I co dalej?

by 13 grudnia

Rok powoli dobiega końca i najwyższa pora zrobić podsumowanie, które w sumie nie jest mi do niczego potrzebne, ale szkopuł w tym, że lubię analizować. Za niedługo minie 6 lat, odkąd prowadzę bloga i ciągle się zastanawiam, czy nie przyszła pora, aby zejść z tej wirtualnej sceny i dać sobie spokój z pisaniem. Nie publikuję dużo, bo ściśle określony temat, jakim jest Italia, nie zawsze daje mi powody do publikacji nowego tekstu. Oczywiście miłośnicy Włoch mogą się ze mną nie zgodzić i stwierdzić, że to najbardziej inspirujący kraj na świecie, niemniej nie w moim przypadku. Nie piszę, jak wiecie o podróżach i gotowaniu, nie opiewam piękna Belpaese, a zakres spraw, wokół których się poruszam, jest mocno ograniczony. Uważam też, że lepiej milczeć, niż publikować bzdury, zatem blog z tego powodu często obrasta kurzem i odradza się wtedy, gdy naprawdę mam coś do powiedzenia. Z perspektywy marketingowej to dosyć słabo i statystyki nigdy nie będą moją mocną stroną, ale co tam. Trzymam się swojej linii i mam misję pokazania Włoch bez spektakularnego, krajobrazowego filtra.

Blogowanie o Italii daje mi, wbrew pozorom, wiele satysfakcji, gdyż nie ukrywam, że uwielbiam się przyglądać rodakom mojego męża. A ci zaskakują mnie za każdym razem, jako że obcowanie z nimi przypomina trochę jazdę na kruchym lodzie (albo jak kto woli dzikim rumaku). Niby wydaje mi się, że ich znam, lecz po czasie dochodzę do wniosku, że to nieprawda, bo znowu mnie zaskoczyli. Od ponad pół roku poznaję Włochów na nowo, ponieważ każdy region to odsłona innego charakteru i odkąd przeprowadziłam się do Lombardii, moje obserwacje przybrały nieoczekiwany obrót. Genueńczycy byli zamknięci i nieufni, zaś mieszkańcy niziny padańskiej są bardziej otwarci i jest mi z nimi po drodze. Odnalazłam siebie w małym miasteczku i mimo że czasem tęsknię za wielkomiejskim gwarem, to nie wróciłabym do Genui za żadne skarby świata. Tu jest cicho, spokojnie i nawet bywa nudno, ale nie narzekam. Pielęgnuję ten kolejny rozdział w życiu i jestem szczęśliwa, że przestałam biegać, a wreszcie mogę spacerować. Oraz kontemplować rzeczywistość, która nie jest jakaś niezwykła, lecz zdecydowanie przyjemniejsza, więc w to mi graj. W końcu czuję się częścią wspólnoty, a nie tylko przyjezdną. 

Włochy były mi przeznaczone. Od dziecka kochałam ten kraj i marzyłam o nim, aż w końcu tu zamieszkałam. Jestem pewna, że to nie był przypadek i tak chciał los. Ojczyznę mam jedną, co ciągle będę podkreślać, zaś Italia w moim sercu ma szczególne miejsce. Psioczę na Włochy, zdarza się, że je nienawidzę i mam ochotę pakować walizki, lecz szybko mi przechodzi. Nie wiem, czy potrafiłabym znowu mieszkać w Polsce, gdyż jak już kiedyś wspominałam, tutaj odcięłam się od toksycznych ludzi i zaczęłam być sobą. Nigdy nie dogoniny Włochów, jeśli chodzi o filozofię życia, nigdy nie będziemy tak uśmiechnięci jak oni. Piję ten ich optymizm, delektuję się nim i cały czas uczę się tego, jak małe radości mogą urosnąć do rangi wielkich. Rzadko opiewam na blogu zalety mieszkańców Italii, ale wierzcie mi, warto brać z nich przykład. Nawet jeśli wszystko im się zawali, potrafią wziąć się w garść i wyjść z beznadziejnej sytuacji. Odkąd przebywam w Belpaese, przestałam się dołować i widzieć wszystko w czarnych barwach. Italia jest pełna odcieni i każdy włoski poranek jest wyjątkowy. 

Dlaczego więc na blogu poruszam w większości trudne sprawy? Odpowiedź jest prosta- spełniam swoje pragnienie bycia dziennikarką. Zawsze chciałam pisać, zawodowo mi się to nie udało, toteż jako tako dopełniam się na blogu. Nie mam z tego wymiernych korzyści, natomiast są inne, które bardzo mnie satysfakcjonują. Cieszę się, kiedy dostaję podziękowania za opisywanie włoskiej rzeczywistości, czasem się wkurzam, gdy ktoś wyzywa mnie od "nietolerancyjnych wariatek", ale długo się tym nie przejmuję. Publikowanie w sieci i przedstawianie osobistych poglądów wiąże się z ryzykiem, o czym dobrze wiedziałam, decydując się na taki charakter strony. Zdecydowałam jednak, że nie będę się bać i konsekwentnie realizuję to, co postanowiłam. I marzy mi się konkurencja, jakkolwiek dziwnie to brzmi, ale byłoby fajnie, gdyby na horyzoncie pojawił się blog o podobnym charakterze do mojego. Miałabym w końcu możliwość podyskutowania na temat Włoch i problemów, z jakimi się zmagają. Kto wie, może w nadchodzącym roku ktoś spełni to moje ciche urojenie? Tymczasem brnę do przodu i nie mam zamiaru przestać publikować. Po sześciu latach uodporniłam się na kryzysy, hejty i inne negatywne sprawy związane z blogowaniem. Nie planuję podbić świata, nie zamierzam pokazać, że i ja potrafię, nie przewiduję startować wyścigu o bycie kimś, ponieważ wiem, iż nie muszę niczego udowadniać. Ważne, że nadal piszę i idę dalej.

Kiedy niebo płacze

by 25 listopada

Mam dość. Jestem bezradna, wtrząśnięta, zasmucona, ale przede wszystkim jest mi wstyd. Wstyd za tych wszystkich mężczyzn, którzy pozbawiają życia kobiety, wstyd za to, że cywilizowany kraj, jakim jest Italia, nie może sobie poradzić z problemem kobietobójstwa (femminicidia). Wstyd za bezradność odpowiednich służb, do których zgłaszają się kobiety, lecz nie otrzymują należytej pomocy, a ich desperackie próby ucieczki od domowych tyranów kończą się śmiercią. W tym roku aż 106 kobiet zostało zamordowanych i nie jest to zapewne ostateczna liczba. Czy to cholernie przykre i niepokojące zjawisko, jakim jest kobietobójstwo kiedykolwiek się skończy? Statystyki pokazują, że nie, gdyż w porównaniu do ubiegłego roku niewiele się zmieniło. I nie wygląda na to, by miało się polepszyć, ponieważ włoskie prawo nie stoi po stronie kobiet, a dowodem są wyroki na te bestie w ludzkiej skórze. Obudź się wreszcie, Italio, i zrób coś, bo femminicidio to najczarniejsza plama na Twoim pogodnym obliczu. 

Potępiam sędziów, którzy w sposób haniebny aplikują prawo. Potępiam to, że kara dożywocia w przypadku kobietobójstwa jest stosowana marginalnie. Potępiam przypadki morderców przebywających w aresztach domowych, mimo że ich miejsce jest za kratkami. Potępiam lekceważące podchodzenie do sprawy oraz redukcję i tak niskich wyroków (w ostatecznym rozrachunku zamienia się na je na kilka nędznych lat). Nie mogę pogodzić się z tym, z jaką łatwością rozgrzesza się tych diabłów, nie potrafię zrozumieć tego, jak można im w ogóle dać drugą szansę. Zabite kobiety żadnej nadziei nie mają, a ofiarami są nie tylko one, ale przede wszystkim dzieci, które zostają sierotami, bo w jednej chwili tracą oboje rodziców. Jak żyć ze świadomością, że ojciec pozbawił życia matki? Jak dziecko ma zrozumieć to, czego nie potrafi pojąć dorosły człowiek? I wreszcie jak zapobiec temu, co się dzieje? Nie wystarczą apele, nie pomogą marsze w imieniu ofiar, a rozwiązanie jest tylko jedno- trzeba zmienić prawo. Mężczyzna dokonujący morderstwa na kobiecie nie powinien mieć możliwości wyjścia z więzienia. Ma aż za bardzo, a rezultaty lekkich orzeczeń sądu często przybierają krwawy obrót. Faceci wiedzą, że mogą odebrać życie żonon, ponieważ  posiedzą kilka lat, a potem wyjdą i dostaną kolejną szansę. 

Gdy myślę o kobietobójstwie, widzę twarze nieszczęśliwych kobiet, które nie miały szansy ułożyć sobie życia. Widzę twarze zakłamanych mężczyzn, wmawiających światu, że zabili w imię miłości, co jest wierutną bzdurą. Widzę twarze matek, rozgrzeszających zbrodnie synów i matek opłakujących przedwczesne odejście córek. Widzę mordercę idącego za trumną żony i wylewającego krokodyle łzy. Widzę twarz Sary, 22-letniej dziewczyny, spalonej żywcem przez byłego chłopaka. Widzę jej rówieśniczkę, której zabójca oddał ponad sto ciosów nożem. Słyszę głos matki, przekonującej, iż jej syn nie jest potworem i kolejnej kobiety, oddychającej z ulgą, kiedy jej jedynak zakończył toksyczny związek ("mój syn się uwolnił"- skomentowała brutalne morderstwo, dokonane przez niepełnoletniego potomka). I w końcu, widzę zabójcę kobiety, trenera osobistego, idącego w asyście policji, z tą fałszywą skruchą wypisaną na twarzy i zapytuję siebie- gdzie on ma kajdanki? A potem się dowiaduję, że nikt mu ich nie założył, bowiem obowiązuje go tymczasowy areszt domowy i do rozpoczęcia procesu może spać spokojnie. I zastanawiam się, czy to wszystko jest normalne? Czy w kraju, gdzie zabójstwa kobiet są na porządku dziennym, a rola mężczyzny- pana władcy nadal dobrze funkcjonuje możliwe jest, by coś się zmieniło? Nie pomogą spoty telewizyjne i rozpaczliwe nawoływania o pomoc, to mężczyźni muszą przyjąć do wiadomości, że kobiety nie są ich własnością i nie mogą decydować o ich przyszłości. Dzisiaj obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą wobec Kobiet. Dzień, który w Italii ma głęboko zakorzenioną tradycję. Dzień, w którym wyjątkowo jest mi wstyd za włoskich mężczyzn. 


zdjęcie- Vita.it (czerwone buty, symbolizujące ofiary kobietobósjtwa).

Czy we Włoszech jest bezpiecznie? (aktualizacja)

by 23 listopada

Kiedy wczoraj zastanawiałam się nad tym, czy po raz kolejny poruszyć temat bezpieczeństwa we Włoszech, przeczytałam w internecie wiadomość, która przesądziła sprawę. Otóż włoskie Służby Specjalne aresztowały 20-letniego Egipcjanina, tak zwanego Samotnego Wilka (Lupo Solitario) z Isis, gdyż planował on atak terrorystyczny na terenie Italii, a dokładniej w Mediolanie. Mieszkam niedaleko i przyznam, że przez chwilę odczułam lekki niepokój. Włochy są względnie bezpieczne, to fakt, niemniej jak widać na przytoczonym przykładzie, licho nie śpi. Na szczęście czuwają odpowiednie straże i działają w sposób błyskawiczny. Obywatel Egiptu został aresztowany, jego dwaj kolesie wraz z nim przygotowujący akcję również i wszyscy zostaną wydaleni z Belpaese. I bardzo dobrze, bo potencjalni terroryści to niebezpieczni ludzie, a ich miejsce jest w więzieniu w ich własnym kraju. Co jednak z tym bezpieczeństwem? 

