Most, który nie przetrwał


Ubiegły wtorek zaczął się dla mnie przyjemnie, bo od wypadu do Mediolanu. Musiałam załatwić urzędową sprawę w Konsulacie i jakkolwiek nie lubię latać po biurach, to perspektywa zawitania po raz kolejny do stolicy Lombardii napełniała mnie radością. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć miasto opustoszałe, gdyż mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać na Ferragosto. Na szczęście Konsulat był otwarty, złożyłam więc potrzebne dokumenty, pospacerowałam po Milano i wróciłam z rodziną do domu. Zajęłam się sprzątaniem, a po chwili zadzwonił do mnie mąż, żeby spytać, czy słyszałam o tym, co dzieje się w Genui. Szybko włączyłam wiadomości i oniemiałam. Zawalił się most Morandi, przez który wielokrotnie przejeżdżałam. 

Nienawidziłam tego robić. Za każdym razem, gdy wjeżdżaliśmy na ten most, przechodziły mnie ciarki. Nie, absolutnie nie myślałam o tym, że spadnie, ani mi to do głowy nie przyszło, po prostu boję się przebywać na takich wysokościach. Wiedziałam od razu, słuchając relacji we włoskiej telewizji, że bez ofiar się niestety nie obędzie, ponieważ genueński most jest (był) częścią autostrady i ciągle panował na nim niesamowity ruch. Jakże inaczej patrzy się na tragedię, gdy dobrze zna się miejsce zdarzenia, jakże ciężko to wszystko ogarnąć. Mieszkałam w Genui siedem lat, zostawiłam tam mnóstwo wspomnień, staram się być na bieżąco, a to, co dzieje się w mieście, jest dla mnie ważne. Dramat, który wydarzył się na moście boli podwójnie, gdyż wiele na to wskazuje, że można było go uniknąć.

I nie dlatego, że znalazło się tysiące samozwańczych ekspertów, którzy od zawsze wiedzieli, że most kiedyś runie, bo tak działa psychologia. Media przypominają wypowiedź profesora Antonio Brenchicha, bardzo krytycznie odnoszącego się do konstrukcji Morandiego i określającego ją jako inżynieryjną porażkę. W 2016 roku Brenchich dobitnie stwierdził, iż most powinien być zastąpiony nowym, ponieważ został źle skonstruowany. Ale jak to we Włoszech, nikt nie wziął sobie do serca głosu profesora i Morandi zapadł się, stając się symbolem żałoby miasta. We wrześniu miały zacząć się na moście prace remontowe i gdyby to stało się wcześniej, dzisiaj Genua nie płakałaby po tragedii. I nie szukano by winnych, jak to zwykle bywa przy podobnych wypadkach. Czy ktoś odpowie za śmierć tylu osób?

Rodzina, która wybrała się na wakacje na Sardynię, już tam nie dojedzie. Nikt nie dotrze do celu, nie skończy projektów, nie przyjdzie do pracy, bo wszystkich zabrał wraz z sobą ten przerażający most. Do tej pory ofiar jest 39, ale to na pewno nie będzie ostateczny bilans. Minister Transportu Toninelli zaapelował do szefów firm kontrolujących stan włoskich autostrad, aby podali się do dymisji. Rząd zapowiedział, że odpowiedzialni zapłacą za tragedię, lecz najpierw trzeba ustalić, kto tak naprawdę jest winnym. Ferragosto upłynęło pod znakiem wydarzeń w Genui i nie było tak radosne, jak w  poprzednich latach. O moście Morandi mówiono, że jest stabilny i przetrwa nawet sto lat, z czym nikt, oprócz kilku przezornych znawców tematu, nie śmiał polemizować. Tymczasem minęło tych lat pięćdziesiąt i Morandi runął, a jego upadek zrodził pytania, na które na razie nie ma odpowiedzi. Renzo Piano, Genueńczyk i wybitny architekt powiedział po katastrofie, że "Genua jest wrażliwa, lecz nikt o nią nie dba". Oby jego słowa nie poszły w próżnię.



Zdjęcie nie przedstawia mostu Morandi. To jeden z wielu otaczających Genuę.

Obsługiwane przez usługę Blogger.