Dylematy eks mieszczuchy i jej życiowe we Włoszech zawieruchy

by 29 sierpnia

To już ponad trzy miesiące, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego miejsca (kiedy to minęło, przecież wczoraj pakowałam nasze rzeczy do kartonów). Zbliża się wrzesień, za chwilę zacznie się szkoła i pierwsza klasa Gai, zaś ja wyraźnie odczuwam różnicę między życiem w wielkim mieście, a prowincjonalnym włoskim miasteczku. W Genui wszystko było na szybko, wiecznie się śpieszyłam, ciągle gdzieś biegałam i notorycznie się potykałam. Tutaj jest inaczej, bo więcej odpoczywam, dużo spaceruję, nie potrzebuję już nosidła, tylko wożę Sarę w wózku. Wreszcie kontempluję i ten aspekt macierzyństwa, jako że przedtem schody trochę mi przeszkodziły w całkowitym upojaniu się moim statusem matki. Jest więc dobrze, ale muszę przyznać, że pewnych rzeczy jednak mi brakuje. 

Zgiełk dużego miasta nigdy mi nie przeszkadzał i cisza panująca w moim miasteczku często mnie zadziwia. Jest dla mnie za spokojnie, co nie znaczy, że jest źle. Czuję się bardzo dobrze, niemniej gdy jestem w centrum, gdzie są tylko cztery sklepy na krzyż, to jakoś mi to nie odpowiada. Na mojej starej ulicy barów było co niemiara, tymczasem tu są raptem dwa na całą wieś i jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Widzę również, że coraz więcej sklepów się zamyka i wszędzie wiszą tabliczki "na wynajem", co napawa mnie smutkiem. Małe biznesy giną, została ich garstka, gdyż wyparły je centra handlowe, których w pobliżu jest sporo. Szkoda, ponieważ włoskie osiedlowe sklepiki zawsze mnie fascynowały, lubiłam w nim kupować, a klimat w nich panujący był niepowtarzalny. Nic ich nie zastąpi i bardzo mi żal, że przegrywają w starciu z gigantami.

W związku z tym wpadłam na pomysł, aby wynająć lokal w pobliżu i zrobić w nim bar. Klientów na pewno by nie zabrakło, bowiem dwa inne bary są po drugiej stronie miasta, zatem warto by było zainwestować. Niestety, już na starcie okazało się, że pomysł nie wypali, ponieważ wynajem jest dosyć drogie, a do tego trzeba dodać sprzęty i remont po poprzednim sklepie (przedtem był w nim mięsny). Bardzo tego żałuję, gdyż po siedmiu latach spędzonych w domu fajnie byłoby w końcu zacząć pracować i wyjść z roli kury domowej, która ostatnio wychodzi mi bokami. Mam poczucie niedowartościowania, nie jestem zadowolona ze swej drogi profesjonalnej (tymczasowo uśpionej) i nieco mnie to wkurza. Wszystkie poznane przeze mnie mamy pracują i spełniają się zawodowo, a ja przy nich się czuję jak ryba bez wody. Uwielbiam być mamą i spędzać czas w domu, ale chciałabym zrobić coś dla siebie i być kimś więcej, niż tylko (aż) zwykłą gospodynią. Nie umiem i to mnie dołuje.

Czym się zatem zajmuję? Ano ogarniam dom, urządzam go, kompletuję, wybieram dodatki, a kiedy mam czas, spaceruję. Poznaję miasteczko, chociaż właściwie to je już dokładnie poznałam, chodzę z dziećmi na plac zabaw i tak mijają mi dni na włoskiej ziemi. Cieszy mnie, że mam blisko do Mediolanu, bo tam mogę odetchnąć i zapomnieć o moich rozterkach. Pokochałam nowe miejsce i mieszka mi się w nim naprawdę dobrze, niemniej czasem potrzebuję oddechu wielkiego miasta. Po siedmiu latach w Genui zostało we mnie trochę z "mieszczuchy", więc z przyjemnością zaglądam do stolicy Lombardii. A potem wracam do domu, gdzie ciągle jest coś do zrobienia i patrzę z czułością na te nasze cztery kąty. Mój mąż, który lubuje się w dziwnych prezentach bez powodu, zaskoczył mnie niedawno, przynosząc mi naprawdę oryginalny podarunek. Pewnego dnia przyszedł do domu wniebowzięty, ponieważ znalazł w sklepie wspaniały model miotły ogrodowej i postanowił mi ją kupić, aby lepiej mi się zamiatało (mu oczywiście też). I faktycznie, miotła działa bez zarzutu, zamiatam nią błyskawicznie, a z daleka nie można mnie odróżnić od czarownicy. Może uda mi się rzucić jakieś zaklęcie i znajdę w końcu zajęcie...