W ubiegłym artykule wyraziłam przekonanie, iż spokój we Włoszech ma wiele wspólnego ze zjawiskiem nielegalnej imigracji. Jak wiemy, biznes związany z przemytem ludzi nowy rząd solidnie ukrócił, aczkolwiek problem pozostał. Chodzi mi o to, że nie wszyscy, którzy przypłynęli w ostatnich latach do Italii to aniołki i są na to niestety dowody. Nie jestem rasistką ani nie bronię nikomu potrzebującemu dostępu do Włoch, lecz zwyczajnie nie chcę tutaj przestępców. Nie mam nic przeciwko zwykłym imigrantom, mającym za sobą bolesne doświadczenia, ale nie mogę zaakceptować kryminalistów, bezczelnie kryjących się pod przykrywką uchodźców. Ostatnie miesiące pokazały, że takich osób jest wiele i zwłaszcza kobiety nie mogą czuć się do końca bezpieczne. Przykładem jest to, co przydarzyło się 16-letniej Włoszce, Desiree, która została wielokrotnie zgwałcona, a później zamordowana przez kilku Senegalczyków. Najpierw podali biednej dziewczynie narkotyki, a potem gwałcili ją na przemian przez kilkanaście godzin. Kiedy nastolatka była już w stanie agonalnym, postanowili ją wykończyć, gdyż jak stwierdził jeden z nich- "lepiej ona martwa, niż my w więzieniu". Jak zaplanowali, tak zrobili.

Podkreślam raz jeszcze, nie wrzucam każdego imigranta do jednego worka, ale kiedy dzieją się takie rzeczy i negatywnymi bohaterami są osoby, które pojawiły się w Italii w ostatnich latach, budzi się we mnie złość. Lewicowi premierzy, odpowiedzialni za inwazję imigracyjną, ciągle przekonywali, iż pomagają ofiarom wojny i przypływają tutaj osoby nastawione pokojowo, a okazało się, że nie jest to do końca prawdą. Skąd zresztą politycy mieli to wiedzieć, skoro na statkach znajdowali się wyłącznie ludzie bez dokumentów? Według mnie było to bardzo pochopne podejście do sprawy, ponieważ trzeba wiedzieć, kogo się wpuszcza do domu. Historia Desiree udowadnia, że należy być czujnym i zamykać drzwi zwyrodnialcom. Dotknął mnie los tej biednej dziewczyny, natomiast wzburzyło mnie to, co wydarzyło się po jej śmierci. Znaleźli się bowiem odważni przedstawiciele lewicy, moi ulubieni radical chic, którzy zaczęli wywlekać brudy z jej przeszłości. Desiree pochodziła z patologicznej rodziny, jej matka urodziła ją, gdy miała 15 lat, a ojciec handlował narkotykami, zatem nic dziwnego, że spotkał ją taki koniec. Od kiedy to dzieci odpowiadają za błędy rodziców? Obrzydziło mnie, że nie padły słowa potępienia w kierunku zabójców Desiree, zaś na jej rodzinę wylano wiadro pomyj. Poprawność polityczna doprowadziła do tego, że nie uszanowano ofiary morderców z Senegalu.

Nie czuję się bezpiecznie, gdy czytam, że obywatel Maroko zgwałcił na plaży staruszkę albo gdy słyszę o kolejnych włamaniach do domów Włochów. Kilka miesięcy temu opinią publiczną wstrząsnął zuchwały i nad wyraz brutalny atak na włoskie małżeństwo, które zostało sterryzowane przez szajkę złodziejów. Byli oni na tyle bezwzględni, że obcięli kobiecie ucho i tym samym udowodnili, że są w stanie nawet zabić, żeby tylko uzyskać dostęp do kasy. Kiedy o tym przeczytałam, od razu byłam pewna, że przestępcami są obcokrajowcy i bynajmniej nie miałam na myśli imigrantów z Afryki. We włamaniach do włoskich domów przodują niestety przybysze z Europy Wschodniej, a parę emerytów zaatakowali młodzi Rumuni, za dnia pracujący fizycznie, zaś nocą dorabiający sobie w okrutny sposób. Odcięcie ucha starszej kobiety wywołało w Italii burzę i społeczeństwo domagało się od władz szybkiej reakcji. Tak też się stało i miejmy nadzieję, że o takich przypadkach nie będziemy już więcej słyszeć.

Tymczasem włoskie prawo ostatnio zaskakuje. Niby ma karać przestępców, a jednak nawet na ciężkie przewinienie znajdzie się usprawiedliwienie. Niedawno we Włoszech głośno było o sprawie handlarza narkotyków rodem z Tunezji, który został uniewinniony, jako że sąd stwierdził, iż z czegoś musiał się utrzymywać. Gdy się o tym dowiedziałam, uzmysłowiłam sobie, że taki wyrok to zaproszenie do kolejnych przestępstw. Jeśli sprzedawanie narkotyków można uznać za zgodne z prawem tylko dlatego, że trzeba jakoś żyć, to po co w ogóle je zakazywać? Ten sam argument sąd użył w procesie czternastu przemytników ludzi, którzy również zostali uniewinnieni. Przemycali, gdyż nie mieli innego źródła dochodu. Czyli mogę iść jutro obrobić bank i nic mi się nie stanie? Bezpieczeństwo w Italii dzięki skandalicznym wyrokom włoskiego sądu zostało nieco nadszarpnięte i nie podoba mi się, że taki handlarz może teraz stać pod szkołą i nic mu nie będzie, bo to jest jego praca. Tak, mogę wylewać żale, ale ci ludzie muszą przecież zarabiać na życie. I nieważne, że robią to w sposób niezgodny z prawem, to akurat dla sądu nieistotny szczegół.

Pomimo wszystko uważam, że Włochy są bezpiecznym krajem. Nie ma paranoi na ulicach, życie toczy się własnym rytmem i nikt nie ma pretensji do zwykłych, uczciwie pracujących tutaj imigrantów. Ataków terrorystycznych w Italii nie było i ufam, że ryzyko pojawienia się na terenie Włoch Samotnych Wilków jest minimalne. Szczerze przyznam, że bardziej obawiam się tych, którzy kroczą tu przestepczą ścieżką, tak samo jak obawiam się ludzi prawa, ułaskawiających bez (wydawałoby się) szczególnego zastanowienia. Mieszkam na prowincji, moje miasteczko liczy trochę ponad 3 tysiące osób i bezpieczeństwo tutaj w żadnym wypadku nie jest zagrożone. Duże miasta oddychają jednak inaczej, niemniej nie sądzę, by w Mediolanie po aresztowaniu terrorysty z Egiptu nastała zbiorowa panika. Trzeba wszakże być czujnym i mieć się na baczności, zwłaszcza wtedy, gdy tak łatwo otwiera się bramy wiodące do pięknej Italii. Zamknąć je bowiem jest o wiele trudniej.

Interesy na Szczycie i tajemnicza śmierć słynnego mafioso

by 02 listopada

Był ciepły, jesienny wieczór i Matka na Szczycie wraz z dwiema przyjaciółkami- Gosią Jurrasik oraz Katarzyną Przebieg siedziały w barwnym górskim salonie gospodyni i pijąc grzane wino, dyskutowały na temat nowego projektu, który miały zamiar wcielić w życie. Dziewczyny postanowiły otworzyć bar w stylu włoskim, gdzie będzie można wypić cappuccino, zjeść pyszne rogaliki i posłuchać przebojów rodem z Italii na dobry początek dnia. Po długich namysłach zdecydowały, że knajpka będzie się nazywać Il Padrino, jako że to Ojciec Chrzestny włoskiego podziemia- Don Koralone zainspirował je do podjęcia decyzji. Matka na Szczycie co prawda miała jeszcze do niego wonty za ostatnią akcję, ale zdecydowała nie chować urazy, tylko iść do przodu i wykorzystać doświadczenie zdobyte w potyczkach ze słynnym mafioso. Owocny biznesplan dziewczyn przerwał niespodziewany rumor, bo ktoś właśnie zaczął się dobijać do drzwi.

-Kogo tu nosi o tej porze?- wkurzyła się Gosia Jurrasik- porządne kobiety nie przyjmują wizyt po godzinie dziewiątej!

Matka na Szczycie poszła otworzyć i po chwili wróciła w towarzystwie dwóch policjantów i jakiegoś człeczyny o niezbyt ujmującej powierzchowności, który taszczył ze sobą duży pakunek. Mężczyzna chrząknął, ukłonił się naszym bohaterkom i powiedział coś, co sprawiło, że spokojny Szczyt zatrząsł się od wrażeń:

-Nazywam się adwokat Parassita i chciałem panie poinformować, że wasz przyjaciel, Don Koralone, nie żyje.

Na moment zapadła cisza, którą przerwała Gosia Jurrasik:

-Nie, Matka na Szczycie jest niewinna, ma alibabki! W dzień śmierci była ze mną, jestem świadkiem, więc nie oskarżycie jej ani nie aresztujecie, nie pozwolę wam na to!

I stanęła między zdumioną Katarzyną, a człowiekiem "od złych wiadomości". Ten jednak nie przejął się zbytnio wrzaskami eks asystentki Donatelli Wwersalce i spokojnie kontynuował:

-Ależ nikogo nie chcemy aresztować, Don Koralone zmarł w sposób naturalny i nikt nie oskarża szanownej pani Katarzyny o morderstwo. Jestem tutaj, ponieważ niedawno został otworzony testament mojego pryncypała i okazało się, że została pani jego jedyną spadkobierczynią. Proszę, oto pani spuścizna.

I podał oniemiałej Matce na Szczycie pakunek. Po jego otworzeniu okazało się, że był to zwykły obraz, który przedstawiał Dona Koralone takiego, jakim go dziewczyny znały. Gdy Gosia Jurrasik zobaczyła cyniczny uśmieszek mafioso, wkurzyła się jeszcze bardziej:

-Chcesz mi powiedzieć, że taki ważniak jak Koralone zostawił tylko to nędzne dzieło? A gdzie jego miliony, wille, jachty?

-Wszystko to zostało skonfiskowane przez skarb państwa, bo pan Koralone nie działał do końca legalnie. Obraz ten to nieliczna rzecz, która nie jest nic warta, oprócz oczywiście sentymentu, a z godnych zaufania źródeł wiem, że darzyły panie mojego szefa głębokim szacunkiem. Chciał więc, abyście o nim nie zapomniały i jego ostatnim życzeniem było to, aby obraz z jego podobizną wisiał w waszym nowo otwartym barze.

Dziewczyny spojrzały na siebie i przełknęły śliny. Jak to możliwe, że Koralone wiedział o ich planach? Czyżby na Szczycie jego ludzie zainstalowali pluskwy? Albo ich komórki są na podsłuchu, a one same są śledzone? O matko, w co żeśmy się wpakowały, pomyślała Katarzyna Przebieg i przeklnęła w duchu dzień, gdy Koralone pojawił się na ich drodze.

-W takim razie przyjmuję dar- powiedziała Matka na Szczycie- i żegnam panów. Nie proponuję kawy, gdyż na pewno macie wiele spraw do załatwienia.

Gdy mężczyźni wyszli, przyjaciółki zaczęły się zastanawiać, jak to możliwe, że Koralone zawsze wie wszystko i nawet śmierć mu w niczym nie przeszkadza?

-Musimy się przyzwyczaić do tego, że facet nie zostawi nas w spokoju- westchnęła Kasia Przebieg- dlatego uważam, że lepiej będzie powiesić ten obraz w barze, bo inaczej znowu może spotkać nas coś złego.

-Popieram- powiedziała Matka na Szczycie i choć Gosia Jurrasik była przeciw, gdyż nie uśmiechała jej się wizja umarlaka w przytulnej włoskiej knajpce, to nie miała wyjścia jak to zaakceptować, bowiem została przegłosowana. Nie pozostawało nic innego, jak dopełnić formalności, latać po urzędach, zdobywać pozwolenia itepe, ale okazało się, że wszystko zostało już załatwione i nasze bohaterki otwarły bar Il Padrino w iście błyskawicznym tempie. Nie trzeba dodawać, że z miejsca stał się on kultowy i przyciągał miłośników Italii z całego kraju.

Wyglądało na to, że portret Dona Koralone przynosił szczęście knajpce. Nie tylko ustawiały się do niego pielgrzymki podejrzanych gości, lecz przynosił on także niemałe profity. Typki, którzy przychodzili oglądać najsłynniejszego mafioso namalowanego przez Salvadora Dali (takie plotki rozpuściła Gosia Jurrasik, mimo że na pierwszy rzut oka widać było, iż to kicz, a nie dzieło wielkiego mistrza. Gosia jednak słusznie rozumowała, że fani Koralone, w większości przestępcy, raczej nie znają się na sztuce), przypinali do obrazu, jako wyrazy szacunku, banknoty, którymi dziewczyny sprawiedliwie się dzieliły.

-Chociaż raz Don Koralone nam się do czegoś przysłużył- uśmiechnęła się Matka na Szczycie- w końcu wyszłyśmy na nasze, bo do tej pory z jego powodu miałam tylko długi.

