Pięć lat bloga- blaski, cienie i przemyślenia

by 16 stycznia


Właśnie mija pięć lat od czasu, gdy zaczęłam blogować. Miałam z tym skończyć i nie przedłużać domeny, ale przekonałam się, że nie jest łatwo tak po prostu przestać. Zapłaciłam więc za kolejny rok i zadumałam się nad tym, jak prowadzenie bloga zmieniło moje dotychczasowe życie. Dzięki blogowaniu poznałam wiele osób, otworzyłam się na świat i w jakimś stopniu udało oswoić mi się z emigracją. Gdybym nie wyjechała do Włoch, zapewne nie pisałabym bloga i miałabym gdzieś statystyki, ograniczenia zasięgów na fejsie (zwłaszcza teraz) i całą internetową, nie zawsze miłą, otoczkę. Tymczasem zżyłam się z tym moim wirtualnym zeszytem, polubiłam go i postanowiłam mieć go nadal, jako że bez pisania czułabym się źle. Po tych pięciu latach zrozumiałam też kilka rzeczy, które na początku blogowania nie były dla mnie oczywiste. I na nich chciałabym się teraz skupić.

Przede wszystkim wreszcie doszło do mnie, że nie zadowolę każdego i zawsze znajdą się odbiorcy kontestujący moje poglądy, styl pisania i problematykę bloga. Kiedyś mnie to bolało, bo uważałam, że skoro już piszę, to inni powinni to docenić, a nie bezmyślnie krytykować autorkę. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że czytelnicy mają święte prawo do tego, aby się ze mną nie zgadzać i nie muszą się rozpływać nad moimi tekstami. Gdy rok temu poszłam w sferę włoską, byłam pewna, że zrobi się tu gorąco. Nie omyliłam się, aczkolwiek już nie spędzają mi snu z powiek uwagi odbiegające od mojego punktu widzenia. Nikt nie musi myśleć jak ja, ani tym bardziej przyznawać mi racji. Pięć lat temu bym na to nie wpadła.

Jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie przejdę na profesjonalną stronę mocy, a tu proszę, odkurzyłam brudne kąty bloga. Poczułam się ciasno w tej mojej głupiej nazwie (kluseczka.po.wlosku), pstrokatym szablonie i blogspocie w tytule. Brzydota bloga mnie porażała, zaś chaos tu panujący powodował rozkojarzenie czytelników i nie zachęcał ich do ponownych odwiedzin. Skłoniło mnie to do zmian, podeszłam do bloga jak do narzędzia pracy i zdecydowałam się na odświeżenie tego bagna. Kiedy nowa nazwa i strona ujrzały światło dzienne, dostałam potężnego kopa do działania, a co za tym idzie, zapragnęłam się rozwijać. Pięć lat temu w ogóle nie wiedziałam, że blog ma być moją wizytówką i nie tylko teksty są w nim ważne, wygląd także. Sądziłam, iż pisanie samo się obroni. Akurat.

Przestałam się wstydzić tego, że bloguję, z czym kiedyś miałam problem. Na początku pisałam pod pseudonimem, nie wrzucałam zdjęć i starałam się być tak anonimowa, jak to tylko możliwe. Kiedy pojęłam, że nie przetrwam bez mediów społecznościowych, naprawiłam błąd i założyłam fanpage bloga. W międzyczasie zorientowałam się, że czytelnicy wolą wiedzieć, z kim mają do czynienia, więc przestałam bawić się w gierki i wyszło mi to na dobre. Nie piszę wiele o sobie, odkąd zajmuję się Italią, ale nie ukrywam już twarzy ani imienia. Pięć lat temu robiłam uniki i nieco przeszkodziło mi to rozwinąć blogowe skrzydła. Na fanpage zdecydowałam się bowiem, gdy zasięgi poszły na łeb na szyję, w związku z tym jest on dosyć niszowy. To samo dotyczy Instagrama, który założyłam spontanicznie i powoli się tam odnajduję. Ja, nie przepadająca za social media, stałam się ich częścią. 

