Polki we Włoszech wieczne zdziwienie

by 23 lutego

Wielokrotnie pisałam, że prawdziwą Italię odkryłam wtedy, gdy osiadłam na Półwyspie Apenińskim. Przedtem byłam miłośniczką Włoch i wiedza o tym kraju ograniczała się do wspaniałości, turystycznych szlaków i jako tako jedzenia, a o reszcie nie miałam zielonego pojęcia. Skąd bowiem mogłam wiedzieć, jak żyją Włosi, co im w duszy gra i jakimi są ludźmi? Po prawie siedmiu latach obcowania z nimi doszłam do nowych wniosków i moje spostrzeżenia na temat Italii przybrały nieco inną barwę, a ponadto zdziwiły mnie rytuały, które poznałam dopiero tutaj. Od kuchni Włosi są jeszcze bardziej interesujący, a ich zwyczaje niejeden raz spowodowały moją konsternację, śmiech, a nawet bezradność. Cóż, życie emigrantki nie jest usłane oczywistościami.

Jedne z pierwszych włoskich zdziwień, o które się otarłam, to włoskie pogrzeby (tak, dobrze czytacie). Niby niewiele różnią się od naszych, lecz dwie rzeczy zwróciły moją uwagę, bo w polskiej tradycji z czymś takim się nie spotkałam. Przede wszystkim byłam zdumiona tym, że na widok trumny wynoszonej z kościoła ludzie klaszczą. Nie ma ciszy i skupienia, jak u nas, za to słychać brawa. Domyślam się, że w ten sposób oddaje się hołd zmarłej osobie, niemniej do końca tego zwyczaju nie zaakceptowałam. Druga sprawa to kwestia ubioru na ceremonię. U nas na pogrzeby ubiera się "świątecznie" i trzeba być odstrzelonym, inaczej możemy być pewni, że zostaniemy obgadani. Ostatnio przeglądałam relację z pogrzebu pewnego artysty i uderzyła mnie agresja komentujących. Większość skupiła się na tym, co mieli na sobie goście pogrzebowi i nie pozostawiła na nich suchej nitki. Tymczasem Włochom brak odpowiedniego stroju nie przeszkadza i nie obchodzi ich, jak wyglądają inni. Ważna jest obecność i szacunek dla zmarłego. 

Lepiej będzie, gdy odejdę od tych grobowych nastrojów i przejdę do mojego kolejnego zaskoczenia rodem z Italii. Odkąd moja starsza córeczka chodzi do przedszkola, nie mogę wyjść z podziwu, jak często strajkuje włoska oświata. Nie wiem, czy tak jest w każdej części Włoch, ale w Genui strajki zdarzają się nierzadko i nie wygląda na to, by miały się zakończyć. Moja polska dusza dziwuje się temu niepomiernie, ponieważ nie przypominam sobie, by w ciągu mojej szkolnej kariery był chociaż jeden dzień, kiedy nauczyciele nie przyszli do pracy. Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem decyzji o strajkowaniu pań przedszkolanek Gai. Od lat nie widziały podwyżki, a obowiązków mają naprawdę sporo. Nie wyobrażam sobie, by u nas strajki w szkolnictwie przeszły bez echa.

Niedawno opublikowałam wpis na temat włoskich sklepów, lecz zapomniałam wspomnieć o dwóch niespodziankach, które mnie spotkały. Lubię moje osiedlowe sklepiki i na co dzień do nich zaglądam, z racji tego, że mam blisko oraz panuje w nich fajna atmosfera. Wczoraj w warzywniaku chciałam zapłacić kartą, ale pan sprzedawca powiedział mi, że jeszcze nie założył takiej formy płatności, mimo że powinien ją mieć. Nie przejmuje się tym wcale, bo w sumie kontroli tu nigdy nie ma, zresztą kupują u niego przeważnie babcie, które nie znają się na kartach, a urzędnicy to też ludzie, więc nawet gdyby się pojawili, to nic mu nie zrobią. Sklepy obok również nie są wyposażone w sprzęty do płacenia elektronicznego i on się nie będzie wychylał przed szereg. Jest dobrze jak jest. I tak sobie pomyślałam, słuchając go, że w naszej rzeczywistości taka beztroska byłaby niemożliwa. Jeśliby przyłapano właściciela sklepu bez wymaganego wyposażenia, to na pewno dostałby wysoką karę pieniężną. Włosi zaś wszystko robią po swojemu, a ich fantazja nie zna granic, o czym przekonałam się w piekarni. Każdy rodzaj bułki ma bowiem różną nazwę- książeczka, olejka, zwijana, mięciutka i tak dalej. To w sumie szczegół i niewiele zmienia w moim  włoskim pożyciu, niemniej to nazywanie pieczywa bardzo mnie ujęło.