Dobra passa trwała nieprzerwanie mimo różnych przeszkód. Konkurencja, która nie mogła znieść tego, że lokal trzech przyjaciółek pozamiatał całą resztę, zaczęła rozpuszczać plotki, iż bar jest nawiedzony, a sama Gosia Jurrasik korzysta z usług egzorcysty. Kasia Przebieg musiała zmierzyć się z bolesną przeszłością, gdy wyszła na jaw jej misja w Watykanie (a złośliwcy dodawali, że zrobiono jej tam pranie mózgu), natomiast o Matce na Szczycie mówiono, że poślubiła potajemnie Don Koralone i teraz jest wielką szychą. Oczywiście Katarzyna Targosz nic sobie z tego nie robiła i powtarzała wszem wobec, że niech sobie ją obgadują, ponieważ sumienie ma czyste i może chodzić z podniesioną głową. A to, iż ubyło jej kilku klientów, w ogóle ją nie poruszyło, jako że portet mafiosa z Neapolu cieszył się nadal bardzo dużym powodzeniem, a nawiedzeni fani Koralone oprócz datków pieniężnych zaczęli zapalać w barze świeczki, na co Gosia Jurrasik przyznała, że czuje się tu jak w kościele.

W każdym razie nie było źle i do dziewczyn co rusz zgłaszali się a to reklamodawcy, a to reporterzy, żeby zrozumieć przyczynę powodzenia prowincjonalnej knajpki. Miłej bo miłej, i owszem, ale takich przecież jest w okolicy na pęczki.

-No cóż- odpowiadała skromnie Gosia Jurrasik- wystarczy na nas popatrzeć i macie odpowiedź na wasze rozterki. Charyzma, klasa, uroda i wyjątkowa błyskotliwość od lat przyciągają mężczyzn, więc skoro mogą oglądać nas teraz godzinami w knajpce, to nie ma się co dziwić, że Il Padrino z miejsca uzyskał ogromną popularność. Dodatkowo mają nam przyznać gwiazdkę Pisklę, chociaż nic nie gotujemy. Ale co urok to urok.

Tymczasem na horyzoncie pojawiły się pierwsze kłopoty. Pewnego dnia, gdy dziewczyny weszły rano do baru, zobaczyły, że portret Dona Koralone znikł. Matka na Szczycie na początku zbagatelizowała sprawę i przekonywała koleżanki, że nadal będzie tak samo. Po kilku dniach doszło do niej, że się myliła, jako że profity knajpki zmniejszyły się o ponad połowę. Klientów nie przybywało, a pielgrzymki przestępców już nie pojawiały się w progach Il Padrino, aby złożyć uszanowanie Ojcu Chrzestnemu mafii. Dziewczyny robiły dobrą minę do złej gry, lecz w końcu doszło do nich, że muszą coś zrobić, inaczej trzeba będzie zwijać interes. Zdesperowana Kasia Przebieg zaproponowała, by stworzyć tu klub go-go, w końcu,  jak się wyraziła - mamy jeszcze niezły przebieg - ale pomysł nie spotkał się z uznaniem współwłaścicielek baru. Gosia Jurrasik po raz kolejny pomstowała na Dona Koralone, w jej odczuciu sprawcy całego zamieszania i zastanawiała się, czemu nawet w grobie nie daje im spokoju. Po wielu dyskusjach, płaczach i małych kłótniach bar Il Padrino został przejściowo zamknięty, a naszym bohaterkom nie pozostało nic innego, jak wrócić do poprzedniego stanu i myśleć nad nowym pomysłem na wspólny biznes.

-A wiecie- przypomniało się Matce na Szczycie- w piwnicy mam pyszną nalewkę, pomoże nam rozruszać szare komórki. Pójdę po nią.

-Siedź- powiedziała Gosia- ja pobiegnę, a ty się odstresuj.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Minęły może dwie minuty, a dwie Kasie usłyszały głośny wrzask i przerażona Gosia Jurrasik wróciła do pokoju.

-Duch, duch, widziałam ducha- krzyczała jak oszalała- to on, jego duch tam jest!

Chcąc nie chcąc Kasia Przebieg i Matka na Szczycie zeszły do piwnicy (Gosia Jurrasik szła między nimi) i kiedy zobaczyły, że obok worków z ziemniakami ktoś zrobił sobie legowisko, stanęły jak wryte. Po chwili z ciemności wynurzyła się dobrze im znana postać Dona Koralone, który nie wyglądał ani na trupa, ani tym bardziej na ducha.

-Musiałem sfingować własną śmierć- powiedział do dziewczyn- i tylko tutaj mogłem się ukryć. Wasz bar odwiedzali nie tylko goście, ale przede wszystkim moi goryle, którym zadaniem było mnie chronić i usuwać z drogi wszelkie niedogodności. Ktoś jednak nie potrafił trzymać języka za zębami i poinformował władze, aby prześwietlili knajpę. Nie chciałem, by przez portret doszli do moich powiązań z paniami, dlatego kazałem moim ludziom go zabrać i oddaliłem trop ode mnie. Gdyby się ktoś dowiedział, że przebywam w pani domu, miałaby pani duże kłopoty, dlatego też, aby się z nich wylizać, musicie mi pomóc dostać się do Włoch. Nieważne jak to zrobicie, ale wiedzcie, że to ja rozdaję karty. Jak zwykle.

Czy ten cholerny mafioso nigdy się od nas nie odczepi, pomyślała umęczona Matka na Szczycie. Koniec roku zapowiadał się tak spokojnie, a wygląda na to, że znowu będziemy bujać się po Italii. Mam dość!

Czy Matka na Szczycie i jej przyjaciółki pomogą Donowi Koralone?
Czy bar Il Padrino zostanie ponownie otwarty?
Co się takiego stało, że Don Koralone musiał zaplanować własną śmierć?

Ja tego nie wiem i nie mam pojęcia, czy się kiedyś dowiemy. O to musicie zapytać dzisiejszą solenizantkę, Matkę na Szczycie, bo to już taka blogowa tradycja, że w dzień jej urodzin publikuję opowiadanie z nią w roli głównej. Wszystkiego dobrego Kasiu, Ty wiesz!


Poprzednie opowiadania- 1 2 3

zdjęcie- iCappuccino

Włoskie drogi, francuskie łącza

by 25 października

Nikt nie lubi być upominany ani pouczany, taka to już nasza ludzka przypadłość i nieważne, jaki kraj reprezentujemy. Stop, zatrzymaj się, kobito, i pomyśl trochę, bo nie wiesz, o czym piszesz. Zganiłam samą siebie, gdyż doszło do mnie, iż to nie tak z tym krajem pochodzenia. Włochom jest obojętne, kto im podskakuje, ponieważ zawsze mają rację, a nawet jeśli jej nie mają, to nie zepsuje im to humoru. Istnieją jednak wyjątki od reguły i w przypadku fantazyjnych mieszkańców Półwyspu Apenińskiego tym wyjątkiem jest Francja. Niech tylko Francuzi spróbują się wymądrzać na temat Włochów, albo co gorsza, ich pouczać, wtedy Włosi są w stanie rozpętać piekło.

I właśnie to piekło otwarło się kilka dni temu, kiedy wyszło na jaw, że Francuzi podrzucają Włochom imigrantów (w tym nieletnich), których nie chcą u siebie. Odwożą ich nocą na włoską granicę, po czym zostawiają w lesie i tyle ich widziano (francuskich żandarmierów, nie imigrantów). I jest to proceder nie tylko haniebny, ale też niezgodny z prawem, o czym na pewno wiedzą przedstawiciele francuskiej władzy. Nie jest to żaden wymysł Włochów i oskarżenia w stronę ich "ulubionych" sąsiadów nie są wyssaną z palca bzdurą, bowiem nielegalne praktyki Francuzów zostały udokumentowane i można w sieci zobaczyć, jak podwożą imigrantów do granicy włoskiej  i zostawiają ich na pastwę losu. Francuzi co prawda próbowali się bronić, ale wyszło im to dosyć niezręcznie, gdyż argument, że zgubili drogę nikogo jakoś nie przekonał, zwłaszcza że tą drogę przebyli wiele razy.

Jaka jest sytuacja związana z problemem nielegalnej imigracji, o tym we Włoszech wiedzą wszyscy. Polemiki z tym związane nie ustają, a przeciwnicy i zwolennicy imigrantów prześcigają się w argumentach. W starciu z Francuzami Włochom nie przypadło do gustu nie tyle to przemycanie ludzi (nazwijmy rzeczy po imieniu), co ich uprzednie zachowanie, kiedy to potępiali wszem wobec włoską politykę i nie wahali się użyć mocnych słów po zamknięciu włoskich portów dla promu Aquarius. Pół świata wyzwało Włochów od rasistów, francuski prezydent nie ustawał w krytyce działań włoskiego rządu, zaś jego minister odważył się nawet nazwać włoskie poczyniania wymiotnymi. Tymczasem okazało się, że francuscy prominenci również są na bakier z imigrantami i pod zasłoną nocy zaczęli zawozić ich do Italii. Prezydent Macron ośmielił się ich pouczać, co jeszcze bardziej zdenerwowało Włochów i wojna dyplomatyczna między państwami znowu wisi na włosku. To nic nowego, niemniej tym razem Francuzi nadepnęli na odcisk włoskiego buta wyjątkowo boleśnie i zobaczymy, jak sprawa się rozstrzygnie. Jedno jest pewne- nie taki anioł święty, jak go przedstawiają, ale o tym Włosi wiedzą od (prawie) zarania dziejów.


zdjęcie- eunews.it

(Nie)włoskie rozważania na czterdzieste urodziny

by 17 października

Przekroczyłam czterdziestkę i moje życie nie legło w gruzach. Oczywiście liczba ta zrobiła na mnie wrażenie, nie powiem, niemniej zdałam sobie sprawę z tego, że nic po urodzinach się nie zmieniło. Ani nie przybyło mi zmarszczek, ani nie poczułam się stara i dalej nikt mi nie daje tylu lat, więc czym tu się martwić? Może tylko tym, że my, kobiety, kiedy latka lecą, nie mamy taryfy ulgowej, tak jak to jest w przypadku mężczyzn. Ile razy słyszeliście (albo same mówiliśce) o tym, że facetom wiek dodaje uroku, a dla kobiet jest mniej łaskawy? Ja tysiące, zresztą ostatnio powtarzałam to jak mantra mężowi, który (choć tak nie uważa) przyznał mi rację, gdyż większość jego kolegów z pracy ma podobne zdanie. Mężczyzna po czterdziestce jest nadal bardzo interesujący, zaś kobieta, no cóż, jest już trochę zużyta. Taki dylemat dopadł i mnie jeszcze na długo przed urodzinami, zatem nie chciałam nawet myśleć o tym, co będzie w październiku. Tymczasem październik nadszedł, minęło 40 lat, odkąd pojawiłam się na świecie... i nic! Jestem, cieszę się tym, co mam i nie rozsypałam się z powodu tej okropnej czterdziestki. 

Mieszkam we Włoszech, gdzie dobitnie widać, iż piękno nie liczy się w latach. Wiek nas nie ogranicza i nie musimy z niczego rezygnować czy wstydzić się tego, że nie jesteśmy młodzikami. Jedna z rzeczy, która najbardziej podoba mi się w Italii to ta, że nie muszę się przejmować tym, co ludzie powiedzą, a w kraju słyszałam to na każdym kroku. "Ona jest jeszcze starą panną, o matko, co ludzie powiedzą! Gorzej, nie ma narzeczonego, co ludzie powiedzą! A może wiecie, jest ten teges, co ludzie powiedzą! A widzicie jak się ubrała dzisiaj, tak nie wypada, co ludzie powiedzą!" Nie znosiłam tego i gdy w końcu przestałam być w ten sposób oceniania, odetchnęłam z ulgą i bez tej niepoważnej cenzury pod tytułem "Co powiedzą ludzie" jest mi naprawdę dobrze. We Włoszech nikogo nie obchodzi, jak się ubieram, czy się maluję, czy nie i jaki jest mój stan cywilny. Nie mówię, że ludzie tutaj są idealni, gdyż plotkarze wszędzie się znajdą, ale wchodzą z buciorami w czyjeś życie mniej, a stwierdzenia, że "tak nie wypada" nie słyszałam od żadnego Włocha. Im zawsze wypada, albowiem życie jest tylko jedno i trzeba z niego korzystać pełnymi garściami. Przejmować się zaś konwenansami nie leży w ich naturze. 