Po odejściu od parentingu powzięłam decyzję o przejściu na kierunek włoski, a było to dosyć ryzykowne, ponieważ istniała obawa, iż czytelnicy stąd uciekną i nie będą więcej czytać moich wpisów. Na szczęście sprawy potoczyły się inaczej i przez rok "włoskiego" blogowania odwiedziło mnie więcej osób, niż przez ubiegłe cztery lata. Cyferki nie są najważniejsze, lecz są dowodem na to, że ktoś tam chce (a może nawet lubi) mnie czytać, zatem cieszę się, że statystyki konsekwentnie idą w górę. Włoskie tematy, które podejmuję, nie zawsze są wygodne, nie mają w sobie turystycznego posmaku i nie opiewają piękna Italii, co nie zawsze przyjmowanie jest ze zrozumieniem. Pięć lat temu załamałoby mnie to, ale teraz jestem bogatsza o kilka blogowych prawd. Nie do końca będzie tutaj kolorowo, za to szczerze, prawdziwie i (mam nadzieję) z pazurem. Zobaczymy, co przyniosą kolejne blogowe miesiące.


zdjęcie- GutFeeling

Włosi na zakupach i afera woreczkowa za jeden grosz

by 10 stycznia

O tym, że Włosi to głośny naród, wiadomo nie od dzisiaj. Są krzykliwi, temperamentni, a ich gestykulacja jest czymś wyjątkowym. Hałaśliwa natura Włochów czasem mi przeszkadza, a zwłaszcza wtedy, gdy robię zakupy. Moje pierwsze wizyty w hipermarkecie były dla mnie szokiem, ponieważ wydawało mi się, że weszłam do ulu, a nie do sklepu. Takiego zgiełku i chaosu nigdy nie spotkałam w polskich marketach, bo w porównaniu z włoskimi u nas jest cisza jak makiem zasiał. Włosi zaś potrafią pokazać, czym jest ich żywiołowy charakter i niejednej spokojnej cudzoziemce dają do wiwatu. Włoski hipermarket to tor przeszkód, ponieważ trzeba omijać wózki sklepowe jak na wyścigach; to stadion piłkarski, gdyż gwar w nim dorównuje temu na boisku; to wreszcie ring bokserski, jako że zdarzają się tam sytuacje doprowadzające człowieka do użycia pięści. Kiedy bowiem Włosi się kłócą, to miejsce waśni jest nieważne. Liczy się przedstawienie.

Jeśli myślicie, że wojny o towar są popularne jedynie w Polsce, to jesteście w dużym błędzie. Włosi się w tym lubują, a słowo "promocja" działa na nich jak płachta na byka, albo i gorzej. Kiedy niedawno market Eurospin (nomen omen ulubiony sklep teściowej) obniżył po świętach cenę ciasta panettone, zaczęły się w nim dziać dantejskie scen (nasza bitwa o crocsy w Lidlu to przy tym pikuś). Jednakowoż sprzeczki nie zdarzają się wyłącznie w hipermarketach, gdyż i osiedlowe sklepiki nie są od nich wolne, a im one mniejsze, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. W sklepach osiedlowych panuje bałagan (żeby nie powiedzieć burdel), bo nie ma mowy o tradycyjnych kolejkach, kiedy jeden stoi za drugim i grzecznie czeka na obsłużenie. Takie banalne metody nie są dla Włochów, w żadnym wypadku nikt ich nie ustawi do pionu i w sztywne reguły, których nie znoszą. Stają więc gdzie popadnie i gdyby było można, przepchaliby się nawet za ladę. A że takie spontaniczne kolejki powodują zgrzyty, toć to nie biednych Włochów wina. Zawsze znajdzie się spryciarz, chcący wcisnąć się przed innymi i wtedy zaczyna się dyskusja "na poziomie". Padają przekleństwa, zdarzają się też delikatne rękoczyny, a potem wszystko wraca do normy i każdy zrobi te cholerne zakupy.

Wraz z nadejściem nowego roku stało się coś, co sprawiło, że Włosi w marketach stali się jeszcze bardziej zapalczywi. Otóż woreczki, do których pakujemy warzywa i owoce, nie są już gratis, a trzeba za nie płacić. Co prawda niewiele, bo jeden grosz, ale dla Włochów to i tak za dużo. Nie pakują wszystkiego do jednego woreczka, lecz biorą ich kilka i płacenie za każdy to gruba przesada. Podobno stoją za tym jakieś dyrektywy Unii Europejskiej, co dla rodaków mojego męża, mających na pieńku z tą instytucją, jest następnym przegięciem ze strony urzędników z Brukseli (nastroje antyunijne po tym zdarzeniu przybrały na sile). Afera woreczkowa zjednoczyła Italię, jak długa, ponieważ większość społeczeństwa jest zgodna co do tego, że ktoś zrobił naród w konia. Chodzi niby o ochronę środowiska, a ustalenie opłaty za woreczki ma zminimalizować ich użycie, co samo w sobie jest szlachetne, niemniej Włosi są zaniepokojeni tym, że tylko ich to dotknęło. Jak wszyscy to wszyscy, a reszta Europy nadal jest proworeczkowa i za nic bulić nie musi. Rozprawiają o tym ciągle i nie mogą się nadziwić, skąd ta okrutna niesprawiedliwość dziejów. Jestem przekonana, że afera z woreczkami dopiero się rozkręca, a posiadający niebywałą fantazję Włosi znajdą sposób, aby jakoś ją obejść. W końcu są niedoścignionymi mistrzami uników wszelakich. 