Most Morandi, akt drugi

by 21 sierpnia

Minął tydzień od dramatycznych wydarzeń w Genui i nadal ciężko pogodzić się z tym, co się stało. Wiele kwestii wciąż pozostaje niewyjaśnionych, są pytania, na które długo nie otrzymamy odpowiedzi, ale jedno nie ulega wątpliwości- w 21 wieku mosty nie powinny tak po prostu spadać. Zginęły 43 osoby (w tym czworo dzieci), ponad 600 zostało wysiedlonych z terenów pomostowych i trzeba im znaleźć nowe miejsce zamieszkania, a miasto ciągle opłakuje ofiary tragedii. Nie ustają polemiki, ludzie są wściekli i złość postanowili skupić na prezesach autostrady, czyli tych, którzy pobierają niemałe opłaty za przejazd po włoskich drogach, a nie robią nic, by polepszyć ich stan. Najwięcej dostało się rodzinie Benetton, jednej z właścicieli autostrad, większości kojarzonej ze znaną marką odzieżową. Inkasowanie grubych pieniędzy, brak inwestycji i (ponoć) sponsorowanie partii politycznych to podstawowe zarzuty wobec firmy. Kolejnym jest zbyt długie milczenie po zawaleniu się mostu oraz świętowanie członków zarządu Ferragosto dzień po katastrofie. Krótko (i brzydko) mówiąc, Benetton ma przesrane.

Od momentu, gdy po dramacie w Genui na wierzch wypłynęło nazwisko Benetton, opinia publiczna nie ma dla marki litości. Ludzie zarzucają włodarzom firmy skąpstwo i uważają, że są oni odpowiedzialni za śmierć tylu osób. Nazywają ich nawet mordercami, co być może jest reakcją przesadzoną, ale w obecnej sytuacji jak najbardziej zrozumiałą. Oficjalna strona na Facebook'u roi się od komentarzy zniesmaczonych Włochów (administratorzy nie nadążają za ich kasowaniem), którzy wyładowują swój gniew i bezradność po tragedii. "Nigdy więcej nie kupimy waszych produktów" jest najdelikatniejszym wyrazem sprzeciwu wobec działań potężnej spółki. Oliwy do ognia dodał Luigi Di Maio, który zasugerował, że Benetton sponsorował kampanię wyborczą lewicy. Na tą wiadomość błyskawicznie zareagował były premier Matteo Renzi, zaprzeczając rewelacjom i nazywając Di Maio szakalem. Nie potrafił siedzieć cicho naczelny fotograf Benettonu- Oliviero Toscani i co było do przewidzenia, stanął on w obronie pracodawcy, po czym wylała się na niego fala krytyki. Memy oskarżające Benetton zaczęły ogarniać internet i tylko lewicowe media milczały, nie mając odwagi ujawnić nazwy firmy. W necie jednak nic nie ginie i jako tako nie ma cenzury, zatem wszyscy się dowiedzieli, o kogo w sprawie chodzi.