Kiedy przebywałam w Polsce, byłam dosyć sztywna, dopiero tutaj wyluzowałam. Zrozumiałam, co jest ważne i pierdoły, które mnie kiedyś pochłaniały, odłożyłam głęboko do szuflady. To paradoksalne, ale dzięki pobycie w Italii stałam się sobą, jako że przedtem zawsze grałam jakąś rolę. Włochy pozwoliły mi zedrzeć z siebie tą grzeczną maskę i wreszcie pojęłam, że nie da się każdego zadowolić, że na mojej drodze zawsze będą przeszkody, lecz czy sobie z nimi poradzę, zależy ode mnie i tylko ode mnie. Nie obwiniam już świata i jestem (jako tako) opanowana, choć naturalnie czasem mnie nosi i mam dni "na nie", ale kto ich nie ma. Włoski optymizm ma zbawienny wpływ na moją lubiącą się pogrążać w depresji duszę i potrafię znaleźć antidotum na bolączki, które czasami mnie nękają. Wystarczy wyjść z domu, rozejrzeć się wokół i wszystko wydaje się prostsze. Za krajem tęsknię i go gloryfikuję, natomiast w Italii odzyskałam spokój i przyzwyczaiłam się do siebie. A czterdziestka to kolejny etap podróży, który mnie w niczym nie ogranicza. Kto wie, może moje życie właśnie zaczyna się rozkręcać na dobre?


zdjęcie- Olalla

O włoskim serze, co zwie się kobietą

by 05 października

Lubię odwiedzać włoskie targi, a im one są większe, tym dla mnie lepiej. Mam jednak tego pecha, że w moim miasteczku nie ma stałego bazaru, jak w Genui (gdzie jest ich od gromu) i tylko raz w tygodniu przyjeżdżają tu handlarze, aby wciskać klientom swoje wyroby. Kilka straganów, trochę ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego, torebek, jedzenia i kwiatów, a wszystko to pośród ryków rozochoconych sprzedawców, mających głosy jak dzwony i nieustających w poszukiwaniu nowych klientów. Podoba mi się ta wyjątkowo włoska atmosfera, którą chłonę co czwartek, niejednokrotnie śmiejąc się z wyobraźni szanownych subiektów targowych. Niestety, od pewnego czasu zaczęłam omijać szerokim łukiem niektóre budy, ponieważ uświadomiłam sobie, że panowie sprzedający oddają się niewinnej (z pozoru) zabawie, czyli ocenianiu kobiet przechodzących obok nich. Nie ominęli i mnie, co rzecz jasna nie uszło im płazem, bo przestałam u nich kupować.

Gdy po raz pierwszy pojawiłam się na targu, nie było jeszcze wielu klientów (w sumie to nigdy ich nie ma), więc bez trudu wyłapałam okrzyk jednego z sprzedawców. Facet wrzeszczał zupełnie bez sensu: "O, jaki ten ser jest dobry, mniam, mniam", a na jego zawołanie wyszło z ukrycia dwóch innych handlarzy. Zrobiło mi się wtedy dziwnie, ale się nie przejęłam, wróciłam do domu i zapomniałam o sprawie. Po tygodniu znowu poszłam odwiedzić bazarek i jakież było moje zdziwinie, kiedy ten sam sprzedawca na mój widok po raz drugi zapodał kawałek o dobrym serze. Coś tu jest nie tak- pomyślałam zakłopotana- i postanowiłam dowiedzieć się, co kryje się za tym śmiesznym szyfrem. Oliwy do ognia dodał fakt, iż trzej sprzedający przyglądali mi się bez skrępowania, a ja poczułam się mocno onieśmielona. Pochodziłam kilka minut po targu i powzięłam mocne postanowienie, iż następnym razem dowiem się, o co chodzi, jakem Polka na włoskiej ziemi, a ci bezczelni "targowicze" przekonają się, z kim zadarli. 

Tydzień później ponownie odwiedziłam targowisko, jednak nie przeszłam koło "serowego" straganu, a zatrzymałam się przy stoisku z ciuchami położonym bliżej. Pod pretekstem oglądania ubrań obserwowałam sprzedawców i szybko pojęłam, jak zabawiają się mili panowie. Okazało się, że ten cały "ser" to hasło, którym posługują się handlarze dwóch stojących naprzeciw siebie stoisk. Gdy przechodzi jakaś kobieta, a jeden z facetów zwróci na nią uwagę, woła swoich kolegów, używając serowego kodu, aby i oni pooglądali sobie ofiarę. Jeśli pani jest w ich guście, to krzyczą, że ser jest dobry, jeśli natomiast nie za bardzo im się podoba, to pada zdanie o śmierdzącym serze. Kiedy klientka ma nadwagę, to wtedy ser jest tłusty, a gdy jest wiekowa, to ser nie nadaje się już do spożycia. Panów te określenia bardzo śmieszą, mnie zaś wyprowadziły z równowagi, bowiem pachną mi seksizmem i klasyfikacją. Obu handlowcom daleko jest do Adonisów, mają mięśnie piwne i nie powalają urodą, lecz nikt ich nie ocenia ani nie porównuje do kiełbas. Być może te ich, pożal się Boże, serowe metafory od siedmiu boleści tak źle by na mnie nie podziałały, gdyby nie szły za nimi lubieżne spojrzenia, których wręcz nie znoszę. A skoro już zachciało im się oceniać, mogli to robić dyskretnie, a nie głośno, zwłaszcza że i głupi by się w końcu domyślił, o co w tym wszystkim biega. Porównanie kobiet do serów to błędne koło, szczególnie dla osoby, która ich nie znosi. Ser zaś okraszony epitetami dodatkowo wzmaga moją niechęć. Słynna włoska fantazja tym razem nie zadziałała.


O Italii, która (ponoć) rasizmem stoi

by 21 września


Kilka dni temu po odprowadzeniu Gai do szkoły wstąpiłam do pobliskiego baru na poranne cappuccino, które wypiłam w towarzystwie innej mamy, mojej sąsiadki, z pochodzenia Rosjanki. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o różnych sprawach, gdy nieoczekiwanie przysiadł się do nas jeden z klientów baru, energiczny starszy pan o miłej powierzchowności.

-Przepraszam, że tak zagaduję- powiedział- ale nasze miasteczko jest małe, ja jestem stary i znam tu wszystkich, a panie, zdaje się, są nowe, albo rzadko bywają w barach. W każdym razie nie jesteście Włoszkami, to widać na pierwszy rzut oka.

Odpowiedziałyśmy, że nie, a sympatyczny pan na wiadomość, że pochodzimy ze środkowo - wschodniej części Europy rozjaśnił się i spytał, jak nam się mieszka w Italii.

-Na pewno wyrwałyście się z biedy, jak większość ciężko pracujących tutaj cudzoziemiek- powiedział ze współczuciem, na co zaprotestowałyśmy i odpowiedziałyśmy, że przyczyny naszego zamieszkania we Włoszech były trochę inne.

-Bardzo mi przykro- staruszek wyraźnie się zawstydził- nie chciałem pań urazić, mam nadzieję, że się nie pogniewałyście i nie wzięłyście mnie za ignoranta, albo- nie daj Boże- rasistę.

-Ależ skąd- zaprotestowałyśmy- dlaczego mamy pana uważać za rasistę? Zadał pan pytanie i nie było w nim niczego o podłożu rasistowskim, proszę się nie przejmować.

-Bo widzą panie- wyjaśnił nam starszy Włoch- ostatnio wszędzie się czyta o tym, że do Włoch powrócił rasizm i coraz więcej moich rodaków pozwala sobie na słowa nienawiści. Nie chcę być tak odbierany i dlatego się wytłumaczyłem.

-A czy uważa pan, że to prawda?- spytałam go- czy Włosi naprawdę stali się rasistami?

-Nie- oznajmił zdecydowanym tonem- problem jest przesadzony, a epizody, które się zdarzają, nie są głosem całego narodu.

Zamyśliłam się nad opinią pana z baru i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tym rasizmem w Italii. Ostatnio faktycznie ciągle trąbi się o tym, że do Włoch powrócił rasizm i przyjezdni nie są już tutaj mile widziani. Czy aby na pewno tak jest? Po głębokich rozważaniach doszłam do wniosku, że nie i przyznaję rację naszemu rozmówcy. Incydenty o zabarwieniu nacjonalistycznym występują, i owszem, lecz tak nie dzieje się od dzisiaj. Za kadencji poprzedniego (lewicowego) rządu również zdarzały się ataki na tle rasistowskim, lecz nikt ich nie wyolbrzymiał, a Włochy nie miały przeciw sobie europejskich (i światowych) struktur. Krótko mówiąc, opinie o rasistowskim klimacie w Italii są mocno przesadzone.

Jakiś czas temu głośno było o przypadku włoskiej lekkoatletki pochodzenia nigeryjskiego, Daisy Osakue, która została obrzucona jajkami tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w Berlinie. Wszystkie media poświęciły temu wypadkowi wiele uwagi, wszędzie czytało się lamenty o tym, jaki to wstyd, że Włosi nie akceptują sportsmenki (reprezentującej Italię) o ciemnym kolorze skóry. Napaść na zawodniczkę potępiły najważniejsze dzienniki, na pierwszych stronach gazet widzieliśmy twarz poszkodowanej i długie artykuły, że był to atak o podłożu rasistowskim, zaś winę za to ponosi nowy prawicowy rząd, a szczególnie nawołujący do nienawiści minister Salvini. Guzik prawda.

Sprawa z rasizmem się rypła, gdy wydało się, o co poszło. Oprócz Daisy Osakue ofiarami zostało jeszcze trzech Włochów, lecz nikt im nie poświęcił ani linijki w necie, natomiast agresorami okazała się trójka małolatów, którzy obrzucali ludzi jajami dla... jaj. Kiedy na światło dzienne wyszło, że ojcem jednego z nastolatków jest działacz Partii Demokratycznej, nie było już mowy o żadnym rasiźmie, lecz o bezdennej głupocie smarkaczów. Daisy Osakue została poszkodowana przez przypadek, a nie dlatego, że jest czarnoskóra. Media jednak tego nie sprostowały i niesmak poszedł w świat, bo o wypadku lekkoatletki było głośno w całej Europie. Rasizm w Italii przybrał kształt jaj, a tak naprawdę była to durna zabawa bezmyślnych nastolatków. Zrobiono z tego wydarzenie na skalę narodową i ukazano Italię jako naród nie akceptujący czarnoskórych sportowców we włoskich barwach, co jest wierutną bzdurą. Popatrzcie na Balotelliego- jeśli jest w formie, to Włosi daliby się za niego pokroić.

Według niektórych do Włoch powrócił rasizm wraz z prawicowym rządem, gdyż walczy on z nielegalną imigracją, a tym samym pokazuje, że obcokrajowcy nie mają tutaj wstępu. To również jest bardzo uproszczone, jako że zdecydowany sprzeciw włoskiego rządu wobec zjawiska niekontrolowanej imigracji nie może być odbierany jako pochwała rasizmu. Do Stanów Zjednoczonych, do Australii czy do wielu innych krajów nie mają prawa wejść osoby bez dokumentów i każdy się na to zgadza, a gdy Włosi chcą z tym zrobić porządek, wytyka im się brak tolerancji. Dla mnie jest to nie tyle przegięcie, co egoizm ze strony instytucji takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, która tak się zmarwtiła eskalacją rasizmu we Italii, że aż wysłała tu inspektorów na kontrolę. I to jest niefajne, że taki kraj jak Włochy, gdzie splatają się różne kultury i ludzie od wieków żyją ze sobą w zgodzie, jest oskarżany o szerzenie rasizmu i nienawiść wobec imigrantów.

W Italii, tak jak w Polsce lub Anglii, przypadki rasizmu występują, niemniej pokazywanie Włoch jako państwa zamkniętego, zaściankowego i nietolerancyjnego jest ogromną niesprawiedliwością. Od momentu przejęcia władzy przez prawicę nie wydarzyło się nic takiego, by obcokrajowcy mieszkający tutaj zaczęli się bać i stąd uciekać. Epizody rasistowskie się zdarzają, to nieuniknione, ale ich skala nie wzrosła do niepokojących rozmiarów. Mam wrażenie, że ktoś na siłę chce przypiąć Włochom brzydką łatkę i zrobić z nich nacjonalistów. Nastroje społeczne nie są najgorsze i naród wcale nie odwrócił się od przyjezdnych. Nie rozumiem więc, jak można ogłaszać Włochów rasistami, zwłaszcza że ich podejście nie odbiega od innych eurepejskich krajów i nie jest ewenementem na skalę światową. Odkąd tu mieszkam, nie spotkałam się z żadnymi rasistowskimi zachowaniami i nikt nie dał mi do zrozumienia, że mnie tu nie chce. Powtarzam zatem po raz kolejny i będę powtarzać do upadłego- Włochy nie są bastionem rasizmu i nie trzeba "oenzetowskich" inspektorów, by to udowodnić. Wystarczy pójść do baru.


zdjęcie-SputnikItalia

Do (włoskiej) szkoły marsz

by 05 września

Jeszcze tylko kilka dni i Gaja zostanie uczennicą pierwszej klasy. Ma niecałe sześć lat, ale we Włoszech dzieci posyła się do szkoły właśnie w tym wieku, więc nie jestem z tego powodu zestresowana. Uważam co prawda, że 7 lat to próg rozsądniejszy, lecz nie mam wyjścia, jak nie pogodzić się z obowiązującymi w Italii zasadami. Gaja jest podekscytowana i nie przejmuje się niczym, postanowiłam zatem pójść za jej przykładem, chociaż odrobinę się denerwuję. Powodem jednak nie jest status uczniowski mojej córeczki, a sama szkoła, która mimo że za pasem, to milczy i na razie wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Całe Włochy.

