odkryłam wtedy, gdy osiadłam na Półwyspie Apenińskim. Przedtem byłam miłośniczką Włoch i wiedza o tym kraju ograniczała się do wspaniałości, turystycznych szlaków i jako tako jedzenia, a o reszcie nie miałam zielonego pojęcia. Skąd bowiem mogłam wiedzieć, jak żyją Włosi, co im w duszy gra i jakimi są ludźmi? Po prawie siedmiu latach obcowania z nimi doszłam do nowych wniosków i moje spostrzeżenia na temat Italii przybrały nieco inną barwę, a ponadto zdziwiły mnie rytuały, które poznałam dopiero tutaj. Od kuchni Włosi są jeszcze bardziej interesujący, a ich zwyczaje niejeden raz spowodowały moją konsternację, śmiech, a nawet bezradność. Cóż, życie emigrantki nie jest usłane oczywistościami.

Jedne z pierwszych włoskich zdziwień, o które się otarłam, to włoskie pogrzeby (tak, dobrze czytacie). Niby niewiele różnią się od naszych, lecz dwie rzeczy zwróciły moją uwagę, bo w polskiej tradycji z czymś takim się nie spotkałam. Przede wszystkim byłam zdumiona tym, że na widok trumny wynoszonej z kościoła ludzie klaszczą. Nie ma ciszy i skupienia, jak u nas, za to słychać brawa. Domyślam się, że w ten sposób oddaje się hołd zmarłej osobie, niemniej do końca tego zwyczaju nie zaakceptowałam. Druga sprawa to kwestia ubioru na ceremonię. U nas na pogrzeby ubiera się "świątecznie" i trzeba być odstrzelonym, inaczej możemy być pewni, że zostaniemy obgadani. Ostatnio przeglądałam relację z pogrzebu pewnego artysty i uderzyła mnie agresja komentujących. Większość skupiła się na tym, co mieli na sobie goście pogrzebowi i nie pozostawiła na nich suchej nitki. Tymczasem Włochom brak odpowiedniego stroju nie przeszkadza i nie obchodzi ich, jak wyglądają inni. Ważna jest obecność i szacunek dla zmarłego. 

Lepiej będzie, gdy odejdę od tych grobowych nastrojów i przejdę do mojego kolejnego zaskoczenia rodem z Italii. Odkąd moja starsza córeczka chodzi do przedszkola, nie mogę wyjść z podziwu, jak często strajkuje włoska oświata. Nie wiem, czy tak jest w każdej części Włoch, ale w Genui strajki zdarzają się nierzadko i nie wygląda na to, by miały się zakończyć. Moja polska dusza dziwuje się temu niepomiernie, ponieważ nie przypominam sobie, by w ciągu mojej szkolnej kariery był chociaż jeden dzień, kiedy nauczyciele nie przyszli do pracy. Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem decyzji o strajkowaniu pań przedszkolanek Gai. Od lat nie widziały podwyżki, a obowiązków mają naprawdę sporo. Nie wyobrażam sobie, by u nas strajki w szkolnictwie przeszły bez echa.

Niedawno opublikowałam wpis na temat włoskich sklepów, lecz zapomniałam wspomnieć o dwóch niespodziankach, które mnie spotkały. Lubię moje osiedlowe sklepiki i na co dzień do nich zaglądam, z racji tego, że mam blisko oraz panuje w nich fajna atmosfera. Wczoraj w warzywniaku chciałam zapłacić kartą, ale pan sprzedawca powiedział mi, że jeszcze nie założył takiej formy płatności, mimo że powinien ją mieć. Nie przejmuje się tym wcale, bo w sumie kontroli tu nigdy nie ma, zresztą kupują u niego przeważnie babcie, które nie znają się na kartach, a urzędnicy to też ludzie, więc nawet gdyby się pojawili, to nic mu nie zrobią. Sklepy obok również nie są wyposażone w sprzęty do płacenia elektronicznego i on się nie będzie wychylał przed szereg. Jest dobrze jak jest. I tak sobie pomyślałam, słuchając go, że w naszej rzeczywistości taka beztroska byłaby niemożliwa. Jeśliby przyłapano właściciela sklepu bez wymaganego wyposażenia, to na pewno dostałby wysoką karę pieniężną. Włosi zaś wszystko robią po swojemu, a ich fantazja nie zna granic, o czym przekonałam się w piekarni. Każdy rodzaj bułki ma bowiem różną nazwę- książeczka, olejka, zwijana, mięciutka i tak dalej. To w sumie szczegół i niewiele zmienia w moim  włoskim pożyciu, niemniej to nazywanie pieczywa bardzo mnie ujęło.

No i ostatni przypadek, który niezwykle mnie zadziwił, czyli fakt, że Włosi to plotkarze. Na początku mojego pobytu tutaj byłam przekonana, że tylko Polacy lubują się w ploteczkach, ale musiałam zmienić zdanie. Włosi uwielbiają szeptać o kątach, rozprawiać i obmawiać, a niektóre emerytki spędzają dzień na pogaduszkach. O ich manii plotkowania przekonałam się na własnej skórze, kiedy to spotkałam przy ławeczkach starsze panie i ukłoniłam się im na powitanie. Chciałam odejść, lecz mnie zatrzymały i okazało się, że wiedzą o mnie sporo. Nie mam pojęcia skąd, ale byłam zszokowana, gdy zaczęły mnie prześwietlać. Wydawało mi się, że jestem anonimowa i nikt nie zwraca na mnie uwagi, a tu proszę, osiedlowy patrol zauważył moją obecność. Zweryfikowałam więc swoje pojęcie, zwłaszcza że w mojej kamienicy mam przykład osoby kochającej plotki. Jedna z moich sąsiadek pół dnia spędza przy oknie, widzi wszystko i nikomu nie przepuści. Poinformował mnie o tym sąsiad, który ma z nią na pieńku, odkąd weszła buciorami w jego prywatne sprawy. Natomiast według mojego męża zamiłowanie do plotek jest czymś, co łączy ludzi pod każdą szerokością geograficzną i tym złowrogim skądinąd spostrzeżeniem zakończę ten przydługi wpis. Wiwat Włosi!


zdjęcie- Milanopost.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.