Przypadek Benetton udowadnia, że milczenie nie zawsze jest złotem i chyba to najbardziej ludzi ruszyło. Podczas gdy w Genui panowała żałoba, a cały kraj z przerażeniem patrzył na to, co się dzieje, akcjonariusze autostrady nie odwołali tradycyjnej kolacji z okazji Ferragosto i nie odnieśli się w żaden sposób do tragedii na moście. Pokajali się dopiero po kilku dniach, przeprosili za brak reakcji, lecz ich skrucha nikogo nie przekonała. Benetton strzelił sobie w stopę i będzie musiał zatrudnić niejednego speca od ocieplenia wizerunku, aby jakoś naprawić nadszarpniętą reputację. Największe zyski przynosi firmie nie marka odzieżowa, niemniej to pod jej szyldem jest najbardziej znana, więc jej właścicielom żadna afera nie jest na rękę. Mimo wszystko istnieje cień nadziei na to, że firma podniesie się z kryzysu, gdyż przy podobnych nakładach pieniężnych nie ma rzeczy niemożliwych. Niestety, ani grama nadziei nie mają rodziny ofiar tragedii, bo ich bliscy odeszli na zawsze. I choć prokuratura w Genui, która bada sprawę zawalenia się mostu, nie wskazała jeszcze winnych, to obojętność przedstawicieli firmy przemówiła do społeczeństwa bardziej niż suche fakty.


zdjęcie- Corriere Della Sera

Most, który nie przetrwał

by 16 sierpnia

Ubiegły wtorek zaczął się dla mnie przyjemnie, bo od wypadu do Mediolanu. Musiałam załatwić urzędową sprawę w Konsulacie i jakkolwiek nie lubię latać po biurach, to perspektywa zawitania po raz kolejny do stolicy Lombardii napełniała mnie radością. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć miasto opustoszałe, gdyż mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać na Ferragosto. Na szczęście Konsulat był otwarty, złożyłam więc potrzebne dokumenty, pospacerowałam po Milano i wróciłam z rodziną do domu. Zajęłam się sprzątaniem, a po chwili zadzwonił do mnie mąż, żeby spytać, czy słyszałam o tym, co dzieje się w Genui. Szybko włączyłam wiadomości i oniemiałam. Zawalił się most Morandi, przez który wielokrotnie przejeżdżałam. 

Nienawidziłam tego robić. Za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy na ten most, przechodziły mnie ciarki. Nie, absolutnie nie myślałam o tym, że spadnie, ani mi to do głowy nie przyszło, po prostu boję się przebywać na takich wysokościach. Wiedziałam od razu, słuchając relacji we włoskiej telewizji, że bez ofiar się niestety nie obędzie, ponieważ genueński most jest (był) częścią autostrady i ciągle panował na nim niesamowity ruch. Jakże inaczej patrzy się na tragedię, gdy dobrze zna się miejsce zdarzenia, jakże ciężko to wszystko ogarnąć. Mieszkałam w Genui siedem lat, zostawiłam tam mnóstwo wspomnień, staram się być na bieżąco, a to, co dzieje się w mieście, jest dla mnie ważne. Dramat, który wydarzył się na moście boli podwójnie, gdyż wiele na to wskazuje, że można było go uniknąć.

I nie dlatego, że znalazło się tysiące samozwańczych ekspertów, którzy od zawsze wiedzieli, że most kiedyś runie, bo tak działa psychologia. Media przypominają wypowiedź profesora Antonio Brenchicha, bardzo krytycznie odnoszącego się do konstrukcji Morandiego i określającego ją jako inżynieryjną porażkę. W 2016 roku Brenchich dobitnie stwierdził, iż most powinien być zastąpiony nowym, ponieważ został źle skonstruowany. Ale jak to we Włoszech, nikt nie wziął sobie do serca głosu profesora i Morandi zapadł się, stając się symbolem żałoby miasta. We wrześniu miały zacząć się na moście prace remontowe i gdyby to stało się wcześniej, dzisiaj Genua nie płakałaby po tragedii. I nie szukano by winnych, jak to zwykle bywa przy podobnych wypadkach. Czy ktoś odpowie za śmierć tylu osób?