Nie kupiliśmy jeszcze prawie nic, ponieważ nie dostaliśmy listy rzeczy dla pierwszoklasisty, więc czekamy na jakiś znak ze strony szkoły. Mogłabym zakupić "na oko", ale wychodzę z założenia, że nie ma to sensu, bo na pewno przepłacę i włożę do koszyka jakieś pierdoły, które okażą się niepotrzebne. Planowaliśmy w weekend odbyć wycieczkę do Lago di Garda, lecz zapewne będziemy musieli ją przesunąć i udać się do marketu w poszukiwaniu wyprawki szkolnej. Szykuje się podbój kas i naszego konta, a wizja ta nie napawa mnie optymizmem. Cóż poradzić, gdy w Italii wszystko odbywa się na ostatni moment, dla Włochów zresztą całkiem usprawiedliwiony? Nadal są wakacje i czy to mi się podoba, czy nie, na reakcję ze strony placówki trzeba będzie poczekać jeszcze ładnych parę dni.

Na szczęście mamy już mundurek. Dzieci we Włoszech chodzą tak ubrane do szkoły (choć głowy nie daję, czy to dotyczy każdego wieku) i muszę przyznać, że to mi odpowiada. Gaja dostała mundurek koloru czarnego z różowymi dodatkami i jest nim zachwycona. Do przedszkola nie nosiła, gdyż nie był obowiązkowy i nie zawracałam sobie tym głowy. Kupiliśmy go na początku lipca, bowiem mąż, który włoskie realia zna lepiej ode mnie, stwierdził, iż w sierpniu w sklepach go nie dostaniemy. Faktycznie miał rację, jako że mundurki wyparowały i zostały po nich wspomnienia w postaci pustych wieszaków, które sukcesywnie są usuwane z marketowych półek. Cieszę się, że czasem mi się zdarzy posłuchać męża.

Szkoła tuż tuż, a nic jeszcze nie wiemy o klasie Gai. Podobno mają być dwie pierwsze, lecz liczba uczniów to na razie pilnie strzeżona przez szkołę tajemnica. Okoliczne matki (wraz ze mną) powoli wychodzą z siebie, gdyż życie w tak niebłogiej nieświadomości skutecznie podnosi im ciśnienie. Podręczniki zostały zamówione, ale nadal widu i słychu po nich, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że pójście Gai do pierwszej klasy jest dla nas nieco abstrakcyjne. Byłam przekonana, że nauczyciele zwołają jakieś zebranie i powiedzą, na co mamy się przygotować, a tu cisza jak włoskim makiem zasiał. Tyle dobrze, że podali, o której godzinie w poniedziałek zaczyna się szkoła, bo zapobiegawczo chciałam pojawić się w niej około szóstej rano, o ile nie szybciej.

Jesteśmy w kropce, ale humory nam dopisują. Gaja poszła do przedszkola, gdy miała trochę ponad dwa lata i chyba z tego powodu nie odczuwam wielkiego niepokoju. Jest przygotowana zarówno pod względem psychicznym jak intelektualnym, więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. O zajęciach dodatkowych póki co nie myślimy, zaś sama zainteresowana marzy o grze w piłkę nożną, co dowodzi, że włoska krew zdecydowanie w niej przewodzi. Mąż nie ma nic przeciwko temu, lecz miejska szkółka piłkarska nie uwzględnia w swych planach treningowych dziewczynek, czego Gaja nie potrafi zrozumieć. Nic to, znajdziemy dla niej inne hobby, teraz zaś najważniejsza jest szkoła, która być może ujawni nam wreszcie swoje sekrety. Zapowiadają się naprawdę ciekawe i pełne napięcia miesiące.



zdjęcie- lastampa.it

Dylematy eks mieszczuchy i jej życiowe we Włoszech zawieruchy

by 29 sierpnia

To już ponad trzy miesiące, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego miejsca (kiedy to minęło, przecież wczoraj pakowałam nasze rzeczy do kartonów). Zbliża się wrzesień, za chwilę zacznie się szkoła i pierwsza klasa Gai, zaś ja wyraźnie odczuwam różnicę między życiem w wielkim mieście, a prowincjonalnym włoskim miasteczku. W Genui wszystko było na szybko, wiecznie się śpieszyłam, ciągle gdzieś biegałam i notorycznie się potykałam. Tutaj jest inaczej, bo więcej odpoczywam, dużo spaceruję, nie potrzebuję już nosidła, tylko wożę Sarę w wózku. Wreszcie kontempluję i ten aspekt macierzyństwa, jako że przedtem schody trochę mi przeszkodziły w całkowitym upojaniu się moim statusem matki. Jest więc dobrze, ale muszę przyznać, że pewnych rzeczy jednak mi brakuje. 

Zgiełk dużego miasta nigdy mi nie przeszkadzał i cisza panująca w moim miasteczku często mnie zadziwia. Jest dla mnie za spokojnie, co nie znaczy, że jest źle. Czuję się bardzo dobrze, niemniej gdy jestem w centrum, gdzie są tylko cztery sklepy na krzyż, to jakoś mi to nie odpowiada. Na mojej starej ulicy barów było co niemiara, tymczasem tu są raptem dwa na całą wieś i jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Widzę również, że coraz więcej sklepów się zamyka i wszędzie wiszą tabliczki "na wynajem", co napawa mnie smutkiem. Małe biznesy giną, została ich garstka, gdyż wyparły je centra handlowe, których w pobliżu jest sporo. Szkoda, ponieważ włoskie osiedlowe sklepiki zawsze mnie fascynowały, lubiłam w nim kupować, a klimat w nich panujący był niepowtarzalny. Nic ich nie zastąpi i bardzo mi żal, że przegrywają w starciu z gigantami.

W związku z tym wpadłam na pomysł, aby wynająć lokal w pobliżu i zrobić w nim bar. Klientów na pewno by nie zabrakło, bowiem dwa inne bary są po drugiej stronie miasta, zatem warto by było zainwestować. Niestety, już na starcie okazało się, że pomysł nie wypali, ponieważ wynajem jest dosyć drogie, a do tego trzeba dodać sprzęty i remont po poprzednim sklepie (przedtem był w nim mięsny). Bardzo tego żałuję, gdyż po siedmiu latach spędzonych w domu fajnie byłoby w końcu zacząć pracować i wyjść z roli kury domowej, która ostatnio wychodzi mi bokami. Mam poczucie niedowartościowania, nie jestem zadowolona ze swej drogi profesjonalnej (tymczasowo uśpionej) i nieco mnie to wkurza. Wszystkie poznane przeze mnie mamy pracują i spełniają się zawodowo, a ja przy nich się czuję jak ryba bez wody. Uwielbiam być mamą i spędzać czas w domu, ale chciałabym zrobić coś dla siebie i być kimś więcej, niż tylko (aż) zwykłą gospodynią. Nie umiem i to mnie dołuje.

Czym się zatem zajmuję? Ano ogarniam dom, urządzam go, kompletuję, wybieram dodatki, a kiedy mam czas, spaceruję. Poznaję miasteczko, chociaż właściwie to je już dokładnie poznałam, chodzę z dziećmi na plac zabaw i tak mijają mi dni na włoskiej ziemi. Cieszy mnie, że mam blisko do Mediolanu, bo tam mogę odetchnąć i zapomnieć o moich rozterkach. Pokochałam nowe miejsce i mieszka mi się w nim naprawdę dobrze, niemniej czasem potrzebuję oddechu wielkiego miasta. Po siedmiu latach w Genui zostało we mnie trochę z "mieszczuchy", więc z przyjemnością zaglądam do stolicy Lombardii. A potem wracam do domu, gdzie ciągle jest coś do zrobienia i patrzę z czułością na te nasze cztery kąty. Mój mąż, który lubuje się w dziwnych prezentach bez powodu, zaskoczył mnie niedawno, przynosząc mi naprawdę oryginalny podarunek. Pewnego dnia przyszedł do domu wniebowzięty, ponieważ znalazł w sklepie wspaniały model miotły ogrodowej i postanowił mi ją kupić, aby lepiej mi się zamiatało (mu oczywiście też). I faktycznie, miotła działa bez zarzutu, zamiatam nią błyskawicznie, a z daleka nie można mnie odróżnić od czarownicy. Może uda mi się rzucić jakieś zaklęcie i znajdę w końcu zajęcie...


Most Morandi, akt drugi

by 21 sierpnia

Minął tydzień od dramatycznych wydarzeń w Genui i nadal ciężko pogodzić się z tym, co się stało. Wiele kwestii wciąż pozostaje niewyjaśnionych, są pytania, na które długo nie otrzymamy odpowiedzi, ale jedno nie ulega wątpliwości- w 21 wieku mosty nie powinny tak po prostu spadać. Zginęły 43 osoby (w tym czworo dzieci), ponad 600 zostało wysiedlonych z terenów pomostowych i trzeba im znaleźć nowe miejsce zamieszkania, a miasto ciągle opłakuje ofiary tragedii. Nie ustają polemiki, ludzie są wściekli i złość postanowili skupić na prezesach autostrady, czyli tych, którzy pobierają niemałe opłaty za przejazd po włoskich drogach, a nie robią nic, by polepszyć ich stan. Najwięcej dostało się rodzinie Benetton, jednej z właścicieli autostrad, większości kojarzonej ze znaną marką odzieżową. Inkasowanie grubych pieniędzy, brak inwestycji i (ponoć) sponsorowanie partii politycznych to podstawowe zarzuty wobec firmy. Kolejnym jest zbyt długie milczenie po zawaleniu się mostu oraz świętowanie przez członków zarządu firmy Ferragosto dzień po katastrofie. Krótko (i brzydko) mówiąc, Benetton ma przesrane.

Od momentu, gdy po dramacie w Genui na wierzch wypłynęło nazwisko Benetton, opinia publiczna nie ma dla marki litości. Ludzie zarzucają włodarzom firmy skąpstwo i uważają, że są oni odpowiedzialni za śmierć tylu osób. Nazywają ich nawet mordercami, co być może jest reakcją przesadzoną, ale w obecnej sytuacji jak najbardziej zrozumiałą. Oficjalna strona na Facebook'u roi się od komentarzy zniesmaczonych Włochów (administratorzy nie nadążają za ich kasowaniem), którzy wyładowują swój gniew i bezradność po tragedii. "Nigdy więcej nie kupimy waszych produktów" jest najdelikatniejszym wyrazem sprzeciwu wobec działań potężnej spółki. Oliwy do ognia dodał Luigi Di Maio, który zasugerował, że Benetton sponsorował kampanię wyborczą lewicy. Na tą wiadomość błyskawicznie zareagował były premier Matteo Renzi, zaprzeczając rewelacjom i nazywając Di Maio szakalem. Nie potrafił siedzieć cicho naczelny fotograf Benettonu- Oliviero Toscani i co było do przewidzenia, stanął on w obronie pracodawcy, po czym wylała się na niego fala krytyki. Memy oskarżające Benetton zaczęły ogarniać internet i tylko lewicowe media milczały, nie mając odwagi ujawnić nazwy firmy. W necie jednak nic nie ginie i jako tako nie ma cenzury, zatem wszyscy się dowiedzieli, o kogo w sprawie chodzi.

