Koszmar z ulicy Prądowej, dziury włoskiej procedury i przeprowadzka widmo

by 06 maja

O tym, że Italia to kraj absurdów przekonałam się kilka razy na własnej skórze, ale ostatnia historia związana z nonsensami włoskiego życia wyprowadziła mnie z równowagi. Zaczął się maj, więc teoretycznie powinnam być już w nowym domu, lecz wszystko się przedłużyło z powodu niefrasobliwości firmy dostarczającej prąd, która to zrobiła nas w konia. I prawie spowodowała moje załamanie nerwowe, a poziom stresu u mnie i męża podskoczył do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie przypuszczałam, że aktywowanie prądu może być aż tak problematyczne i trzeba się prosić o to, by zostać klientem firmy energetycznej.

W ubiegłym tygodniu mój mąż wysłał do dostawcy dokumenty online i ze spokojem czekaliśmy na potwierdzenie usługi. Po dwóch dniach zadzwoniliśmy tam, aby dowiedzieć się, czy nasze zgłoszenie dotarło i kiedy możemy spodziewać się aktywacji. Odpowiedziano nam, że papiery przyszły, więc zajęliśmy się innymi sprawami. Minęło jednak pięć dni roboczych, czyli tych, w ciągu których prąd miał zostać włączony, a tu nadal nic. Mąż ponownie się z nimi skontaktował i tym razem dowiedział się, że żadnych dokumentów nie ma i nie było. Pracownik poradził mu, żeby wysłał na nowo podanie, co oczywiście przedłuży czas oczekiwania o kolejne pięć dni roboczych. Nieważne, że źle nas poinformowali i nie poczuli się w obowiązku do szybkiego rozwiązania tej przykrej sytuacji. Procedury są jakie są i nie da się ich przyśpieszyć, tego jeszcze by brakowało.

Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy, że poczekamy, gdy nadeszła następna niespodziewana informacja. Znowu skontaktował się z nami przedstawiciel firmy, której nazwy z litości nie wymienię i ze stoickim spokojem oznajmił mężowi, że do pięciu dni roboczych należy doliczyć jeszcze czternaście dni, ponieważ umowa obejmuje klauzulę o tym, iż klient ma dwa tygodnie na podjęcie decyzji, czy chce ten prąd czy nie. A skoro milczeliśmy, to spółka przyjęła za pewnik, że może się rozmyślimy. Fakt, że dzwoniliśmy tam kilkanaście razy i mówiliśmy, że im prędzej aktywują nam prąd, tym lepiej, nic im nie wyjaśnił. Dołożono nam dwa tygodnie i czas oczekiwania na prąd przedłużył się do miesiąca, co przyjęliśmy z rozpaczą.

Kiedy złość mi już przeszła, doszło do mnie, że przecież to nie jest jedyna firma, która dostarcza prąd i można coś z tym fantem zrobić. Podziękowałam za usługę i zerwałam wszelkie kontakty, bowiem miesiąca bez prądu sobie nie wyobrażam. Konkurencja przyjęła nas entuzjastycznie, w jej umowie nie ma żadnych kruczków i zobowiązali się aktywować nam prąd do pięciu dni roboczych i nie dodają nam następnych dwunastu na nie wiadomo co. Z Genuą na sto procent pożegnamy się jutro, do Pavii zawitamy wcześnie rano i trzy dni przebębnimy w hotelu, co samo w sobie jest niedorzeczne, ponieważ mamy gdzie mieszkać. Niestety, dom nie jest wyposażony w najważniejszą rzecz, a kraść prądu nie zamierzam, gdyż znając życie, wsadziliby mnie za kratki i w ogóle nie mogłabym się cieszyć z naszych nowych czterech kątów. Te kilka dni chcę spędzić zwiedzając i nie przejmując się niczym, a w międzyczasie będę rozważać, jak to jest, że mam zawsze pod górkę i nawet normalnie przeprowadzić się nie mogę. Gdyby chodziło tylko o mnie, nie miałabym problemu funckjonować bez prądu, lecz z małymi dziećmi to niewykonalne. A właśnie, gdy zdesperowana spytałam pracownika pechowej firmy jak mam teraz podgrzewać mleko córkom, niezrażony niczym gość odpowiedział mi (cytuję), że zawsze mogą wypić zimne. Operator firmy energetycznej odradza mi korzystanie z prądu i proponuje alternatywne metody, no tego się nie spodziewałam. A nie mówiłam, że Italia to kraj absurdów?


Zdjęcie- il Salvagente
Obsługiwane przez usługę Blogger.