Pożegnanie z Genuą

by 22 kwietnia

Pobyt w Genui powoli dobiega końca. Pakujemy się, a moje wspomnienia przybierają konkretny wygląd. Jakieś ciuszki, które trzymałam na pamiątkę, stare bilety do kina czy inne pierdoły są potwierdzeniem tego, że przez siedem lat wiele się tutaj działo, a nasze życie obfitowało w niespodzianki. Nie zawsze było kolorowo, czasem miałam ochotę stąd uciec, niemniej bilans jest zdecydowanie pozytywny i nie żałuję ani jednej chwili, którą tu spędziłam. Teraz przygotowuję się na zmiany i zastanawiam się, jak będzie w nowym miejscu. Zamieszkamy w małym miasteczku, można nawet powiedzieć, że na zadupiu, co bynajmniej mnie nie przeraża. Jestem podekscytowana i odliczam dni do przeprowadzki.

Wyjeżdżam za niedługo, więc zrobiłam się sentymentalna i przypominam sobie jak to było, gdy przyjechałam do Genui. Pamiętam, że miasto nie wzbudzało mojego zaufania, na początku rzadko wychodziłam z domu i trochę minęło, zanim się tutaj zaklimatyzowałam. Teraz jest zupełnie inaczej, nie błądzę już jak dziecko we mgle i nie mam obaw, że coś mi się nie uda. Stałam się odważniejsza, zaś wyprowadzkę traktuję jak wspaniałą przygodę i tydzień, który do niej pozostał, dłuży mi się niemiłosiernie. Nie jesteśmy jeszcze ogarnięci, w domu panuje bałagan, kartony i worki królują wszędzie, a ja nie wiem, gdzie ręce mam włożyć. Najbardziej zadowolone z chaosu są dzieci i mieszkanie w takim wydaniu podoba im się o wiele bardziej, niż gdy jest w nim porządek. Sara, która ma niecałe dwa lata, nie ogarnia tego, co się dzieje, natomiast jej starsza siostra poinformowała o przeprowadzce całe przedszkole i pół ulicy, nie wyłączając największej plotkary na osiedlu. 

Genua to wyjątkowe miasto i trudno je pokochać od pierwszego wejrzenia, ale na pewno kilku rzeczy będzie mi brakowało. Widoku z okna, jedynego w swoim rodzaju, obejmującego stadion i skrawek morza. Tych wspaniałych kolorów nieba, tak różnych każdego dnia. Smaku focacci, najpyszniejszej na świecie, do której nie umywa się żadna inna. Ryku kibiców, czasami brutalnego, lecz dającego się polubić. Zgiełku panującego na ulicach i oddechu wielkiego miasta. Barów, sklepików osiedlowych oraz majestatycznych kamienic, przytłaczających mnie swoim pięknem. Starszego pana, uśmiechającego się do mnie, którego spotykałam codziennie i rozmawiałam z nim o błahych sprawach. Właścicielki pralni, umiejącej zagadać człowieka na śmierć, ale jakże sympatycznej. I tysiąca innych ludzi, ulic, miejsc, często bezimiennych, a tak dużo mi mówiących. Przed nami kolejny etap wędrówki i jestem przekonana, że w miasteczku leżącym w pobliżu Pavii będziemy tam tak samo szczęśliwi. 

Wyprowadzka

by 05 kwietnia

Druga połowa kwietnia będzie dla mojej rodziny dosyć ciężkim miesiącem. Stało się, wyprowadzamy się, o czym marzyłam od dawna, ale nadal to do mnie nie dochodzi. Zapuściłam korzenie w Genui, przyzwyczaiłam się do tego miasta, ujarzmiłam je, więc świadomość, że będę tu mieszkać tylko do końca miesiąca, jest dla mnie trudna do zniesienia. Cieszę się z przeprowadzki, jak najbardziej, ba, skaczę po łóżku z radości, niemniej jest mi trochę dziwnie, co zresztą jest normalnym uczuciem. Przeżyłam w Genui siedem lat, raz lepszych, raz gorszych, lecz niewątpliwe pięknych, bo tutaj wyszłam za mąż i urodziły się moje córeczki. Zostawiam za sobą pierwsze momenty emigracji, dużo życzliwych osób, mnóstwo nowych znajomych i schody, które przeklinam tak samo, jak na początku.

Wyprowadzamy się, ponieważ mój mąż zmienił pracę. Nie siedzi już na uniwersytecie, a pracuje w firmie, do której dojeżdża pociągiem, więc dalszy pobyt tutaj zwyczajnie nie ma sensu. Od początku grudnia ubiegłego roku mąż codziennie traci na dojazd pięć godzin i ten nowy tryb życia daje nam się mocno we znaki. Wychodzi z domu rano przed szóstą, wraca wieczorem koło dziewiątej, dzieci w ciągu tygodnia prawie go nie widzą, a ja czuję na sobie podwójny balast. Nie lubię narzekać na macierzyństwo, ale muszę przyznać, że bez wsparcia męża nie jest mi lekko. Muszę radzić sobie sama, zaś każde dalsze wyjście z domu jest dla mnie sporym wyzwaniem. Do pediatry mąż woził mnie autem, natomiast teraz jeżdżę trzema autobusami, co nie jest jakimś wielkim wyczynem, lecz mając na plecach Sarę ważącą 10 kilogramów po przyjściu do domu czuję się tak, jakbym zeszła z ringu.

I chłonę Genuę, na którą zostało mi tak mało czasu. Dopiero dzisiaj, na tak niewiele przed wyjazdem, zdałam sobie sprawę z tego, że nie znam tego miasta. Zawsze odładałam zwiedzanie na jutro, tymczasem okazuje się, że na jutro jest już za późno. Nie dam rady nadrobić turystycznych zaległości i przeprawiać się przez miasto z aparatem w ręku, bo nie pozwala mi na to proza życia. Nie mogę rzucić wszystkiego i latać po Genui, choć bardzo bym chciała, ponieważ mam zobowiązania i czekają na mnie kartony, do których powoli pakuję nasz skromny dobytek. Jednakowoż, gdy nadarza się okazja, cykam zdjęcia i uwieczniam tak dobrze mi znane miejsca. Moje uczucia do Genui są skomplikowane, czego nigdy nie ukrywałam, lecz obecnie, w przededniu naszej wyprowadzki, pamiętam jedynie te dobre rzeczy. Będę tęsknić umiarkowanie, gdyż najdroższych zabieram ze sobą. A udajemy się do Lombardii, gdzie zamierzamy zapuścić korzenie, przynajmniej taki mamy zamiar, chyba że los zadecyduje inaczej.
Obsługiwane przez usługę Blogger.