Przypadek Benetton udowadnia, że milczenie nie zawsze jest złotem i chyba to najbardziej ludzi ruszyło. Podczas gdy w Genui panowała żałoba, a cały kraj z przerażeniem patrzył na to, co się dzieje, akcjonariusze autostrady nie odwołali tradycyjnej kolacji z okazji Ferragosto i nie odnieśli się w żaden sposób do tragedii na moście. Pokajali się dopiero po kilku dniach, przeprosili za brak reakcji, lecz ich skrucha nikogo nie przekonała. Benetton strzelił sobie w stopę i będzie musiał zatrudnić niejednego speca od ocieplenia wizerunku, aby jakoś naprawić nadszarpniętą reputację. Największe zyski przynosi firmie nie marka odzieżowa, niemniej to pod jej szyldem jest najbardziej znana, więc jej właścicielom żadna afera nie jest na rękę. Mimo wszystko istnieje cień nadziei na to, że firma podniesie się z kryzysu, gdyż przy podobnych nakładach pieniężnych nie ma rzeczy niemożliwych. Niestety, ani grama nadziei nie mają rodziny ofiar tragedii, bo ich bliscy odeszli na zawsze. I choć prokuratura w Genui, która bada sprawę zawalenia się mostu, nie wskazała jeszcze winnych, to obojętność przedstawicieli firmy przemówiła do społeczeństwa bardziej niż suche fakty.


zdjęcie- Corriere Della Sera

Most, który nie przetrwał

by 16 sierpnia

Ubiegły wtorek zaczął się dla mnie przyjemnie, bo od wypadu do Mediolanu. Musiałam załatwić urzędową sprawę w Konsulacie i jakkolwiek nie lubię latać po biurach, to perspektywa zawitania po raz kolejny do stolicy Lombardii napełniała mnie radością. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć miasto opustoszałe, gdyż mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać na Ferragosto. Na szczęście Konsulat był otwarty, złożyłam więc potrzebne dokumenty, pospacerowałam po Milano i wróciłam z rodziną do domu. Zajęłam się sprzątaniem, a po chwili zadzwonił do mnie mąż, żeby spytać, czy słyszałam o tym, co dzieje się w Genui. Szybko włączyłam wiadomości i oniemiałam. Zawalił się most Morandi, przez który wielokrotnie przejeżdżałam. 

Nienawidziłam tego robić. Za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy na ten most, przechodziły mnie ciarki. Nie, absolutnie nie myślałam o tym, że spadnie, ani mi to do głowy nie przyszło, po prostu boję się przebywać na takich wysokościach. Wiedziałam od razu, słuchając relacji we włoskiej telewizji, że bez ofiar się niestety nie obędzie, ponieważ genueński most jest (był) częścią autostrady i ciągle panował na nim niesamowity ruch. Jakże inaczej patrzy się na tragedię, gdy dobrze zna się miejsce zdarzenia, jakże ciężko to wszystko ogarnąć. Mieszkałam w Genui siedem lat, zostawiłam tam mnóstwo wspomnień, staram się być na bieżąco, a to, co dzieje się w mieście, jest dla mnie ważne. Dramat, który wydarzył się na moście boli podwójnie, gdyż wiele na to wskazuje, że można było go uniknąć.

I nie dlatego, że znalazło się tysiące samozwańczych ekspertów, którzy od zawsze wiedzieli, że most kiedyś runie, bo tak działa psychologia. Media przypominają wypowiedź profesora Antonio Brenchicha, bardzo krytycznie odnoszącego się do konstrukcji Morandiego i określającego ją jako inżynieryjną porażkę. W 2016 roku Brenchich dobitnie stwierdził, iż most powinien być zastąpiony nowym, ponieważ został źle skonstruowany. Ale jak to we Włoszech bywa, nikt nie wziął sobie do serca głosu profesora i Morandi zapadł się, stając się symbolem żałoby miasta. We wrześniu miały zacząć się na moście prace remontowe i gdyby to stało się wcześniej, dzisiaj Genua nie płakałaby po tragedii. I nie szukano by winnych, jak to zwykle dzieje się przy podobnych wypadkach. Czy ktoś odpowie za śmierć tylu osób?

Rodzina, która wybrała się na wakacje na Sardynię, już tam nie dojedzie. Nikt nie dotrze do celu, nie skończy projektów, nie przyjdzie do pracy, bo wszystkich zabrał wraz z sobą ten przerażający most. Do tej pory ofiar jest 39, ale to na pewno nie będzie ostateczny bilans. Minister Transportu Toninelli zaapelował do szefów firm kontrolujących stan włoskich autostrad, aby podali się do dymisji. Rząd zapowiedział, że odpowiedzialni zapłacą za tragedię, lecz najpierw trzeba ustalić, kto tak naprawdę jest winnym. Ferragosto upłynęło pod znakiem wydarzeń w Genui i nie było tak radosne, jak w  poprzednich latach. O moście Morandi mówiono, że jest stabilny i przetrwa nawet sto lat, z czym nikt, oprócz kilku przezornych znawców tematu, nie śmiał polemizować. Tymczasem minęło tych lat pięćdziesiąt i Morandi runął, a jego upadek zrodził pytania, na które na razie nie ma odpowiedzi. Renzo Piano, Genueńczyk i wybitny architekt powiedział po katastrofie, że "Genua jest wrażliwa, lecz nikt o nią nie dba". Oby jego słowa nie poszły w próżnię.



Zdjęcie nie przedstawia mostu Morandi. To jeden z wielu otaczających Genuę.

Afery, które wstrząsnęły włoskim internetem

by 09 sierpnia

Często słyszę, że Polacy uwielbiają narzekać, zazdroszczą innym pieniędzy oraz są niedoścignionymi mistrzami w hejtowaniu. Być może jest w tym coś z prawdy, nie zaprzeczam, niemniej nie wydaje mi się, by takie zachowanie było tylko polską domeną. Włoska sieć również jest pełna nienawiści i frustracji, a werbalna agresja wcale nie odbiega od naszej. Hejt nie ma określonej narodowości, zaś internet stał się śmietnikiem ludzkiego sumienia, do którego wrzucane są odpady nie nadające się do recyklingu. 

Codziennie przeglądam interesujące mnie strony, czytam komentarze użytkowników i bywa, że nie wierzę własnym oczom. Nie ma tolerancji i kulturalnej wymiany zdań, gdyż internauci wolą się obrzucać inwektywami. Powodów do tego mają tysiące, bo tak samo jak w naszym wirtualnym światku, tak i we włoskim co rusz wychodzą na jaw różne afery, które zapalają internetowe łącza i prowokują ludzi do brutalnych reakcji słownych. Co takiego ma w sobie internet, że wyzwala z nas najgorsze instynkty? Nie potrafię tego pojąć.

Ostatnimi czasy rozpętała się w Italii burza, której bohaterem został znany lekarz Roberto Burioni. Prowadzi on stronę na fejsie, gdzie obala mity dotyczące szczepień i wyjaśnia, czym grozi nie szczepienie dzieci. Burioni jest przyzwyczajony do hejtu, zmaga się z nim codziennie i chyba niewiele sobie z niego robi, aczkolwiek ostatnia akcja zmusiła go do radykalnych kroków. Jedna z matek, której pan doktor stoi ością w gardle, napisała komentarz, że wie, na jaką plażę on chodzi i ma nadzieję, że się utopi. Odmienne poglądy nie uprawniają do tego, aby komuś grozić, więc doktor Burioni podał kobietę do sądu, a internauci stanęli za nim murem (oczywiście poza nienawidzącymi go antyszczepionkowcami).

Z podobną reakcją spotkał się siatkarz Ivan Zaytsev, który opublikował w internecie zdjęcie swojej córki po jej zaszczepieniu. Sportowiec nie przypuszczał, że jego wpis zostanie potraktowany tak ostro, a on sam stanie się dla części internautów wrogiem publicznym i synonimem nieodpowiedzialnego rodzica propagującego zło. Zaytsev zaczął dostawać śmiertelne pogróżki, wyzywano go od Cyganów (urodził się we Włoszech, ale jego rodzice są Rosjaninami) i krzyczano żeby wracał do siebie, bo sieje zamęt, za który na pewno zapłacił mu koncern produkujący szczepionki. Siatkarz miał pełne prawo zaszczepić dziecko i poinformować o tym cały świat. Hejt w jego stronę zapisał się wstydliwą kartą w historii włoskiego internetu.

Niedawno włoskim internautkom bardzo podpadła słynna blogerka Chiara Ferragni, ponieważ zareklamowała na Instagramie modyfikowane mleko, a matki wpadły w furię. Syn Ferragni ma dopiero cztery miesiące, więc powinien być karmiony piersią, zaś reklamę mleka w proszku uznano za nieetyczną. Na profilu blogerki pojawiło się tysiące negatywnych komentarzy i Ferragni zmuszona była usunąć post. Blogerka odrobiła gorzką lekcję, chociaż to dla niej nie pierwszyzna. Od momentu urodzenia syna Leone zmaga się bowiem z krytyką użytkowników sieci, którzy nie mogą wybaczyć jej tego, iż nie szanuje prywatności dziecka i nie chroni jego wizerunku. Takie same zarzuty musiał odpierać inny znany influencer- Mariano Di Vaio. Model założył nowo narodzonemu synowi odrębne konto na Instagramie, czym wywołał skandal na prawdziwie włoską skalę. Hejterzy nie szczędzili mu przykrych słów, ale Di Vaio ani nie myślał usuwać profilu małego Nathana Leone. W końcu to jego dziecko i jego decyzja.

Z hejtem walczą na co dzień włoscy celebryci, jako że internauci nie lubią popisywania się wystawnym życiem. Przekonała się o tym żona popularnego prezentera telewizyjnego Paolo Bonolisa- Sonia Bruganelli, która pochwaliła się w sieci lotem prywatnym jetem. Po tym zdarzeniu została wyzwana od snobek, a hejterzy nie zostawili na niej suchej nitki. Jak można popisywać się bogactwem, kiedy 5 milionów Włochów nie ma co włożyć do garnka? Owszem, można i Sonia nie tylko nie wzięła sobie do serca rad hejterów, ale i nie zaprzestała publikować zdjęć ukazujących jej luksusowe, uprzywilejowane życie. Hejterzy nie omijają także innych włoskich sław, obnoszących się w sieci drogimi rzeczami. Ostentacja bogactwem nie podoba się Włochom, zatem dają temu wyraz publikując chamskie komentarze. A wystarczyłoby przestać śledzić tych ludzi i mieliby problem z głowy.

Niełatwo mają dzieci gwiazd, jak córka Erosa Ramazzottiego i Michelle Hunziker- Aurora, której zarzucono, że dostała pracę w telewizji po znajomości. Aurora została specjalną wysłanniczką programu "Vuoi scomettere?" ("Chcesz się założyć?), gdzie gospodynią była jej mama, więc internet nie mógł wybaczyć tak oczywistego przykładu nepotyzmu. To nie pierwszy raz, gdy Aurora padła ofiarą hejterów, gdyż już jako nastolatka została przez nich obrzucona błotem z powodu braku urody. Trolle bezlitośnie kpili z nastoletniej dziewczyny i drwili, że nigdy nie będzie tak piękna jak matka, jakby to była Aurory wina. Jest podobna do ojca, a nie do ślicznej Hunziker, lecz to nie powód, aby wieszać na niej psy i publicznie wyśmiewać. Aurora nie jest brzydka, ale ma tego pecha, że jej matka jest pięknością i wyglądają razem jak siostry. Cóż, o genach się nie decyduje, zresztą ważne jest to, że panienka Ramazzotti akceptuje siebie i nie majstruje przy twarzy, aby upodobnić się do mamy. A że korzysta z wpływów znanych rodziców, to nic takiego. Kto na jej miejscu by tego nie zrobił?

I włoski świat nie jest wolny od hejtu, co potwierdzają przedstawione przeze mnie afery. Internetowa nienawiść to smutne zjawisko, z którym należy kategorycznie walczyć. Zdaje się, że w Italii coś się w tej kwestii ruszyło i hejterzy może w końcu zrozumieją, że nie są ani bezkarni, ani anonimowi w sieci. Wirtualny papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, ale na szczęście prawo stoi po stronie ofiar. Dlatego lepiej zastanowić się dwa razy, zanim się zechce kogoś obrazić. Bo słowa mają wielką moc i mogą pomóc człowiekowi, lecz mogą także zniszczyć mu życie, nawet jeśli pochodzą od bezimiennego trolla ukrywającego się w tym nieskończonym wirtualnym piekle, zwanym internetem.



zdjęcie- Imperiapost

Ten zły minister

by 20 lipca

Odkąd we Włoszech mamy nowy rząd, a Ministrem Spraw Wewnętrznych został kontrowersyjny polityk Matteo Salvini, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za chwilę w Italii wybuchnie rewolucja, zaś Salvini zostanie ogłoszony diabłem wcielonym i spalony na stosie. Ataki skierowane w jego stronę są mocno przesadzone, a wszystko przez to, że jest on konsekwentny w swych działaniach i trzyma się linii, którą obrał na długo przed wyborami, czyli rozprawienie się z nielegalną imigracją i tym samym zamknięcie włoskich portów, co nie jest na rękę organizacjom pozarządowym, a zwłaszcza opozycji, używającej w stosunku do wicepremiera określeń haniebnych, takich jak- morderca, następca Hitlera, bestia etc. 