Rodzina, która wybrała się na wakacje na Sardynię, już tam nie dojedzie. Nikt nie dotrze do celu, nie skończy projektów, nie przyjdzie do pracy, bo wszystkich zabrał wraz z sobą ten przerażający most. Do tej pory ofiar jest 39, ale to na pewno nie będzie ostateczny bilans. Minister Transportu Toninelli zaapelował do szefów firm kontrolujących stan włoskich autostrad, aby podali się do dymisji. Rząd zapowiedział, że odpowiedzialni zapłacą za tragedię, lecz najpierw trzeba ustalić, kto tak naprawdę jest winnym. Ferragosto upłynęło pod znakiem wydarzeń w Genui i nie było tak radosne, jak w  poprzednich latach. O moście Morandi mówiono, że jest stabilny i przetrwa nawet sto lat, z czym nikt, oprócz kilku przezornych znawców tematu, nie śmiał polemizować. Tymczasem minęło tych lat pięćdziesiąt i Morandi runął, a jego upadek zrodził pytania, na które na razie nie ma odpowiedzi. Renzo Piano, Genueńczyk i wybitny architekt powiedział po katastrofie, że "Genua jest wrażliwa, lecz nikt o nią nie dba". Oby jego słowa nie poszły w próżnię.



Zdjęcie nie przedstawia mostu Morandi. To jeden z wielu otaczających Genuę.

Afery, które wstrząsnęły włoskim internetem

by 09 sierpnia

Często słyszę, że Polacy uwielbiają narzekać, zazdroszczą innym pieniędzy oraz są niedoścignionymi mistrzami w hejtowaniu. Być może jest w tym coś z prawdy, nie zaprzeczam, niemniej nie wydaje mi się, by takie zachowanie było tylko polską domeną. Włoska sieć również jest pełna nienawiści i frustracji, a werbalna agresja wcale nie odbiega od naszej. Hejt nie ma określonej narodowości, zaś internet stał się śmietnikiem ludzkiego sumienia, do którego wrzucane są odpady nie nadające się do recyklingu. 

Codziennie przeglądam interesujące mnie strony, czytam komentarze użytkowników i bywa, że nie wierzę własnym oczom. Nie ma tolerancji i kulturalnej wymiany zdań, gdyż internauci wolą się obrzucać inwektywami. Powodów do tego mają tysiące, bo tak samo jak w naszym wirtualnym światku, tak i we włoskim co rusz wychodzą na jaw różne afery, które zapalają internetowe łącza i prowokują ludzi do brutalnych reakcji słownych. Co takiego ma w sobie internet, że wyzwala z nas najgorsze instynkty? Nie potrafię tego pojąć.

Ostatnimi czasy rozpętała się w Italii burza, której bohaterem został znany lekarz Roberto Burioni. Prowadzi on stronę na fejsie, gdzie obala mity dotyczące szczepień i wyjaśnia, czym grozi nie szczepienie dzieci. Burioni jest przyzwyczajony do hejtu, zmaga się z nim codziennie i chyba niewiele sobie z niego robi, aczkolwiek ostatnia akcja zmusiła go do radykalnych kroków. Jedna z matek, której pan doktor stoi ością w gardle, napisała komentarz, że wie, na jaką plażę on chodzi i ma nadzieję, że się utopi. Odmienne poglądy nie uprawniają do tego, aby komuś grozić, więc doktor Burioni podał kobietę do sądu, a internauci stanęli za nim murem (oczywiście poza nienawidzącymi go antyszczepionkowcami).

Z podobną reakcją spotkał się siatkarz Ivan Zaytsev, który opublikował w internecie zdjęcie swojej córki po jej zaszczepieniu. Sportowiec nie przypuszczał, że jego wpis zostanie potraktowany tak ostro, a on sam stanie się dla części internautów wrogiem publicznym i synonimem nieodpowiedzialnego rodzica propagującego zło. Zaytsev zaczął dostawać śmiertelne pogróżki, wyzywano go od Cyganów (urodził się we Włoszech, ale jego rodzice są Rosjaninami) i krzyczano żeby wracał do siebie, bo sieje zamęt, za który na pewno zapłacił mu koncern produkujący szczepionki. Siatkarz miał pełne prawo zaszczepić dziecko i poinformować o tym cały świat. Hejt w jego stronę zapisał się wstydliwą kartą w historii włoskiego internetu.