No i ostatni przypadek, który niezwykle mnie zadziwił, czyli fakt, że Włosi to plotkarze. Na początku mojego pobytu tutaj byłam przekonana, że tylko Polacy lubują się w ploteczkach, ale musiałam zmienić zdanie. Włosi uwielbiają szeptać o kątach, rozprawiać i obmawiać, a niektóre emerytki spędzają dzień na pogaduszkach. O ich manii plotkowania przekonałam się na własnej skórze, kiedy to spotkałam przy ławeczkach starsze panie i ukłoniłam się im na powitanie. Chciałam odejść, lecz mnie zatrzymały i okazało się, że wiedzą o mnie sporo. Nie mam pojęcia skąd, ale byłam zszokowana, gdy zaczęły mnie prześwietlać. Wydawało mi się, że jestem anonimowa i nikt nie zwraca na mnie uwagi, a tu proszę, osiedlowy patrol zauważył moją obecność. Zweryfikowałam więc swoje pojęcie, zwłaszcza że w mojej kamienicy mam przykład osoby kochającej plotki. Jedna z moich sąsiadek pół dnia spędza przy oknie, widzi wszystko i nikomu nie przepuści. Poinformował mnie o tym sąsiad, który ma z nią na pieńku, odkąd weszła buciorami w jego prywatne sprawy. Natomiast według mojego męża zamiłowanie do plotek jest czymś, co łączy ludzi pod każdą szerokością geograficzną i tym złowrogim skądinąd spostrzeżeniem zakończę ten przydługi wpis. Wiwat Włosi!


zdjęcie- Milanopost.it

Narkotykowy skandal, który wstrząsnął Włochami

by 15 lutego

Ja wiem, że telewizor to zwykły pożeracz czasu i najlepiej by było, gdybym w ogóle go się pozbyła. Wiem też, że włoska telewizja ma do zaoferowania programy niskich lotów, których jedynym zadaniem jest ogłupianie widzów i danie im tego, czego pragną najbardziej, czyli trashu. Przyznaję się do tego, że oglądam telewizję i to nie tylko wtedy, gdy na ekranie pojawia się Alberto Angela. Patrzę również na różne show, ponieważ ta kiepska rozrywka dla mas dobrze na mnie działa, a poza tym pomaga poznać mi lepiej naturę rodaków mojego męża. Mąż zaś uważa, że mogłabym dać sobie z nimi spokój, bo wstyd patrzeć na takie pierdoły. Zgadzam się z nim, niemniej dalej wpatruję się w ekran. I coraz bardziej się dziwię.

Kilka tygodni temu w programie telewizyjnym L'isola dei famosi (Wyspa Celebrytów) wybuchł skandal nad skandale, kiedy to jedna z uczestniczek reality - Eva Henger oskarżyła innego uczestnika o to, iż do show sprowadził narkotyki. Działo się to na żywo i nikt nie mógł zapobiec temu, co wydarzyło się później, a wymieniony przez Evę Francesco Monte wcale nie zaprzeczył rewelacjom o paleniu marihuany. Wyjaśnijmy tutaj, iż rzecz działa się w Hondurasie, gdzie posiadanie narkotyków jest surowo karane (nawet jeśli jest to "tylko" marihuana), a na każdym rogu da się spotkać policyjne patrole, mogące skontrolować przyjezdnych w każdej chwili. Monte ponoć palił marihuanę w hotelu, w którym oczekiwał na rozpoczęcie programu, co oczywiście było niedozwolone. Doniesienia okazały się na tyle szokujące, że Francesco zrezygnował z udziału w reality i wrócił do Włoch, zaś Eva Henger (wyelimowana przez widzów) musiała zmierzyć się z hejtem, bowiem opinia publiczna nie pozostawiła na niej suchej nitki.

