O czym szumią (moje) włoskie struny


W moim życiu Włochy od dawna pełnią ważną rolę. Jeszcze zanim tu zamieszkałam, już kochałam ten kraj miłością bezgraniczną i bezkrytyczną. Darzyłam sentymentem wszystko co włoskie, a na sam dźwięk słowa Italia przechodziły mnie dreszcze. Dzisiaj moje uczucia trochę się zmieniły, niemniej nie zmienia to faktu, że Włochy są moją drugą ojczyzną. A jako że pozostałam w klimacie świętowania blogowej rocznicy, postanowiłam opisać kilka ciekawostek o mnie, ściśle związanych z Italią, które nie mają większego znaczenia, lecz pokazują, co mi tam włoskiego w duszy gra. A gra, i to jak gra:

1. Włochy pokochałam w 1990 roku, kiedy miałam 12 lat i dzięki Mundialowi Italia 90 przeniosłam się do włoskiej ziemi. Pamiętam te błękitne koszulki reprezentacji, kibiców wydzierających się z ekranów telewizora i włoskie słówka, które udało mi się wychwycić. To były czasy bez internetu, smartfonów i tylko z dwoma kanałami w telewizji, za to z emocjami sięgającymi zenitu. Po mistrzostwach w Italii już nic nie było takie, jak przedtem.

2. Moim ulubionym włoskim klubem piłkarskim jest AC Milan. Zostałam jego fanką, gdy prezydentem klubu był Silvio Berlusconi. Od zawsze wiedziałam, że to niepospolity człowiek, niemniej jego wkład w politykę włoską wprawił mnie w osłupienie. Do byłego premiera odczuwam coś na kształt sympatii z racji tego, że za jego kadencji Milan odnosił największe sukcesy. Szkoda, że tak samo sprawnie nie potrafił rządzić krajem.

3. Wiem, że tym punktem mogę się narazić niektórym osobom, ale nie przepadam za grą aktorską Roberta Benigniego. Cenię go jako reżysera, jego filmy mogłabym oglądać na okrągło (zwłaszcza "La vita e bella"), lecz jako aktor niestety mnie nie powala. Moja niechęć zaczęła się od "Pinokia" i nie pomogły tłumaczenia aktora, że w tej roli widział go sam Federico Fellini.

4. A skoro wspomniałam włoskiego reżysera, to nie mogę pominąć jego wybitnego dzieła, jakim jest niewątpliwie "La strada". To absolutnie wyjątkowy film, który pokazuje, że Anthony Quinn potrafił więcej, niż zagrać Greka Zorbę, a Giulietta Masina to była wielka aktorka. Jej Gelsomina wpłynęła na mnie do tego stopnia, że chciałam tak nazwać moją starszą córeczkę. Niestety, mąż nie chciał o tym słyszeć.

5. Chciałabym się przenieść w czasie i choć przez chwilę żyć we Florencji, gdy rządzili w niej Medyceusze. Kiedyś przeczytałam książkę na temat tego rodu i zafascynowała mnie postać Lorenza Medici, jego stosunek do sztuki i patronat nad wielkimi (i nie tylko) artystami. Niedawno telewizja transmitowała serial o Medyceuszach (ze wspaniałą międzynarodową obsadą), lecz nie porwał mnie on wcale.

6. Nie przepadam za owocami morza, za to uwielbiam bakłażany, które odkryłam tutaj. Nikt mnie nie zmusi do zjedzenia karczochów i polenty, ponieważ kiedyś zrobiłam z niej cement i zamiast wyrzucić, podałam na ją na obiad. Od tamtej pory jestem uprzedzona.

7. Uważam, że muzyka włoska jest niedoceniona. Ostatnio odkryłam piosenki Rino Gaetano i odpłynęłam. Poza tym cenię utwory Claudio Baglioniego i wolę go w roli wokalisty niż prowadzącego festiwal Sanremo (moim zdaniem zupełnie się tam nie sprawdził). No i Vasco Rossi z rockowym pazurem, którego mogłabym słuchać w nieskończoność.

To oczywiście tylko część moich pasji, być może wkrótce podzielę się kolejnymi informacjami na temat mojego włoskiego życia. Na razie przypomniały mi się najważniejsze fakty, o następnych na pewno jeszcze wspomnę. Nie ma bowiem nic piękniejszego od rozprawiania o Italii i nie zawsze to być muszą poważne rozmowy. A jeśli dotyczą one (w jakimś stopniu) kultury, to tym bardziej trzeba je kontynuować.


zdjęcie (kadr z filmu La Strada)-Wikipedia
Obsługiwane przez usługę Blogger.