Dziwny przypadek nadwrażliwego sąsiada

by 29 marca

Gdyby można było wybrać sobie sąsiadów, życie byłoby piękniejsze. Co prawda nie mam na co narzekać, bo trafili mi się niekłopotliwi sąsiedzi, którzy w większości są bardzo miłymi ludźmi, lecz kobieta z naprzeciwka powoli dostaje szału, ponieważ facet mieszkający nad nią jest nie do wytrzymania. I faktycznie, widząc co on wyrabia, muszę przyznać dziewczynie rację. To sąsiad wprost z piekła rodem.

W moim bloku i w ogóle we włoskich kamieniacach ściany są dosyć cieńkie, więc często można usłyszeć, o czym mówią sąsiedzi (dlatego ja się pilnuję i staram się nie podnosić głosu), nawet jeśli się tego nie chce. Jednak człowiek, z którym zadarła moja sąsiadka poszedł o krok dalej- mu przeszkadza wszystko. Mieszka sam i nie akceptuje niczego- ani tego, że zaszczeka pies (choć Genueńczycy znani są ze swej miłości do czworonogów), ani tego, że zamyka się okna, czy tego, że puści się muzykę. Co chwila schodzi na dół i zostawia sąsiadce przypięte karteczki z pretensjami. Na jej miejscu wyszłabym z siebie.

Te karteczki to jakaś mania sąsiada, bo podrzuca je każdej rodzinie mającej to nieszczęście, że mieszka nad nim. Teraz stanęło na sąsiadce, która przeprowadziła się tutaj rok temu, nie ma jej prawie cały dzień w domu, a kiedy do niego wraca, musi stresować się z powodu karteczek na drzwiach. Zanim tu się zjawiła, zastanawiałam się, jak to możliwe, że to mieszkanie wiecznie zmienia lokatorów, a teraz mam na to odpowiedź. Ludzie odchodzą stąd z powodu sąsiada, jako że nie chcą się z nim użerać i wolą mieć święty spokój. Co to zresztą za forma komunikacji, te całe karteczki? Z tego co wiem, sąsiad mówić potrafi, więc jaki to problem pójść i powiedzieć wprost, o co mu chodzi?

W ubiegłym tygodniu zostawił swoje żale na drzwiach aż cztery razy. Pierwszy brzmiał "Proszę zamykać i otwierać okiennice ciszej, bo ludzie nie mogą spać). Pisząc "ludzie" miał na myśli oczywiście siebie, gdyż nikt inny się o to nie wkurza. Druga karteczka była bardziej zwięzła: ("Proszę nie trzaskać drzwiami") i nie wiadomo, czemu sąsiad uparł się tych drzwi, ponieważ sąsiadka wcale nimi nie wali. Trzecia karteczka dotyczyła psa: ("Proszę uspokoić tą bestię, bo tylko szczeka"). Rzeczona bestia ma cztery miesiące, jest słodka i prawie nie szczeka, a jeśli już, to bardzo rzadko i nie za głośno. Czwarta karteczka została przypięta wczoraj: ("Proszę za długo nie wiercić, to niedozwolone). Zdesperowana sąsiadka robi remont łazienki i obwinia siebie za zbyt krzykliwe życie. 

Mój mąż stwierdził, że gdyby nam przypinał na drzwiach te durne karteczki, to porozmawiałby sobie z nim po męsku. Nie można od innych wymagać, by nie oddychali w swoim własnym domu, zwłaszcza gdy nic złego nie robią. Problem leży w sąsiedzie, który ma dziwną wizję wspołżycia międzyludzkiego. Wiadomo, że bywają gorsze dni i hałasy z zewnątrz mogą przeszkadzać każdemu, ale przecież można to inaczej załatwić. Kulturalnie, bez pretensji, tymczasem facet nie ma ochoty na rozmowy i woli obgadywać sąsiadów na fejsie (co rusz podkreślając, skąd pochodzą, jakby to miało znaczenie) i biadolić na los, który zrzucił mu taki kłopot pod siebie. Jego znajomi raczej nie wiedzą, że przypina karteczki od dobrych kilku lat i dał się we znaki czwartej z kolei rodzinie. Wynika więc z tego niezbicie, iż kłopot ma on, a nie ludzie zachowujący się jak ludzie. Za niedługo nie będą mogli nawet szeptać, bo sąsiad i na to znajdzie paragraf. Najlepiej by było, jeżeliby to on się wyprowadził i zamieszkał w willi lub na bezludnej wyspie. Wtedy byłby pewien, że nikt nie zakłóci mu świętego spokoju.