We Włoszech zawrzało, Henger i jej rodzina zaczęli dostawać śmiertelne pogróżki, natomiast narkotykowe preferencje Francesco Monte jakoś Włochów nie zszokowały. W końcu mowa była nie o ciężkich narkotykach, lecz o marihuanie, kto w życiu jej nie palił, niech pierwszy rzuci kamieniem- tak rozumowali Włosi. Większość z nich nie wierzyła Evie Henger i uważała, że jej oskarżenie na żywo było spowodowane zemstą, a nie obawą o własne bezpieczeństwo. Monte nominował Evę jako kandydatkę do opuszczenia programu, więc odpłaciła mu pięknym za nadobne i zrobiła to z premedytacją, bo w wejściu na żywo. Zniszczyła chłopaka, doniosła na niego i nakleiła etykietkę narkomana, czego było za wiele dla liberalnych Włochów. Dlaczego nie zgłosiła sprawy wcześniej i nie powiadomiła produkcji- zastanawiali się widzowie programu, nie potrafiący przeboleć, że przystojny Francesco opuścił wyspę. Większość internautów była też zgodna co do tego, że Eva Henger, eks gwiazda porno, jest ostatnią osobą, która może prawić innym morały.

Gdy sprawa z narkotykami wyszła na jaw, byłam oburzona i całym sercem stałam po stronie Monte. Sądziłam, iż Henger posunęła się za daleko z oskarżeniami, a to, że zrobiła to w programie na żywo, dodało tylko oliwy do ognia. Minęło kilka dni, burza medialna rozpętała się na dobre, a ja ze zdumieniem przyjęłam to, jak sprawa palenia marihuany została przez widzów i producentów programu zminimalizowana. Ci, którzy bronili Monte wspominali o tym, że ta marihuana to w sumie nic takiego i nie ma co robić z tego sensacji. Zapomniano, że show oglądają nastolatki i takie słowa na pewno nie były dobrym przesłaniem (niektórzy się opamiętali i zaczęli przekonywać, że wszystkie narkotyki są złe). Po odejściu Monte z reality zapanowała swoista zmowa milczenia i nikt o nim już nie wspominał- ani byli uczestnicy, ani pozostali na wyspie. Henger broniła się zaciekle, ale nawet produkcja Wyspy Celebrytów była przeciw niej, co pozwoliło mi spojrzeć na sprawę z drugiej strony.

Henger doniosła w dobrej wierze czy nie, lecz to nie ona brała niedozwolone środki, a cała nienawiść skupiła się na niej. Biedny Francesco, który wiele ostatnio wycierpiał, stał się dla widzów jeszcze bardziej drogi. Produkcja programu odcięła się od narkotykowej afery i robi wszystko, by widzowie o niej zapomnieli. Nie będzie to łatwe, ponieważ marihuanowy skandal stał się pożywką dla mediów, a na pytanie, kto tu kłamie- Monte czy Henger, nikt nie potrafi odpowiedzieć. Mnie w tej sytuacji zaskoczyła inna rzecz- postawa widzów, oburzonych zachowaniem Evy Henger. Oznacza to, że dla Włochów gorszym przestępstwem od samego przestępstwa jest donosicielstwo. I to jest bardzo niepokojące.


zdjęcie-Centro Meteo Italiano

O czym szumią (moje) włoskie struny

by 07 lutego

W moim życiu Włochy od dawna pełnią ważną rolę. Jeszcze zanim tu zamieszkałam, już kochałam ten kraj miłością bezgraniczną i bezkrytyczną. Darzyłam sentymentem wszystko co włoskie, a na sam dźwięk słowa Italia przechodziły mnie dreszcze. Dzisiaj moje uczucia trochę się zmieniły, niemniej nie zmienia to faktu, że Włochy są moją drugą ojczyzną. A jako że pozostałam w klimacie świętowania blogowej rocznicy, postanowiłam opisać kilka ciekawostek o mnie, ściśle związanych z Italią, które nie mają większego znaczenia, lecz pokazują, co mi tam włoskiego w duszy gra. A gra, i to jak gra:

