Włosi na zakupach i afera woreczkowa za jeden grosz


O tym, że Włosi to głośny naród, wiadomo nie od dzisiaj. Są krzykliwi, temperamentni, a ich gestykulacja jest czymś wyjątkowym. Hałaśliwa natura Włochów czasem mi przeszkadza, a zwłaszcza wtedy, gdy robię zakupy. Moje pierwsze wizyty w hipermarkecie były dla mnie szokiem, ponieważ wydawało mi się, że weszłam do ulu, a nie do sklepu. Takiego zgiełku i chaosu nigdy nie spotkałam w polskich marketach, bo w porównaniu z włoskimi u nas jest cisza jak makiem zasiał. Włosi zaś potrafią pokazać, czym jest ich żywiołowy charakter i niejednej spokojnej cudzoziemce dają do wiwatu. Włoski hipermarket to tor przeszkód, ponieważ trzeba omijać wózki sklepowe jak na wyścigach; to stadion piłkarski, gdyż gwar w nim dorównuje temu na boisku; to wreszcie ring bokserski, jako że zdarzają się tam sytuacje doprowadzające człowieka do użycia pięści. Kiedy bowiem Włosi się kłócą, to miejsce waśni jest nieważne. Liczy się przedstawienie.

Jeśli myślicie, że wojny o towar są popularne jedynie w Polsce, to jesteście w dużym błędzie. Włosi się w tym lubują, a słowo "promocja" działa na nich jak płachta na byka, albo i gorzej. Kiedy niedawno market Eurospin (nomen omen ulubiony sklep teściowej) obniżył po świętach cenę ciasta panettone, zaczęły się w nim dziać dantejskie scen (nasza bitwa o crocsy w Lidlu to przy tym pikuś). Jednakowoż sprzeczki nie zdarzają się wyłącznie w hipermarketach, gdyż i osiedlowe sklepiki nie są od nich wolne, a im one mniejsze, tym większe prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy. W sklepach osiedlowych panuje bałagan (żeby nie powiedzieć burdel), bo nie ma mowy o tradycyjnych kolejkach, kiedy jeden stoi za drugim i grzecznie czeka na obsłużenie. Takie banalne metody nie są dla Włochów, w żadnym wypadku nikt ich nie ustawi do pionu i w sztywne reguły, których nie znoszą. Stają więc gdzie popadnie i gdyby było można, przepchaliby się nawet za ladę. A że takie spontaniczne kolejki powodują zgrzyty, toć to nie biednych Włochów wina. Zawsze znajdzie się spryciarz, chcący wcisnąć się przed innymi i wtedy zaczyna się dyskusja "na poziomie". Padają przekleństwa, zdarzają się też delikatne rękoczyny, a potem wszystko wraca do normy i każdy zrobi te cholerne zakupy.

Wraz z nadejściem nowego roku stało się coś, co sprawiło, że Włosi w marketach stali się jeszcze bardziej zapalczywi. Otóż woreczki, do których pakujemy warzywa i owoce, nie są już gratis, a trzeba za nie płacić. Co prawda niewiele, bo jeden grosz, ale dla Włochów to i tak za dużo. Nie pakują wszystkiego do jednego woreczka, lecz biorą ich kilka i płacenie za każdy to gruba przesada. Podobno stoją za tym jakieś dyrektywy Unii Europejskiej, co dla rodaków mojego męża, mających na pieńku z tą instytucją, jest następnym przegięciem ze strony urzędników z Brukseli (nastroje antyunijne po tym zdarzeniu przybrały na sile). Afera woreczkowa zjednoczyła Italię, jak długa, ponieważ większość społeczeństwa jest zgodna co do tego, że ktoś zrobił naród w konia. Chodzi niby o ochronę środowiska, a ustalenie opłaty za woreczki ma zminimalizować ich użycie, co samo w sobie jest szlachetne, niemniej Włosi są zaniepokojeni tym, że tylko ich to dotknęło. Jak wszyscy to wszyscy, a reszta Europy nadal jest proworeczkowa i za nic bulić nie musi. Rozprawiają o tym ciągle i nie mogą się nadziwić, skąd ta okrutna niesprawiedliwość dziejów. Jestem przekonana, że afera z woreczkami dopiero się rozkręca, a posiadający niebywałą fantazję Włosi znajdą sposób, aby jakoś ją obejść. W końcu są niedoścignionymi mistrzami uników wszelakich. 

Afera woreczkowa zagościła i w sztuce

zdjęcie-Tg24com

Obsługiwane przez usługę Blogger.