Polki we Włoszech wieczne zdziwienie


Wielokrotnie pisałam, że prawdziwą Italię odkryłam wtedy, gdy osiadłam na Półwyspie Apenińskim. Przedtem byłam miłośniczką Włoch i wiedza o tym kraju ograniczała się do wspaniałości, turystycznych szlaków i jako tako jedzenia, a o reszcie nie miałam zielonego pojęcia. Skąd bowiem mogłam wiedzieć, jak żyją Włosi, co im w duszy gra i jakimi są ludźmi? Po prawie siedmiu latach obcowania z nimi doszłam do nowych wniosków i moje spostrzeżenia na temat Italii przybrały nieco inną barwę, a ponadto zdziwiły mnie rytuały, które poznałam dopiero tutaj. Od kuchni Włosi są jeszcze bardziej interesujący, a ich zwyczaje niejeden raz spowodowały moją konsternację, śmiech, a nawet bezradność. Cóż, życie emigrantki nie jest usłane oczywistościami.

Jedne z pierwszych włoskich zdziwień, o które się otarłam, to włoskie pogrzeby (tak, dobrze czytacie). Niby niewiele różnią się od naszych, lecz dwie rzeczy zwróciły moją uwagę, bo w polskiej tradycji z czymś takim się nie spotkałam. Przede wszystkim byłam zdumiona tym, że na widok trumny wynoszonej z kościoła ludzie klaszczą. Nie ma ciszy i skupienia, jak u nas, za to słychać brawa. Domyślam się, że w ten sposób oddaje się hołd zmarłej osobie, niemniej do końca tego zwyczaju nie zaakceptowałam. Druga sprawa to kwestia ubioru na ceremonię. U nas na pogrzeby ubiera się "świątecznie" i trzeba być odstrzelonym, inaczej możemy być pewni, że zostaniemy obgadani. Ostatnio przeglądałam relację z pogrzebu pewnego artysty i uderzyła mnie agresja komentujących. Większość skupiła się na tym, co mieli na sobie goście pogrzebowi i nie pozostawiła na nich suchej nitki. Tymczasem Włochom brak odpowiedniego stroju nie przeszkadza i nie obchodzi ich, jak wyglądają inni. Ważna jest obecność i szacunek dla zmarłego. 

Lepiej będzie, gdy odejdę od tych grobowych nastrojów i przejdę do mojego kolejnego zaskoczenia rodem z Italii. Odkąd moja starsza córeczka chodzi do przedszkola, nie mogę wyjść z podziwu, jak często strajkuje włoska oświata. Nie wiem, czy tak jest w każdej części Włoch, ale w Genui strajki zdarzają się nierzadko i nie wygląda na to, by miały się zakończyć. Moja polska dusza dziwuje się temu niepomiernie, ponieważ nie przypominam sobie, by w ciągu mojej szkolnej kariery był chociaż jeden dzień, kiedy nauczyciele nie przyszli do pracy. Nie znaczy to jednak, że nie rozumiem decyzji o strajkowaniu pań przedszkolanek Gai. Od lat nie widziały podwyżki, a obowiązków mają naprawdę sporo. Nie wyobrażam sobie, by u nas strajki w szkolnictwie przeszły bez echa.

Niedawno opublikowałam wpis na temat włoskich sklepów, lecz zapomniałam wspomnieć o dwóch niespodziankach, które mnie spotkały. Lubię moje osiedlowe sklepiki i na co dzień do nich zaglądam, z racji tego, że mam blisko oraz panuje w nich fajna atmosfera. Wczoraj w warzywniaku chciałam zapłacić kartą, ale pan sprzedawca powiedział mi, że jeszcze nie założył takiej formy płatności, mimo że powinien ją mieć. Nie przejmuje się tym wcale, bo w sumie kontroli tu nigdy nie ma, zresztą kupują u niego przeważnie babcie, które nie znają się na kartach, a urzędnicy to też ludzie, więc nawet gdyby się pojawili, to nic mu nie zrobią. Sklepy obok również nie są wyposażone w sprzęty do płacenia elektronicznego i on się nie będzie wychylał przed szereg. Jest dobrze jak jest. I tak sobie pomyślałam, słuchając go, że w naszej rzeczywistości taka beztroska byłaby niemożliwa. Jeśliby przyłapano właściciela sklepu bez wymaganego wyposażenia, to na pewno dostałby wysoką karę pieniężną. Włosi zaś wszystko robią po swojemu, a ich fantazja nie zna granic, o czym przekonałam się w piekarni. Każdy rodzaj bułki ma bowiem różną nazwę- książeczka, olejka, zwijana, mięciutka i tak dalej. To w sumie szczegół i niewiele zmienia w moim  włoskim pożyciu, niemniej to nazywanie pieczywa bardzo mnie ujęło.

No i ostatni przypadek, który niezwykle mnie zadziwił, czyli fakt, że Włosi to plotkarze. Na początku mojego pobytu tutaj byłam przekonana, że tylko Polacy lubują się w ploteczkach, ale musiałam zmienić zdanie. Włosi uwielbiają szeptać o kątach, rozprawiać i obmawiać, a niektóre emerytki spędzają dzień na pogaduszkach. O ich manii plotkowania przekonałam się na własnej skórze, kiedy to spotkałam przy ławeczkach starsze panie i ukłoniłam się im na powitanie. Chciałam odejść, lecz mnie zatrzymały i okazało się, że wiedzą o mnie sporo. Nie mam pojęcia skąd, ale byłam zszokowana, gdy zaczęły mnie prześwietlać. Wydawało mi się, że jestem anonimowa i nikt nie zwraca na mnie uwagi, a tu proszę, osiedlowy patrol zauważył moją obecność. Zweryfikowałam więc swoje pojęcie, zwłaszcza że w mojej kamienicy mam przykład osoby kochającej plotki. Jedna z moich sąsiadek pół dnia spędza przy oknie, widzi wszystko i nikomu nie przepuści. Poinformował mnie o tym sąsiad, który ma z nią na pieńku, odkąd weszła buciorami w jego prywatne sprawy. Natomiast według mojego męża zamiłowanie do plotek jest czymś, co łączy ludzi pod każdą szerokością geograficzną i tym złowrogim skądinąd spostrzeżeniem zakończę ten przydługi wpis. Wiwat Włosi!


zdjęcie- Milanopost.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.