Nowy początek na włoskiej prowincji

To było prawie miesiąc temu, kiedy zapakowaliśmy resztę naszego skromnego dobytku do auta i wczesnym rankiem opuściliśmy Genuę. Spojrzałam ostatni raz na zamknięte okna w opuszczonym przez nas mieszkaniu, na kota, którego nazywałam "mały tygrysek" i wreszcie na schody, ciesząc się w duchu, że nie będę musiała więcej po nich wchodzić. Spoglądałam na naszą dziwną kamienicę, przedszkole Gai, znajdujące się obok i zastanawiałam się, jak to będzie na lombardzkiej prowincji. Zostawiłam za sobą siedem pięknych, ale też trudnych lat i z entuzjazmem przyjmowałam zmiany, na które tak długo czekałam. Wsiadłam do auta, pomachałam ręką na pożegnanie i udałam się może nie w siną dal, za to do miejsca, gdzie prawdopodobnie będziemy mieszkać kilka ładnych lat, albo i dłużej.

Pierwsze dwa dni spędziliśmy nie w nowym domu, a w miasteczku o wdzięcznej nazwie Certosa di Pavia, gdzie znajduje się słynny klasztor, który miałam zamiar zwiedzić, ale mi się to nie udało, jako że wypad z dziećmi do takiego miejsca to nie jest dobry pomysł. W klasztorze panuje absolutna cisza i oczywiście się nie biega, tylko kroczy w skupieniu, a nie było szans na to, aby moja pięciolatka zachowywała się w nim poprawnie. Zrezygnowałam więc z odwiedzin i poszłam z dziećmi na plac zabaw, co okazało się o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. W Certosa di Pavia zatrzymaliśmy się na dwa krótkie dni, po czym wróciliśmy do domu z nadzieją, iż dostawca energii włączył nam prąd. Niestety, nie spełniły się nasze oczekiwania i musieliśmy się uzbroić w dużą cierpliwość, bo prądu jak nie było, tak nie było, a ja zaczęłam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. W Genui może i wkurzały mnie schody, ale o podstawowe wygody typu prąd, nie musiałam się martwić.

Koniec końców, wytrzymaliśmy bez prądu przez cały długi tydzień. Łatwo nie było, niemniej odnalazłam i pozytywne aspekty tego nieszczęścia- przez siedem dni nie gotowałam, ponieważ kuchenkę mamy nie na gaz, lecz na prąd właśnie, więc obijaliśmy się po pobliskich restauracjach. Znaleźliśmy bardzo miłe miejsce, blisko pracy mojego męża, gdzie fundują naprawdę smaczne i niedrogie jedzenie. Risotto, które tam jadłam, było tak pyszne, że do tej pory leci mi ślinka, gdy o nim pomyślę. Dawno żadna restauracja mnie tak nie urzekła i niewątpliwie do niej powrócę w niedalekiej przyszłości. Wracając jednak do sedna sprawy, czyli mieszkania bez prądu, to kiedy nareszcie go włączono, jako tako powróciliśmy do rzeczywistości. Pojawił się hydraulik i rozprawił się z kuchnią, wobec tego przestałam biegać z naczyniami do łazienki i odetchnęłam z ulgą. Poznaliśmy sąsiadów, Gaja poszła do nowego przedszkola, a ja zaczęłam powoli odkrywać miasteczko i upajać się tym, że wreszcie mogę wozić Sarę w wózku, a nie nosić na plecach.

Nasze nowe cztere kąty jeszcze nie są w pełni umeblowane, jako że mąż ma czas tylko w weekendy składać meble w pokoju dziewczynek. Większość lampek znajduje się w pudełkach, przedpokój jest pełen kartonów, z których wypakowałam już nasze rzeczy. Nie mamy również rolet do wszystkich okien i czuję się nieco podglądana, mimo że mało osób tu przechodzi. Regały na książki nadal nie są zamontowane i wielu rzeczy brakuje, ale to nic, bo wszystko przyjdzie z czasem. Mamy gdzie siedzieć i spać, choć trzeba przyznać, że nie sypiam zbyt dobrze. Dopóki pokój dzieci nie będzie gotowy, muszę spać z Sarą, która tak się kręci, że przez pół nocy przenoszę ją na jej stronę. Spanie z dziećmi jest może fajne, lecz pod warunkiem, że one się nie ruszają. Moja Sara wiercipięctwo wyssała wraz z mlekiem matki, więc pretensje mogę mieć sama do siebie. Ogólnie mieszka mi się tu wspaniale i mam wrażenie, że jestem na wakacjach, a najlepsze jest to, że mamy ogródek, zaś i Gaja z Sarą mogą się w nim wyszaleć do woli. Nie posiadam co prawda umiejętności ogrodniczych, ale człowiek uczy się całe życie, zatem jest nadzieja, że dam radę ujarzmić kosiarkę. Start tutaj był nieudany (to był raczej falstart) ze względu na problemy z prądem, natomiast dzisiaj czuję się tu jak ryba w wodzie, albo lepiej pączek w maśle, biorąc pod uwagę moje gabaryty. Nic więc dziwnego, że nie brakuje mi Genui.








Obsługiwane przez usługę Blogger.