Dylematy eks mieszczuchy i jej życiowe we Włoszech zawieruchy


To już ponad trzy miesiące, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego miejsca (kiedy to minęło, przecież wczoraj pakowałam nasze rzeczy do kartonów). Zbliża się wrzesień, za chwilę zacznie się szkoła i pierwsza klasa Gai, zaś ja wyraźnie odczuwam różnicę między życiem w wielkim mieście, a prowincjonalnym włoskim miasteczku. W Genui wszystko było na szybko, wiecznie się śpieszyłam, ciągle gdzieś biegałam i notorycznie się potykałam. Tutaj jest inaczej, bo więcej odpoczywam, dużo spaceruję, nie potrzebuję już nosidła, tylko wożę Sarę w wózku. Wreszcie kontempluję i ten aspekt macierzyństwa, jako że przedtem schody trochę mi przeszkodziły w całkowitym upojaniu się moim statusem matki. Jest więc dobrze, ale muszę przyznać, że pewnych rzeczy jednak mi brakuje. 

Zgiełk dużego miasta nigdy mi nie przeszkadzał i cisza panująca w moim miasteczku często mnie zadziwia. Jest dla mnie za spokojnie, co nie znaczy, że jest źle. Czuję się bardzo dobrze, niemniej gdy jestem w centrum, gdzie są tylko cztery sklepy na krzyż, to jakoś mi to nie odpowiada. Na mojej starej ulicy barów było co niemiara, tymczasem tu są raptem dwa na całą wieś i jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Widzę również, że coraz więcej sklepów się zamyka i wszędzie wiszą tabliczki "na wynajem", co napawa mnie smutkiem. Małe biznesy giną, została ich garstka, gdyż wyparły je centra handlowe, których w pobliżu jest sporo. Szkoda, ponieważ włoskie osiedlowe sklepiki zawsze mnie fascynowały, lubiłam w nim kupować, a klimat w nich panujący był niepowtarzalny. Nic ich nie zastąpi i bardzo mi żal, że przegrywają w starciu z gigantami.

W związku z tym wpadłam na pomysł, aby wynająć lokal w pobliżu i zrobić w nim bar. Klientów na pewno by nie zabrakło, bowiem dwa inne bary są po drugiej stronie miasta, zatem warto by było zainwestować. Niestety, już na starcie okazało się, że pomysł nie wypali, ponieważ wynajem jest dosyć drogie, a do tego trzeba dodać sprzęty i remont po poprzednim sklepie (przedtem był w nim mięsny). Bardzo tego żałuję, gdyż po siedmiu latach spędzonych w domu fajnie byłoby w końcu zacząć pracować i wyjść z roli kury domowej, która ostatnio wychodzi mi bokami. Mam poczucie niedowartościowania, nie jestem zadowolona ze swej drogi profesjonalnej (tymczasowo uśpionej) i nieco mnie to wkurza. Wszystkie poznane przeze mnie mamy pracują i spełniają się zawodowo, a ja przy nich się czuję jak ryba bez wody. Uwielbiam być mamą i spędzać czas w domu, ale chciałabym zrobić coś dla siebie i być kimś więcej, niż tylko (aż) zwykłą gospodynią. Nie umiem i to mnie dołuje.

Czym się zatem zajmuję? Ano ogarniam dom, urządzam go, kompletuję, wybieram dodatki, a kiedy mam czas, spaceruję. Poznaję miasteczko, chociaż właściwie to je już dokładnie poznałam, chodzę z dziećmi na plac zabaw i tak mijają mi dni na włoskiej ziemi. Cieszy mnie, że mam blisko do Mediolanu, bo tam mogę odetchnąć i zapomnieć o moich rozterkach. Pokochałam nowe miejsce i mieszka mi się w nim naprawdę dobrze, niemniej czasem potrzebuję oddechu wielkiego miasta. Po siedmiu latach w Genui zostało we mnie trochę z "mieszczuchy", więc z przyjemnością zaglądam do stolicy Lombardii. A potem wracam do domu, gdzie ciągle jest coś do zrobienia i patrzę z czułością na te nasze cztery kąty. Mój mąż, który lubuje się w dziwnych prezentach bez powodu, zaskoczył mnie niedawno, przynosząc mi naprawdę oryginalny podarunek. Pewnego dnia przyszedł do domu wniebowzięty, ponieważ znalazł w sklepie wspaniały model miotły ogrodowej i postanowił mi ją kupić, aby lepiej mi się zamiatało (mu oczywiście też). I faktycznie, miotła działa bez zarzutu, zamiatam nią błyskawicznie, a z daleka nie można mnie odróżnić od czarownicy. Może uda mi się rzucić jakieś zaklęcie i znajdę w końcu zajęcie...


Obsługiwane przez usługę Blogger.