Piękna włoska tradycja dubbingowania



Od prawie siedmiu lat poznaję na nowo Włochy i tyle samo oswajam się z emigracją. Przebywanie na obczyźnie wiąże się z niespodziankami, których człowiek nie jest do końca w stanie ujarzmić, choć bardzo by chciał. Do większości spraw już się przyzwyczaiłam i nawet bidet stał się dla mnie normalnością, mimo że jeszcze do niedawna psioczyłam, iż tylko zajmuje niepotrzebne miejsce w mojej łazience. Włosi bez niego nie wyobrażają sobie funkcjonowania, więc chcąc nie chcąc, się do nich dostosowałam. Jest jednak coś, z czym przyszło mi się tutaj zmierzyć i ciężko mi było to zaakceptować, ponieważ wyrosłam na naszych wspaniałych lektorach i oglądanie filmów bez ich telewizyjnych głosów nie sprawiało mi przyjemności. A w Italii każdy film i serial są dubbingowane, co prawie natychmiast odbiło mi się czkawką. Dla mnie filmy zawsze kończyły się zdaniem „Czytał Tomasz Knapik” i tą włoską manię dubbingowania uważałam za bluźnierstwo. Brak oryginalnych głosów aktorów stał się nieomal przyczyną konfliktu z moim mężem, który jak na Włocha przystało, jest wielkim zwolennikiem rodzimego dubbingu. Według niego to jest prawdziwa sztuka i powinnam ją docenić, a nie szukać dziury w całym.

Na początku mojego pobytu we Włoszech wcale nie oglądałam telewizji i nic mnie w niej nie kręciło, aż do czasu, kiedy odkryłam "Modę na sukces" emitowaną przez Canale 5 (kto nie obejrzał ani jednego odcinka, niech pierwszy rzuci we mnie telewizorem). Nie widziałam telenoweli od lat, ale wiadomo, że serial jest tak skonstruowany, iż można opuścić i tysiąc odcinków, a nie wypadnie się z fabuły. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast głębokiego głosu boskiego Ridege'a usłyszałam jakiegoś Włocha. No jak tak można, to gwałt w biały dzień na kultowym przecież serialu. Poskarżyłam się mężowi i zażądałam odcinków z lektorem, lecz mąż, ten zdrajca, mnie wyśmiał. Co ja sobie wyobrażam, że przyjechałam do Włoch i na moje życzenie Ridge będzie mówił swoim głosem? Chyba mi odbiło, zwłaszcza że włoski dubbing jest wspaniały, jego kunszt docenia się wszędzie i nikt na niego nie narzeka (oprócz, jak widać, pewnej Polki malkontentki). Koniec końców przestałam oglądać „Beautiful” (tak we Włoszech nazywa się "Moda na sukces") i obraziłam się na męża, bo nie zrozumiał skali problemu. A potem poszliśmy do kina i tam było jeszcze gorzej. Znowu włoski dubbing wziął górę nad filmem i przyjemny wieczór diabli wzięli.

Trochę minęło, zanim zrozumiałam, że nic z tym fantem nie zrobię i będę musiała znosić moich ulubionych aktorów mówiących po włosku. Cóż, bywają większe katastrofy, a oglądanie filmów wyłącznie po włosku mogło być dla mnie okazją do lepszego poznania języka. Wystarczyło zresztą kilka seansów, by przekonać się, że mąż miał rację, gdy przekonywał mnie, że dubbing włoski to prawdziwa sztuka. Faktycznie, aktorzy rodem z Italii mistrzowsko dubbingują kolegów zza oceanu, a ich kunszt jest na bardzo wysokim poziomie. Wykonują zaś ten fach nie byle jacy grajkowie, ale również ci z pierwszych stron gazet, wybitni i uznani, którzy potrafią wbić widzów w fotel. Ich interpretacje są żywe, namiętne oraz pełne pasji i kiedy ich słucham, już nie brakuje mi oryginalnego języka. Jednym z moich ulubionych „dubbingowców” jest wielki aktor Giancarlo Giannini, podkładający głos największym hollywoodzkim gwiazdom, takim jak Al Pacino czy Jack Nicholson (pod wrażeniem interpretacji Gianniniego w „Lśnieniu” był sam Stanley Kubrick). Największe wrażenie jednak zrobił na mnie Luca Ward, który wcielił się (między innymi) w Maximusa Russela Crowe'a w niezapomnianym "Gladiatorze". Ten facet ma tak ujmujący głos, że wszystkie moje wahania odeszły w zapomnienie. Z nim udało mi się ujarzmić włoski dubbing (posłuchajcie sobie, jak wypowiada słynną frazę Maximusa - „Nazywam się Maximus Decimus Meridius...” - mnie zawsze przechodzą ciarki) i za to mu chwała.

Tak, tak, i mąż czasem się nie myli, chociaż gdyby się tak zastanowić, to i on nie jest bez winy. Przepada bowiem za Polską i wszystkim, co z naszym krajem związane (z jedzeniem na czele), ale jest jedna rzecz, do której nie potrafi dojrzeć. Jako Włoch z krwi i kości nie jest w stanie pokochać, zrozumieć i uszanować polskiego zwyczaju telewizyjnego, czyli lektorów czytających filmy. Nie przekona się do nich nigdy, jakkolwiek tłumaczę mu, iż bez nich rodzima telewizja byłaby zwyczajnie nudna. W tym wypadku chyba nie dojdziemy do porozumienia i naszym domem zapewne jeszcze niejeden raz wstrząsną polemiki. Nie może być inaczej, skoro mąż oglądając polskie filmy po prostu na nich zasypia. Wyjątkiem są te, które jakimś cudem puszcza włoska telewizja. Wtedy na nie patrzy, zachwyca się i wygłasza uwagi, że włoski dubbing je odświeżył. Nie mam siły z nim polemizować.



Na zdjęciu Luca Ward- źródło- Everyeye

Obsługiwane przez usługę Blogger.