Afera woreczkowa zagościła i w sztuce

zdjęcie-Tg24com

Pan sędzia od zadań specjalnych

by 05 stycznia

Rok we Włoszech pod względem wydarzeń zaczął się z przytupem. Kilka dni temu przeglądałam w internecie wiadomości i natknęłam się na jedną, która szczególnie mnie zainteresowała. Otóż włoski sąd w Turynie uniewinnił faceta bijącego żonę, ponieważ sędzia orzekł, iż w przypadku bicia raz na jakiś czas nie można mówić o przemocy w rodzinie. Zszokowało mnie to do tego stopnia, że postanowiłam opisać tą sprawę. Jak to? Mężczyzna ma teraz aprobatę sądu na dalsze lanie żony, ponieważ okładanie jej pięściami raz na ruski rok różnicy nie robi. Skandal, panie sędzio.

Jestem bardzo uczulona na zjawisko przemocy i napawa mnie smutkiem fakt, iż w kraju, gdzie co drugi dzień zabijane są kobiety, mógł paść podobny wyrok. Otwiera on furtkę nie tylko do dalszych prześladowań i złych traktowań kobiet, ale też pozwala mężczyznom na bronienie własnej agresji i przyznania im racji. Idę o zakład, że teraz zacznie się wylew podobnych spraw, bo skoro jeden wygrał i jego ciężka ręka nie została zakwalifikowana jako akt przemocy, to inni również mogą. Wielu Włochów ma nikłe pojęcie o tym, czym jest szacunek dla kobiet, traktuje je przedmiotowo i jak swoją własność, więc takie orzeczenie sądu to dla nich prezent od losu. To im zagrałeś, panie sędzio.

Mam dość słuchania o kolejnych ofiarach. A to kobieta została znaleziona w kawałkach, a to facet ukatrupił partnerkę, gdyż od niego odeszła, a to mąż dawał żonie lekcję życia, bijąc ją codziennie dla posłuszeństwa. Mam dość brzydkiego oblicza Włoch, gdzie nie przestrzega się praw kobiet i uważa się je za niewolnice, które nie mogą zrobić kroku bez łaksawego pozwolenia ich panów władców. Mam dość facetów zachowujących się jak królów, mających się za wielkich maczo i odnoszących się do kobiet w sposób karygodny. Mam dość tych, którzy sądzą, iż danie w twarz to nic takiego i bicie to dla nich niewinna zabawa. I kiedy myślę, że nic w tej kwestii mnie nie zaskoczy, pojawia się stróż prawa przybijający piątkę agresywnemu mężowi. Kpisz sobie, panie sędzio.

I sędzia pojmuje, że żonę czasem bić trzeba. Kobiety bywają upierdliwe i nie ma się co dziwić, że facetom często zadrży ręka. Trzeba je uspokoić, ustawić do pionu i przyłożyć, inaczej będzie się je miało wiecznie na głowie. Codziennie lepiej nie, to byłaby przesada, w końcu żona musi pójść do pracy, sklepu, między ludzi i niedobrze by było, gdyby sąsiedzi zaczęli gadać. A raz na parę tygodni takie uderzenie otrzeźwi żonę i sprowadzi ją na ziemię (niech nie zapomina, kto rządzi w domu). Panowie zresztą biją z miłości, a ich pięści są takie czułe. Zaś teraz, gdy męskie wrażliwe serca zrozumiał mądry włoski sędzia, wszystko stało się piękniejsze. Mogą okładać romantycznie żonki, jako że Temida jest po ich stronie. I tak włoska haniebna karta przemocy wobec kobiet rozszerzyła się o następny kompromitujący rozdział. Dziękujemy, panie sędzio.


zdjęcie- www.vvox.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.