Wesołego Alleluja!


zdjęcie- YourMag

Piękna włoska tradycja dubbingowania

by 14 marca


Od prawie siedmiu lat poznaję na nowo Włochy i tyle samo oswajam się z emigracją. Przebywanie na obczyźnie wiąże się z niespodziankami, których człowiek nie jest do końca w stanie ujarzmić, choć bardzo by chciał. Do większości spraw już się przyzwyczaiłam i nawet bidet stał się dla mnie normalnością, mimo że jeszcze do niedawna psioczyłam, iż tylko zajmuje niepotrzebne miejsce w mojej łazience. Włosi bez niego nie wyobrażają sobie funkcjonowania, więc chcąc nie chcąc, się do nich dostosowałam. Jest jednak coś, z czym przyszło mi się tutaj zmierzyć i ciężko mi było to zaakceptować, ponieważ wyrosłam na naszych wspaniałych lektorach i oglądanie filmów bez ich telewizyjnych głosów nie sprawiało mi przyjemności. A w Italii każdy film i serial są dubbingowane, co prawie natychmiast odbiło mi się czkawką. Dla mnie filmy zawsze kończyły się zdaniem „Czytał Tomasz Knapik” i tą włoską manię dubbingowania uważałam za bluźnierstwo. Brak oryginalnych głosów aktorów stał się nieomal przyczyną konfliktu z moim mężem, który jak na Włocha przystało, jest wielkim zwolennikiem rodzimego dubbingu. Według niego to jest prawdziwa sztuka i powinnam ją docenić, a nie szukać dziury w całym.

Na początku mojego pobytu we Włoszech wcale nie oglądałam telewizji i nic mnie w niej nie kręciło, aż do czasu, kiedy odkryłam "Modę na sukces" emitowaną przez Canale 5 (kto nie obejrzał ani jednego odcinka, niech pierwszy rzuci we mnie telewizorem). Nie widziałam telenoweli od lat, ale wiadomo, że serial jest tak skonstruowany, iż można opuścić i tysiąc odcinków, a nie wypadnie się z fabuły. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast głębokiego głosu boskiego Ridege'a usłyszałam jakiegoś Włocha. No jak tak można, to gwałt w biały dzień na kultowym przecież serialu. Poskarżyłam się mężowi i zażądałam odcinków z lektorem, lecz mąż, ten zdrajca, mnie wyśmiał. Co ja sobie wyobrażam, że przyjechałam do Włoch i na moje życzenie Ridge będzie mówił swoim głosem? Chyba mi odbiło, zwłaszcza że włoski dubbing jest wspaniały, jego kunszt docenia się wszędzie i nikt na niego nie narzeka (oprócz, jak widać, pewnej Polki malkontentki). Koniec końców przestałam oglądać „Beautiful” (tak we Włoszech nazywa się "Moda na sukces") i obraziłam się na męża, bo nie zrozumiał skali problemu. A potem poszliśmy do kina i tam było jeszcze gorzej. Znowu włoski dubbing wziął górę nad filmem i przyjemny wieczór diabli wzięli.

Trochę minęło, zanim zrozumiałam, że nic z tym fantem nie zrobię i będę musiała znosić moich ulubionych aktorów mówiących po włosku. Cóż, bywają większe katastrofy, a oglądanie filmów wyłącznie po włosku mogło być dla mnie okazją do lepszego poznania języka. Wystarczyło zresztą kilka seansów, by przekonać się, że mąż miał rację, gdy przekonywał mnie, że dubbing włoski to prawdziwa sztuka. Faktycznie, aktorzy rodem z Italii mistrzowsko dubbingują kolegów zza oceanu, a ich kunszt jest na bardzo wysokim poziomie. Wykonują zaś ten fach nie byle jacy grajkowie, ale również ci z pierwszych stron gazet, wybitni i uznani, którzy potrafią wbić widzów w fotel. Ich interpretacje są żywe, namiętne oraz pełne pasji i kiedy ich słucham, już nie brakuje mi oryginalnego języka. Jednym z moich ulubionych „dubbingowców” jest wielki aktor Giancarlo Giannini, podkładający głos największym hollywoodzkim gwiazdom, takim jak Al Pacino czy Jack Nicholson (pod wrażeniem interpretacji Gianniniego w „Lśnieniu” był sam Stanley Kubrick). Największe wrażenie jednak zrobił na mnie Luca Ward, który wcielił się (między innymi) w Maximusa Russela Crowe'a w niezapomnianym "Gladiatorze". Ten facet ma tak ujmujący głos, że wszystkie moje wahania odeszły w zapomnienie. Z nim udało mi się ujarzmić włoski dubbing (posłuchajcie sobie, jak wypowiada słynną frazę Maximusa - „Nazywam się Maximus Decimus Meridius...” - mnie zawsze przechodzą ciarki) i za to mu chwała.