Niedawno włoskim internautkom bardzo podpadła słynna blogerka Chiara Ferragni, ponieważ zareklamowała na Instagramie modyfikowane mleko, a matki wpadły w furię. Syn Ferragni ma dopiero cztery miesiące, więc powinien być karmiony piersią, zaś reklamę mleka w proszku uznano za nieetyczną. Na profilu blogerki pojawiło się tysiące negatywnych komentarzy i Ferragni zmuszona była usunąć post. Blogerka odrobiła gorzką lekcję, chociaż to dla niej nie pierwszyzna. Od momentu urodzenia syna Leone zmaga się bowiem z krytyką użytkowników sieci, którzy nie mogą wybaczyć jej tego, iż nie szanuje prywatności dziecka i nie chroni jego wizerunku. Takie same zarzuty musiał odpierać inny znany influencer- Mariano Di Vaio. Model założył nowo narodzonemu synowi odrębne konto na Instagramie, czym wywołał skandal na prawdziwie włoską skalę. Hejterzy nie szczędzili mu przykrych słów, ale Di Vaio ani nie myślał usuwać profilu małego Nathana Leone. W końcu to jego dziecko i jego decyzja.

Z hejtem walczą na co dzień włoscy celebryci, jako że internauci nie lubią popisywania się wystawnym życiem. Przekonała się o tym żona popularnego prezentera telewizyjnego Paolo Bonolisa- Sonia Bruganelli, która pochwaliła się w sieci lotem prywatnym jetem. Po tym zdarzeniu została wyzwana od snobek, a hejterzy nie zostawili na niej suchej nitki. Jak można popisywać się bogactwem, kiedy 5 milionów Włochów nie ma co włożyć do garnka? Owszem, można i Sonia nie tylko nie wzięła sobie do serca rad hejterów, ale i nie zaprzestała publikować zdjęć ukazujących jej luksusowe, uprzywilejowane życie. Hejterzy nie omijają także innych włoskich sław, obnoszących się w sieci drogimi rzeczami. Ostentacja bogactwem nie podoba się Włochom, zatem dają temu wyraz publikując chamskie komentarze. A wystarczyłoby przestać śledzić tych ludzi i mieliby problem z głowy.

Niełatwo mają dzieci gwiazd, jak córka Erosa Ramazzottiego i Michelle Hunziker- Aurora, której zarzucono, że dostała pracę w telewizji po znajomości. Aurora została specjalną wysłanniczką programu "Vuoi scomettere?" ("Chcesz się założyć?), gdzie gospodynią była jej mama, więc internet nie mógł wybaczyć tak oczywistego przykładu nepotyzmu. To nie pierwszy raz, gdy Aurora padła ofiarą hejterów, gdyż już jako nastolatka została przez nich obrzucona błotem z powodu braku urody. Trolle bezlitośnie kpili z nastoletniej dziewczyny i drwili, że nigdy nie będzie tak piękna jak matka, jakby to była Aurory wina. Jest podobna do ojca, a nie do ślicznej Hunziker, lecz to nie powód, aby wieszać na niej psy i publicznie wyśmiewać. Aurora nie jest brzydka, ale ma tego pecha, że jej matka jest pięknością i wyglądają razem jak siostry. Cóż, o genach się nie decyduje, zresztą ważne jest to, że panienka Ramazzotti akceptuje siebie i nie majstruje przy twarzy, aby upodobnić się do mamy. A że korzysta z wpływów znanych rodziców, to nic takiego. Kto na jej miejscu by tego nie zrobił?

I włoski świat nie jest wolny od hejtu, co potwierdzają przedstawione przeze mnie afery. Internetowa nienawiść to smutne zjawisko, z którym należy kategorycznie walczyć. Zdaje się, że w Italii coś się w tej kwestii ruszyło i hejterzy może w końcu zrozumieją, że nie są ani bezkarni, ani anonimowi w sieci. Wirtualny papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, ale na szczęście prawo stoi po stronie ofiar. Dlatego lepiej zastanowić się dwa razy, zanim się zechce kogoś obrazić. Bo słowa mają wielką moc i mogą pomóc człowiekowi, lecz mogą także zniszczyć mu życie, nawet jeśli pochodzą od bezimiennego trolla ukrywającego się w tym nieskończonym wirtualnym piekle, zwanym internetem.



zdjęcie- Imperiapost
Obsługiwane przez usługę Blogger.