Rozważania przed wyborami we Włoszech


W nadchodzącą niedzielę, czwartego marca, odbędą się we Włoszech wybory do parlamentu. Nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie ich wynik, bo czekam na zmiany i ufam, że naród odpowiednio podziękuje obecnemu rządowi. W ostatnich latach nie działo się dobrze w Italii, więc nadszedł najwyższy czas, aby zająć się naprawą kraju. Kto przejmie pałeczkę po Partii Demokratycznej (o ile w ogóle ją przejmie) i czy Włosi masowo pójdą do urn? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Zdaję sobie sprawę z tego, iż po wyborach wiele wody jeszcze musi w rzece upłynąć, aby we Włoszech nastąpiła poprawa. Nie jestem aż tak naiwna, by wierzyć we wszystkie obietnice polityków, zresztą niektóre z nich wywołują uśmiech politowania na mojej twarzy. Bardzo bym jednak chciała, żeby w Italii wreszcie było więcej optymizmu i mniej boleści, a społeczeństwo miało się po prostu lepiej.

Spekulacje na temat nowego rządu trwają, a nastroje społeczne nie są za wesołe. Dużo mówi się o tym, iż do Włoch powrócił faszyzm, co w moim odczuciu jest błędnym założeniem. Ostrzega się przed skrajnie radykalnymi ugrupowaniami i oskarża się je o szerzenie nienawiści, lecz nie jest do końca zgodne z prawdą. Kilka niechlubnych incydentów nie może być przykładem na to, że klimat w Italii stał się faszystowski i do głosu doszli nacjonaliści.

W Italii od pokoleń żyją przedstawiciele różnych kultur, więc ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o Włochach jest ta, że nie lubią obcych. Na moim osiedlu da się spotkać cały świat i jakoś nie zauważyłam, by komuś to przeszkadzało. Wydarzenia takie jak w Maceracie, kiedy to facet z auta strzelał do imigrantów, to pojedyncze przypadki. A jeśli miały miejsce, to należy się zastanowić, dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Do Włoch przybyło ostatnio za dużo nielegalnych imigrantów, co potwierdzają nawet przedstawiciele obecnego rządu, którzy są za to odpowiedzialni, stąd też ekstremalne (i haniebne) reakcje.

Pisanie o imigracji to stąpanie po cienkiej linie, zwłaszcza gdy się jej nie popiera. Jestem jej przeciwna, gdyż Włochów na nią nie stać i nie podoba mi się to, że wzbogacają się dzięki niej spółki, zarabiające naprawdę grube miliony. A kiedy słyszę, jak w wywiadzie telewizyjnym trzecia osoba w państwie (Laura Boldrini) oznajmia, że nie da się odesłać nielegalnych imigrantów, bo nie wiadomo, skąd przybyli i kim są, to zaczynam się bać. Jak to możliwe, że Włosi nie wiedzą, kogo wpuszczają do swojego domu? Sytuacja chyba wymknęła się spod kontroli.

Jednakowoż nie tylko imigracją Italia żyje, a problemów na Półwyspie Apenińskim namnożyło się sporo. Gdybym miała użyć jednego słowa, które definiuje poczynania aktualnego rządu, byłoby nim precario, co oznacza niepewny. Niepewna przyszłość, niepewne emerytury, niepewni młodzi ludzie, niemający perspektyw i niepewna starość, często pozbawiona nadziei. Naród musiał poznać smak wyrzeczeń, natomiast politycy nie odjęli sobie z niebotycznie wysokich uposażeń ani centa. Z tego właśnie powodu użawam, że zmiany są konieczne i nieuniknione. Społeczeństwo jest zmęczone i jestem przekonana, że da temu wyraz podczas jutrzejszych wyborów.


zdjęcie- ciaostl.com


Obsługiwane przez usługę Blogger.