Tak, tak, i mąż czasem się nie myli, chociaż gdyby się tak zastanowić, to i on nie jest bez winy. Przepada bowiem za Polską i wszystkim, co z naszym krajem związane (z jedzeniem na czele), ale jest jedna rzecz, do której nie potrafi dojrzeć. Jako Włoch z krwi i kości nie jest w stanie pokochać, zrozumieć i uszanować polskiego zwyczaju telewizyjnego, czyli lektorów czytających filmy. Nie przekona się do nich nigdy, jakkolwiek tłumaczę mu, iż bez nich rodzima telewizja byłaby zwyczajnie nudna. W tym wypadku chyba nie dojdziemy do porozumienia i naszym domem zapewne jeszcze niejeden raz wstrząsną polemiki. Nie może być inaczej, skoro mąż oglądając polskie filmy po prostu na nich zasypia. Wyjątkiem są te, które jakimś cudem puszcza włoska telewizja. Wtedy na nie patrzy, zachwyca się i wygłasza uwagi, że włoski dubbing je odświeżył. Nie mam siły z nim polemizować.



Na zdjęciu Luca Ward- źródło- Everyeye

Rozważania przed wyborami we Włoszech

by 03 marca

W nadchodzącą niedzielę, czwartego marca, odbędą się we Włoszech wybory do parlamentu. Nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie ich wynik, bo czekam na zmiany i ufam, że naród odpowiednio podziękuje obecnemu rządowi. W ostatnich latach nie działo się dobrze w Italii, więc nadszedł najwyższy czas, aby zająć się naprawą kraju. Kto przejmie pałeczkę po Partii Demokratycznej (o ile w ogóle ją przejmie) i czy Włosi masowo pójdą do urn? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Zdaję sobie sprawę z tego, iż po wyborach wiele wody jeszcze musi w rzece upłynąć, aby we Włoszech nastąpiła poprawa. Nie jestem aż tak naiwna, by wierzyć we wszystkie obietnice polityków, zresztą niektóre z nich wywołują uśmiech politowania na mojej twarzy. Bardzo bym jednak chciała, żeby w Italii wreszcie było więcej optymizmu i mniej boleści, a społeczeństwo miało się po prostu lepiej.

Spekulacje na temat nowego rządu trwają, a nastroje społeczne nie są za wesołe. Dużo mówi się o tym, iż do Włoch powrócił faszyzm, co w moim odczuciu jest błędnym założeniem. Ostrzega się przed skrajnie radykalnymi ugrupowaniami i oskarża się je o szerzenie nienawiści, lecz nie jest do końca zgodne z prawdą. Kilka niechlubnych incydentów nie może być przykładem na to, że klimat w Italii stał się faszystowski i do głosu doszli nacjonaliści.

W Italii od pokoleń żyją przedstawiciele różnych kultur, więc ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o Włochach jest ta, że nie lubią obcych. Na moim osiedlu da się spotkać cały świat i jakoś nie zauważyłam, by komuś to przeszkadzało. Wydarzenia takie jak w Maceracie, kiedy to facet z auta strzelał do imigrantów, to pojedyncze przypadki. A jeśli miały miejsce, to należy się zastanowić, dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Do Włoch przybyło ostatnio za dużo nielegalnych imigrantów, co potwierdzają nawet przedstawiciele obecnego rządu, którzy są za to odpowiedzialni, stąd też ekstremalne (i haniebne) reakcje.

Pisanie o imigracji to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy się jej nie popiera. Jestem jej przeciwna, gdyż Włochów na nią nie stać i nie podoba mi się to, że wzbogacają się dzięki niej spółki, zarabiające naprawdę grube miliony. A kiedy słyszę, jak w wywiadzie telewizyjnym trzecia osoba w państwie (Laura Boldrini) oznajmia, że nie da się odesłać nielegalnych imigrantów, bo nie wiadomo, skąd przybyli i kim są, to zaczynam się bać. Jak to możliwe, że Włosi nie wiedzą, kogo wpuszczają do swojego domu? Sytuacja chyba wymknęła się spod kontroli.

Jednakowoż nie tylko imigracją Italia żyje, a problemów na Półwyspie Apenińskim namnożyło się sporo. Gdybym miała użyć jednego słowa, które definiuje poczynania aktualnego rządu, byłoby nim precario, co oznacza niepewny. Niepewna przyszłość, niepewne emerytury, niepewni młodzi ludzie, niemający perspektyw i niepewna starość, często pozbawiona nadziei. Naród musiał poznać smak wyrzeczeń, natomiast politycy nie odjęli sobie z niebotycznie wysokich uposażeń ani centa. Z tego właśnie powodu użawam, że zmiany są konieczne i nieuniknione. Społeczeństwo jest zmęczone i jestem przekonana, że da temu wyraz podczas jutrzejszych wyborów.


zdjęcie- ciaostl.com


Obsługiwane przez usługę Blogger.