Pięć lat bloga- blaski, cienie i przemyślenia



Właśnie mija pięć lat od czasu, gdy zaczęłam blogować. Miałam z tym skończyć i nie przedłużać domeny, ale przekonałam się, że nie jest łatwo tak po prostu przestać. Zapłaciłam więc za kolejny rok i zadumałam się nad tym, jak prowadzenie bloga zmieniło moje dotychczasowe życie. Dzięki blogowaniu poznałam wiele osób, otworzyłam się na świat i w jakimś stopniu udało oswoić mi się z emigracją. Gdybym nie wyjechała do Włoch, zapewne nie pisałabym bloga i miałabym gdzieś statystyki, ograniczenia zasięgów na fejsie (zwłaszcza teraz) i całą internetową, nie zawsze miłą, otoczkę. Tymczasem zżyłam się z tym moim wirtualnym zeszytem, polubiłam go i postanowiłam mieć go nadal, jako że bez pisania czułabym się źle. Po tych pięciu latach zrozumiałam też kilka rzeczy, które na początku blogowania nie były dla mnie oczywiste. I na nich chciałabym się teraz skupić.

Przede wszystkim wreszcie doszło do mnie, że nie zadowolę każdego i zawsze znajdą się odbiorcy kontestujący moje poglądy, styl pisania i problematykę bloga. Kiedyś mnie to bolało, bo uważałam, że skoro już piszę, to inni powinni to docenić, a nie bezmyślnie krytykować autorkę. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że czytelnicy mają święte prawo do tego, aby się ze mną nie zgadzać i nie muszą się rozpływać nad moimi tekstami. Gdy rok temu poszłam w sferę włoską, byłam pewna, że zrobi się tu gorąco. Nie omyliłam się, aczkolwiek już nie spędzają mi snu z powiek uwagi odbiegające od mojego punktu widzenia. Nikt nie musi myśleć jak ja, ani tym bardziej przyznawać mi racji. Pięć lat temu bym na to nie wpadła.

Jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie przejdę na profesjonalną stronę mocy, a tu proszę, odkurzyłam brudne kąty bloga. Poczułam się ciasno w tej mojej głupiej nazwie (kluseczka.po.wlosku), pstrokatym szablonie i blogspocie w tytule. Brzydota bloga mnie porażała, zaś chaos tu panujący powodował rozkojarzenie czytelników i nie zachęcał ich do ponownych odwiedzin. Skłoniło mnie to do zmian, podeszłam do bloga jak do narzędzia pracy i zdecydowałam się na odświeżenie tego bagna. Kiedy nowa nazwa i strona ujrzały światło dzienne, dostałam potężnego kopa do działania, a co za tym idzie, zapragnęłam się rozwijać. Pięć lat temu w ogóle nie wiedziałam, że blog ma być moją wizytówką i nie tylko teksty są w nim ważne, wygląd także. Sądziłam, iż pisanie samo się obroni. Akurat.

Przestałam się wstydzić tego, że bloguję, z czym kiedyś miałam problem. Na początku pisałam pod pseudonimem, nie wrzucałam zdjęć i starałam się być tak anonimowa, jak to tylko możliwe. Kiedy pojęłam, że nie przetrwam bez mediów społecznościowych, naprawiłam błąd i założyłam fanpage bloga. W międzyczasie zorientowałam się, że czytelnicy wolą wiedzieć, z kim mają do czynienia, więc przestałam bawić się w gierki i wyszło mi to na dobre. Nie piszę wiele o sobie, odkąd zajmuję się Italią, ale nie ukrywam już twarzy ani imienia. Pięć lat temu robiłam uniki i nieco przeszkodziło mi to rozwinąć blogowe skrzydła. Na fanpage zdecydowałam się bowiem, gdy zasięgi poszły na łeb na szyję, w związku z tym jest on dosyć niszowy. To samo dotyczy Instagrama, który założyłam spontanicznie i powoli się tam odnajduję. Ja, nie przepadająca za social media, stałam się ich częścią. 

Po odejściu od parentingu powzięłam decyzję o przejściu na kierunek włoski, a było to dosyć ryzykowne, ponieważ istniała obawa, iż czytelnicy stąd uciekną i nie będą więcej czytać moich wpisów. Na szczęście sprawy potoczyły się inaczej i przez rok "włoskiego" blogowania odwiedziło mnie więcej osób, niż przez ubiegłe cztery lata. Cyferki nie są najważniejsze, lecz są dowodem na to, że ktoś tam chce (a może nawet lubi) mnie czytać, zatem cieszę się, że statystyki konsekwentnie idą w górę. Włoskie tematy, które podejmuję, nie zawsze są wygodne, nie mają w sobie turystycznego posmaku i nie opiewają piękna Italii, co nie zawsze przyjmowanie jest ze zrozumieniem. Pięć lat temu załamałoby mnie to, ale teraz jestem bogatsza o kilka blogowych prawd. Nie do końca będzie tutaj kolorowo, za to szczerze, prawdziwie i (mam nadzieję) z pazurem. Zobaczymy, co przyniosą kolejne blogowe miesiące.


zdjęcie- GutFeeling
Obsługiwane przez usługę Blogger.