1. Włochy pokochałam w 1990 roku, kiedy miałam 12 lat i dzięki Mundialowi Italia 90 przeniosłam się do włoskiej ziemi. Pamiętam te błękitne koszulki reprezentacji, kibiców wydzierających się z ekranów telewizora i włoskie słówka, które udało mi się wychwycić. To były czasy bez internetu, smartfonów i tylko z dwoma kanałami w telewizji, za to z emocjami sięgającymi zenitu. Po mistrzostwach w Italii już nic nie było takie, jak przedtem.

2. Moim ulubionym włoskim klubem piłkarskim jest AC Milan. Zostałam jego fanką, gdy prezydentem klubu był Silvio Berlusconi. Od zawsze wiedziałam, że to niepospolity człowiek, niemniej jego wkład w politykę włoską wprawił mnie w osłupienie. Do byłego premiera odczuwam coś na kształt sympatii z racji tego, że za jego kadencji Milan odnosił największe sukcesy. Szkoda, że tak samo sprawnie nie potrafił rządzić krajem.

3. Wiem, że tym punktem mogę się narazić niektórym osobom, ale nie przepadam za grą aktorską Roberta Benigniego. Cenię go jako reżysera, jego filmy mogłabym oglądać na okrągło (zwłaszcza "La vita e bella"), lecz jako aktor niestety mnie nie powala. Moja niechęć zaczęła się od "Pinokia" i nie pomogły tłumaczenia aktora, że w tej roli widział go sam Federico Fellini.

4. A skoro wspomniałam włoskiego reżysera, to nie mogę pominąć jego wybitnego dzieła, jakim jest niewątpliwie "La strada". To absolutnie wyjątkowy film, który pokazuje, że Anthony Quinn potrafił więcej, niż zagrać Greka Zorbę, a Giulietta Masina to była wielka aktorka. Jej Gelsomina wpłynęła na mnie do tego stopnia, że chciałam tak nazwać moją starszą córeczkę. Niestety, mąż nie chciał o tym słyszeć.

5. Chciałabym się przenieść w czasie i choć przez chwilę żyć we Florencji, gdy rządzili w niej Medyceusze. Kiedyś przeczytałam książkę na temat tego rodu i zafascynowała mnie postać Lorenza Medici, jego stosunek do sztuki i patronat nad wielkimi (i nie tylko) artystami. Niedawno telewizja transmitowała serial o Medyceuszach (ze wspaniałą międzynarodową obsadą), lecz nie porwał mnie on wcale.

6. Nie przepadam za owocami morza, za to uwielbiam bakłażany, które odkryłam tutaj. Nikt mnie nie zmusi do zjedzenia karczochów i polenty, ponieważ kiedyś zrobiłam z niej cement i zamiast wyrzucić, podałam na ją na obiad. Od tamtej pory jestem uprzedzona.

7. Uważam, że muzyka włoska jest niedoceniona. Ostatnio odkryłam piosenki Rino Gaetano i odpłynęłam. Poza tym cenię utwory Claudio Baglioniego i wolę go w roli wokalisty niż prowadzącego festiwal Sanremo (moim zdaniem zupełnie się tam nie sprawdził). No i Vasco Rossi z rockowym pazurem, którego mogłabym słuchać w nieskończoność.

To oczywiście tylko część moich pasji, być może wkrótce podzielę się kolejnymi informacjami na temat mojego włoskiego życia. Na razie przypomniały mi się najważniejsze fakty, o następnych na pewno jeszcze wspomnę. Nie ma bowiem nic piękniejszego od rozprawiania o Italii i nie zawsze to być muszą poważne rozmowy. A jeśli dotyczą one (w jakimś stopniu) kultury, to tym bardziej trzeba je kontynuować.


zdjęcie (kadr z filmu La Strada)-Wikipedia
Obsługiwane przez usługę Blogger.