Coś mi tu nie gra. Facet chce zrobić porządek w kraju, jeździ po Włoszech wzdłuż i wszerz, a jego wsparcie wśród narodu ciągle wzrasta. Obiecuje ład, zamierza skończyć z haniebnym procederem niekontrolowanej imigracji, więc dla politycznych antagonistów to właśnie on jest odpowiedzialny za utonięcia imigrantów i bałagan u wybrzeży libijskiej. A to jest już śmiechu warte, ponieważ za "panowania" poprzedników w wodach zginęło kilkanaście tysięcy ludzi i nikt nie wyzywał rządzących od zabójców. Można się nie zgadzać z Salvinim, można go nie szanować ani nie lubić, lecz żeby mieć go za mordercę, trzeba mieć nierówno pod sufitem. To nie jego wina, tylko mafii przemytowej i organizacji pozarządowych, które robią za taksówki morskie i dziwnym trafem ich droga zawsze wiedzie do Włoch, chociaż reprezentują inne kraje. Kiedy w końcu została zamknięta, odezwały się hordy oburzonych głosów, a Salvini został uznany wręcz za Antychrysta. Podkreślam, nie trzeba popierać poglądów ministra, ale reakcje wobec jego działań są nieprawdopodobne.

I tak, magazyn muzyczny Rolling Stone Italia wsławił się ostatnio tęczową okładką o wymownych słowach: "Noi non stiamo con Salvini" ("Nie trzymamy z Salvinim"), gdzie zebrał podpisy ludzi kultury i sztuki niezadowolonych z decyzji polityka. Ten sam miesięcznik ponad rok temu wypuścił okładkę z byłym premierem Matteo Renzim, wobec którego był nadzwyczaj łagodny, bo pod jego zdjęciem umieścił tytuł "The Young Pop", co oczywiście spotkało się, nie wiedzieć czemu, z powszechnym uznaniem. Młody lewicowy premier o swobodnych poglądach to nie to samo co prawicowy rasista, nienawidzący ludzi, nieprawdaż? Rolling Stone Italia jakoś nie uwzględnił tego, że Renzi nie jest lubiany przez rodaków, a jego polityka przyniosła dużo boleści, lecz to nie wystarczyło, aby zbierać podpisy i odciąć się od niego. Salvini natomiast ma ogromne poparcie społeczeństwa, które zresztą ciągle rośnie. Jak to wytłumaczyć, skoro to szakal i człowiek bez skrupułów? Czy naprawdę Włosi stali się nacjonalistami? Przy następnych wyborach trzeba będzie "podać im narkotyki, żeby nie głosowali na Salviniego", jak wyraził się niejaki Gilberto Corbellini.

Czym podpadł Salvini elicie wywodzącej się z lewicy? Jak wspominałam, przede wszystkim tym, że wstrzymał napływ nielegalnych imigrantów do Włoch i zablokował drogę morską. Zaczęło się od promu Aquarius, który przycumował w hiszpańskiej Valencji (już wiadomo, że większość imigrantów nie otrzyma statusu uchodźcy) i gdy przedtem nie wpuszczono go do włoskich portów, w Italii wybuchło trzęsienie ziemi, a konsekwencją decyzji ministra była właśnie słynna okładka Rolling Stone. Salvini stał się wrogiem publicznym całej lewicy, zaś w atakach na jego osobę bryluje nie kto inny, jak Roberto Saviano, którego cenię jako pisarza, lecz nie jako komentatora bieżących wydarzeń. Wierzyć mi się nie chce, że walczący z mafią Saviano popiera imigracyjny biznes i nie widzi oczywistości, zatem tego, że na ludziach przypływających do Włoch wzbogaca się (i to ogromnie) mafia. Pisarz ma obsesję na punkcie Salviniego, nazwał go Ministrem Złego Zycia i mordercą, gdyż obwinia go o śmierć tysięcy uchodźców. W moim odczuciu jest nieobiektywny, patetyczny i wykorzystuje tragedię imigrantów do ataków personalnych. Co ciekawe, odzywa się jedynie wtedy, kiedy włoskie porty zostają zamknięte. Na temat Francji, Hiszpanii, Malty i innych państw milczy jak zamknięty. A propos Malty, niedawno nie wpuszczono tam (po raz enty) statku organizacji pozarządowej, zatrzymano jego kapitana i odebrano mu paszport, ale jakoś nikt nie wyzywa Maltańczyków od morderców i nazistów.

Inną sprawą, która poruszyła serca przeciwników Salviniego, był jego nieziemski pomysł, by zrobić Spis Powszechny Ludności Romskiej, ponieważ nie wiadomo, ile jej tak naprawdę jest we Włoszech. Tu się dopiero zaczęło szaleństwo i oponenci ministra ze łzami w oczach krzyczeli, że to jest niehumanitarne, wysoce nieetyczne i ogólnie ma podłoże rasistowskie. Pal sześć, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy spisani, gdy idziemy wyrabiać paszport biorą nasze linie papilarne, ale nic to, bo tak trzeba. Spis Ludności Romskiej został tymczasem potraktowany jako przejaw ksenofobii, na co zwyczajnie brak jest słów. To jest tak rasistowskie, że bardziej już być nie może.

Salvini robi swoje. Nie ma za sobą telewizji publicznej, jako że we Włoszech jest ona zdominowana przez lewicę (czyli nie jest tak jak u nas), a lewicowa prasa, taka jak Corriere Della Sera czy La Repubblica nawet nie ukrywa tego, że go nie lubi, lecz Salvini ma to gdzieś. Dla niego liczy się głos ludu, który wyraźnie go popiera. Jego hasło przewodnie to "Prima gli Italiani" ("Najpierw Włosi") i być może dlatego stoi on kością w gardle wielu ludziom. Nie jest jednak tak, że nienawidzi on obcokrajowców, bo wobec tych przebywających legalnie na terenie Italii nie ma nic przeciwko. Problemem Salviniego są nielegalni imigranci, jako że nie wszyscy z nich uciekli tutaj z krajów objętych konfliktem, a poza tym Włochy nie stać na ich utrzymanie. Do tej pory w bieżącym roku przypłynęło do Włoch najwięcej "uchodźców" z Tunezji. Czy w tym kraju jest wojna?

Podsumowując, nie taki Salvini straszny, jak go malują i nie taki głupi, jak go przedstawiają. Opozycja (do której nadal nie dochodzi, że Salvini został wybrany w demokratycznych wyborach) zbiera podpisy pod wotum nieufności dla ministra, krytyka spada na niego nieustannie, a między nim a Saviano ciśnienie podniosło się do tego stopnia, że zaczęły lecieć pozwy. To było do przewidzenia i ciekawi mnie, do czego zaprowadzi wzajemna niechęć obu panów. Jednakowoż, aby nie było tak kolorowo w stosunku do ministra, potrafi on podnieść ciśnienie nawet tak spokojnej osobie jak ja, ponieważ wtrąca się do innych resortów i chce znieść obowiązek szczepień, które według niego są szkodliwe. Na szczęście nowa Minister Zdrowia, pani Grillo, która jest z zawodu lekarzem, ma w tej kwestii inne zdanie.


zdjęcie- Primaonline

Nieznośna lekkość (włoskich) butów

by 10 lipca


Dawno temu, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce, trzymałam się zasady, której trzyma się również znakomita część Polaków, jeżeli nie wszyscy. Otóż po powrocie do domu zawsze zdejmowałam buty i zakładałam papucie, bo tak było najwygodniej, poza tym moja mama nie pozwoliłaby mi chodzić w buciorach po jej lśniącej podłodze. Minęło trochę czasu, kilka rzeczy w moim życiu się zmieniło i wylądowałam we Włoszech, gdzie od razu przeżyłam wielki szok kulturowy. Okazało się, że Włosi nie używają w domach kapci i buty są dla nich obuwiem niezastąpionym Co kraj to obyczaj, pomyślałam, ale na swoich włościach nie zamierzałam tego praktykować. 

Nie dopasowałam się do tych dziwnych reguł i po wejściu do mieszkania zdejmowałam buty, lecz mój mąż nie miał najmniejszej ochoty przejść na kapciową stronę mocy, gdyż bez butów, jak się wyraził, miał się bardzo źle. Nie nalegałam i pozwoliłam na to biedaczkowi, w końcu to ja byłam gościem w obcym kraju, więc nie mogłam zmieniać stylu życia Włochów. Bywało, że krew mnie zalewała, ponieważ w domu pojawił się gość (np. jakiś fachowiec) i zostawiał mi na podłodze mokre ślady, bo akurat padało. Wtedy przeklinałam pod nosem, wkurzałam się na cały włoski świat i na ich luzackie podejście do wszystkiego, zwłaszcza mojego sprzątania. My, Polacy, jesteśmy dobrze wychowani, snułam w głowie rozważania. Zdejmujemy buty, dbamy o czystość u innych, zaś włoska swoboda obyczajów  jest zwyczajnym przegięciem. 

Kiedy pojechałam poznać moich przyszłych teściów, pierwsze co zrobiłam w ich szanownych progach, to było zdjęcie butów, jakżeby inaczej. Szybko jednak wsunęłam je na powrót, bowiem teściowa wraz z teściem zaczęli mnie przekonywać, że mam się nie krępować i chodzić w butach choćby do toalety. Dobrze się stało, że ich posłuchałam, gdyż w przypływie stresu (czego ubierając się, nie zauważyłam), włożyłam, o zgrozo, dziurawe skarpetki, wobec tego postanowiłam nie wychylać się przed szereg i dostosować do miłych gospodarzy. Odwiedzałam także wszystkich krewnych męża i pozostawanie w butach w końcu wydało mi się dosyć sensowne. Oszczędziłam dużo czasu i jak szybko weszłam do jakiegoś domu, mogłam z niego szybko wyjść, żeby polecieć do następnej ciotki. Sardyńska rodzina zrobiła na mnie pozytywne wrażenie i z ulgą mogłam stwierdzić, że pierwsze koty, pardon- buty, za płoty.

Jakiś czas później przyjechali do nas teściowie i co było do przewidzenia, w ogóle nie zdejmowali obuwia. Nasze małe mieszkanko różniło się od wielkiej chaty teściów, zatem brudna podłoga po raz kolejny okazała się moją zmorą. Poprosiłam męża, aby przekonał teściów do chodzenia w skarpetkach, ale jak grochem o ścianę. Teść zdjął buty na pół dnia i rzekomo się bez nich przeziębił, więc dałam sobie spokój. Przeczekałam "butowy" tydzień i obiecałam mężowi poprawę, czyli zaakceptowanie faktu, iż Włosi po domach w butach chodzą. Któregoś dnia stał się cud - mąż wreszcie zaczął chodzić w kapciach i to bez jakiejkolwiek perswazji z mojej strony. Ja natomiast spostrzegłam, że paradowanie po mieszkaniu w butach już mnie nie razi i nie narzekam więcej na brudne ślady. Rano zakładam papucie, lecz gdy wracam do domu z zakupów czy spaceru, nie zdejmuję butów i nie rozstaję się z nimi aż do wieczora. Cóż, z kim się zadajesz, takim się stajesz, a włoski styl bycia jest tego naprawdę wart.



zdjęcie- iovivoaroma.org

Jedyne takie włoskie wakacje

by 04 lipca

Cóż może być piękniejszego od urlopu we Włoszech? Cudowne plaże, wyśmienite jedzenie, wspaniałe widoki i niepowtarzalna włoska atmosfera od lat przyciągają turystów z całego świata. Mieszkając tutaj, nie czuję się, wbrew pozorom, jak na wiecznych wakacjach, ale trzeba przyznać, że bywają momenty, gdy ogarnia mnie słynne dolce vita i cieszę się, że tory losu sprowadziły mnie do Włoch. W moim przekonaniu Italia to wyjątkowy kraj i chociaż raz w życiu trzebą ją odwiedzić, inaczej wiele się straci. A kto przyjedzie tu po raz pierwszy, na pewno kiedyś wróci, o tym jestem przekonana. Włochy uzależniają i ciężko jest się wyleczyć z italofilii, zwłaszcza że to bardzo przyjemny i nieszkodliwy nałóg.

Nie napiszę ci, gdzie masz jechać, bo to zupełnie niepotrzebne, sam znajdziesz sobie drogę. Każdy włoski region ma coś do zaoferowania i wszędzie będziesz czuł się wybornie. Nie mogę stwierdzić, że Liguria jest najurokliwszą częścią Italii, ponieważ cały Półwysep Apeniński jest zachwycający. Gdziekolwiek nie pojedziesz, będzie zjawiskowo i po powrocie do domu odczujesz niedosyt, gdyż tak właśnie działają Włochy. Nie dam ci spisu najlepszych restauracji, jako że w każdym zakątku kraju znajdziesz miejsca, w których nie tylko najesz się do syta, ale i zrozumiesz, czym jest szczęście. Mogę jednak dać ci kilka wskazówek, co robić na włoskich wakacjach, o czym nie zapominać i czego się nie obawiać. 

Przede wszystkim wczuj się we włoski klimat. Poświęć rano pół godziny i udaj się do pobliskiego baru, by przekonać się, jaka tam panuje atmosfera. Wypij cappuccino, zjedz rogalika i zobacz jak Włosi podchodzą do życia. Wsłuchaj się w gwar i we włoskie rozmowy, nawet jeśli nie znasz języka. Chłoń niezwykły nastrój panujący w kawiarniach i nigdzie się nie śpiesz, bo to takie niewłoskie. Nie zapominaj o sieście, czyli południowym odpoczynku, wszak musisz mieć siły na późniejsze zwiedzanie i nocne przygody. Dostosuj się do cudownych włoskich zwyczajów, a wtedy jeszcze bardziej wsiąkniesz w Italię.

Pamiętaj o tym, aby do Włoch zabrać parę rzeczy, bez których ani rusz. Okulary przeciwsłoneczne to podstawa (tak, to banalne o tym wspominać, lecz z własnego doświadczenia wiem, że brak okularów to utrapienie we Włoszech), tak samo jak chusta, gdyż można się nią przykryć wchodząc do miejsc wymagających odpowiedniego stroju. A że większość czasu być może spędzisz na plaży, to koniecznie weź ze sobą krem z filtrem, bowiem o oparzenia nietrudno. Najważniejsze zaś składniki, w które musisz się uzbroić podczas włoskich wakacji to dobry humor, uśmiech na twarzy oraz swoboda. Wrzuć na luz i nie spinaj się na próżno, przecież urlop to nie czas na nerwy i stres.

Nie przejmuj się, iż nie dogadasz się z Włochami, ponieważ nie mówią po angielsku. To nie do końca prawda, gdyż posługują się językiem Szekspira coraz sprawniej, szczególnie młodzi ludzie, a i bez tego jakoś się dogadacie. Włosi rozmawiają rękami, więc są w stanie porozumieć się z każdym turystą i robią to w sposób nadzwyczaj uroczy. Jeśli mimo to masz obawy, weź ze sobą kieszonkowy słownik, tak na wszelki wypadek. Zdarza się, że lubiący żarty Włosi sprzedają turystom słowa niezbyt parlamentarne i mają wielki ubaw, gdy ci je powtarzają. To jednak nic strasznego i w tym wypadku przydaje się luz, o którym wcześniej wspominałam.

Nie lękaj się ulicznych sprzedawców, jako że są oni niegroźni. Niektórzy bywają natrętni, ale po zdecydowanym sprzeciwie zwiedzającego dają sobie spokój z oferowaniem produktów. Na plaży również się ich spodziewaj, lecz i tu nie masz się co irytować. Coś zaproponują i pójdą dalej, być może kupisz od nich jakiś drobiazg. To nielegalne i jeśli zostaniesz na tym przyłapany, dostaniesz soczysty mandat, jednak na plażach jest mało kontroli. Nie nakłaniam cię do sponsorowania nielegalnych interesów, jest mi po prostu żal mi ludzi, którzy chodzą przez cały dzień obładowani po pachy w wysokim upale i tak przez całe lato. Przyzwyczaisz się do widoku plażowych sprzedawców i prędzej czy później przestaną cię wkurzać.

Jeżeli masz okazję, zbaczaj z turystycznych szlaków i odwiedzaj prowincjonalne miasteczka, które są kwintesencją Italii. Popatrz na staruszków odpoczywających na ławeczkach, na gustownie ubrane kobiety w "pewnym wieku", pójdź na włoski targ, gdzie zobaczysz warzywa i owoce ułożone w sposób fantazyjny i ta normalna włoska rzeczywistość wyda ci się niezwykła. Smakuj Włochy, przeglądaj się w nich, kontempluj je, naciesz się nimi, przechowaj w wspomnieniach. I zakochaj się w Italii do szaleństwa, o co zresztą nietrudno, bo to kraj, gdzie hasło "miłość od pierwszego wejrzenia" naprawdę się sprawdza. 

Ratunku, Włosi mają nowy rząd!

by 12 czerwca

I stało się. Prawie trzy miesiące po wyborach Włosi mają wreszcie nowy rząd, który jeszcze na dobre nie zaczął rządzić, a już wylała się na niego fala krytyki. Bo to populiści, ignoranci, eurosceptycy, a nawet (o zgrozo) rasiści, mający na celu skłócić ze sobą wszystko i wszystkich. Durny naród nie wie, co zrobił, głosując na oszołomów z Ruchu Pięciu Gwiazd do spółki z Ligą Północną, gdyż jasne jest, że konsekwencje ich polityki będą okrutne i jeszcze odbiją się ludziom czkawką. Moim zdaniem niekoniecznie.

Zacznę od tego, że Partia Demokratyczna przegrała wybory na własne życzenie. Po klęsce referendum dotyczącego zmiany konstytucji w 2016 roku aktualnie rządzący politycy nie odrobili lekcji i zamiast ogłosić przedwczesne wybory parlamentarne, dokonali roszad w składzie rządu, chcąc w ten sposób uratować stołki. Premier Matteo Renzi co prawda podał się do dymisji, ale jego ministrowie pozostali, przechodząc z jednego resortu do drugiego, jak np. katastrofalny Minister Spraw Wewnętrznych Angelino Alfano, który po porażce referendum awansował na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych, co było decyzją nie tyle kurozialną, co absurdalną. Partia Demokratyczna nie zrozumiała, że ludu należy słuchać, więc ten pokazał jej czerwoną kartkę. Postępująca bieda oraz wysokie bezrobocie dodały wręcz oliwy do ognia i demokraci musieli pogodzić się z tym, że wybory skończyły się dla nich niepowodzeniem.

Po wygranej Ruchu Pięciu Gwiazd pewna była tylko jedna rzecz, a mianowicie ta, że ich koalicjantem zostanie Liga Północna, bo ta partia uplasowała się na drugim miejscu. Oszczędzę Wam tyrady na temat tego, jak przebiegały rozmowy między ugrupowaniami, czym wsławił się prezydent Mattarella i jak blisko było ku temu, by nowy rząd w ogóle nie powstał. Zagraniczne (w tym i nasze) media rozpisywały się o kryzysie politycznym we Włoszech, przepowiadały czarne scenariusze z wyjściem Italii ze strefy euro na czele i przedstawiały Włochy jako kraj dążący do rychłego upadku. Tymczasem nowy rząd się skrystalizował, jego premierem został nieznany prawie nikomu Giuseppe Conte, zaś liderzy obu ugrupowań zadowolili się posadami wiceszefów rządu i ministerstwami Pracy (Luigi di Maio) i Spraw Wewnętrznych (Matteo Salvini). Nie obyło się i bez kontrowersyjnych decyzji, ponieważ odpowiedzialne stanowisko Ministra do spraw Rodziny i Osób Niepełnosprawnych dostało się niejakiemu Lorenzo Fontanie, który od razu spotkał się z dużą (i jak najbardziej słuszną) krytyką, gdyż stwierdził dosadnie, iż dla niego istnieje tylko tradycyjny model rodziny, a tych "tęczowych" w ogóle nie poważa. Obywatel Fontana może i być homofobem, natomiast minister Fontana nie powinien sobie na takie słowa pozwolić. Tęczowe rodziny istnieją i spychanie ich na margines jest niedopuszczalne. 

Pozwólcie, że skupię się na dwóch największych problemach dzisiejszych Włoch, a co za tym idzie, wymienionych już przeze mnie nowych ministrów- Di Maio i Salviniego, jako że to w nich pokładane są największe nadzieje. Czy Minister Pracy Luigi di Maio da radę zrobić coś z galopującym bezrobociem i wzbudzić optymizm w młodych ludziach? Czeka go trudne zadanie i nie mam pojęcia, jakie jest jego remedium na uzdrowienie sytuacji w państwie. Di Maio ma dopiero 31 lat, nie posiada kierunkowego wykształcenia, nic zatem dziwnego, że wiele osób patrzy sceptycznie na jego kandydaturę, a sam Ruch Pięciu Gwiazd postrzegany jest jako partia ignorantów. Na ostrą opinię pod jego kątem pozwolił sobie Silvio Berlusconi, który z właściwym sobie przytupem powiedział, że "politycy tej partii nie nadawaliby się nawet na czyszczenie toalet w jego spółkach". Pożyjemy zobaczymy, niemniej z pewną taką satysfakcją muszę zaznaczyć, iż mój mąż po raz pierwszy zgadza się z boskim Silvio (a zarzekał się, że tak nigdy się nie stanie). Prędzej czy późnej dowiemy się, czy za panowania Luigiego Pierwszego Pięknego rynek pracy drgnął, a wtedy zasłuży on, o ile nie na pomniki, to niewątpliwie na wyrazy wdzięczności.

Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie i najpopularniejszego obecnie polityka we Włoszech- Matteo Salviniego. Tak się złożyło, że wczoraj decyzją nowego Ministra Spraw Wewnętrznych nie wpuszczono do włoskich portów promu Aquarius z nielegalnymi imigrantami na pokładzie, a w Italii rozpętało się piekło. Salvini już w trakcie kampanii wyborczej zapowiadał, że gdy dojdzie do władzy, zrobi wszystko, żeby skończyć z imigracyjnym biznesem i zablokuje drogą morską, kiedy będzie taka potrzeba. Przed Włochami promu nie chciały przyjąć Francja, Hiszpania i Malta, a w Italii nikt nie miał o to pretensji i nie wyzywał przedstawicieli tych krajów od morderców i rasistów. Dopiero rozporządzenie Salviniego spowodowało zmasowaną reakcję ze strony opozycji. Za kadencji poprzedniego rządu do Italii przypłynęło 600 tysięcy nielegalnych imigrantów (potwierdziła to w niedawnym wywiadzie była szefowa Izby Deputowanych Laura Boldrini) i żadne państwo nie pomogło Włochom uporać się z tym problemem. Po dojściu do władzy przez prawicę inne kraje wreszcie zauważyły, jak wiele zrobiła Italia i nawet kanclerz Niemiec przyznała, że Włosi zostali sami na imigracyjnym placu boju. Szkoda, że wcześniej nikt nie kwapił się do tego, aby razem rozwiązać tą sytuację. Wraz z prawicowym rządem przestano wreszcie lekceważyć włoskie wołania o pomoc w sprawie imigrantów.

Nowy rząd to rząd wybrany przez społeczeństwo, które wyraźnie poszło w prawą stronę, jednak nie znaczy to, że Włosi stali się nacjonalistami. Wybrali kogo wybrali, bo poprzedni rządzący zawiedli ich zaufanie na każdej linii. Nie jestem huraoptymistką i nie uważam, że teraz Italia wyjdzie z kryzysu i wszyscy będziemy żyć jak u Pana Boga za piecem, niemniej nie skreślam na samym początku nowego rządu, nie mając okazji przekonać się, jak jego przedstawiciele sterują państwem. Niech pokażą, co potrafią (albo i nie), niech spełnią przyrzeczenia wyborcze takie jak ukrócenie przywilejów polityków, niech spowodują wzrost gospodarczy, a wtedy lud będzie im wdzięczny. Podkreślam raz jeszcze, iż nie jestem entuzjastką tego rządu, ale psioczenie, że teraz to zacznie się we Włoszech kryzys, jest według mnie mało poważne. Gdyby było dobrze, lewica nie przegrałaby ostatnich wyborów. Może więc nie była tak światłą partią, jak próbuje się ją przedstawiać? Naród nie jest w ciemię bity, więc wyciągnął właściwe wnioski i zrobi to samo, jeśli obecny rząd będzie leciał w kulki. Ale to już jest temat na osobną dyskusję.



zdjęcie- La Voce di New York
Obsługiwane przez usługę Blogger.