O Italii, która (ponoć) rasizmem stoi

by 21 września


Kilka dni temu po odprowadzeniu Gai do szkoły wstąpiłam do pobliskiego baru na poranne cappuccino, które wypiłam w towarzystwie innej mamy, mojej sąsiadki, z pochodzenia Rosjanki. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy o różnych sprawach, gdy nieoczekiwanie przysiadł się do nas jeden z klientów baru, energiczny starszy pan o miłej powierzchowności.

-Przepraszam, że tak zagaduję- powiedział- ale nasze miasteczko jest małe, ja jestem stary i znam tu wszystkich, a panie, zdaje się, są nowe, albo rzadko bywają w barach. W każdym razie nie jesteście Włoszkami, to widać na pierwszy rzut oka.

Odpowiedziałyśmy, że nie, a sympatyczny pan na wiadomość, że pochodzimy ze środkowo - wschodniej części Europy rozjaśnił się i spytał, jak nam się mieszka w Italii.

-Na pewno wyrwałyście się z biedy, jak większość ciężko pracujących tutaj cudzoziemiek- powiedział ze współczuciem, na co zaprotestowałyśmy i odpowiedziałyśmy, że przyczyny naszego zamieszkania we Włoszech były trochę inne.

-Bardzo mi przykro- staruszek wyraźnie się zawstydził- nie chciałem pań urazić, mam nadzieję, że się nie pogniewałyście i nie wzięłyście mnie za ignoranta, albo- nie daj Boże- rasistę.

-Ależ skąd- zaprotestowałyśmy- dlaczego mamy pana uważać za rasistę? Zadał pan pytanie i nie było w nim niczego o podłożu rasistowskim, proszę się nie przejmować.

-Bo widzą panie- wyjaśnił nam starszy Włoch- ostatnio wszędzie się czyta o tym, że do Włoch powrócił rasizm i coraz więcej moich rodaków pozwala sobie na słowa nienawiści. Nie chcę być tak odbierany i dlatego się wytłumaczyłem.

-A czy uważa pan, że to prawda?- spytałam go- czy Włosi naprawdę stali się rasistami?

-Nie- oznajmił zdecydowanym tonem- problem jest przesadzony, a epizody, które się zdarzają, nie są głosem całego narodu.

Zamyśliłam się nad opinią pana z baru i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z tym rasizmem w Italii. Ostatnio faktycznie ciągle trąbi się o tym, że do Włoch powrócił rasizm i przyjezdni nie są już tutaj mile widziani. Czy aby na pewno tak jest? Po głębokich rozważaniach doszłam do wniosku, że nie i przyznaję rację naszemu rozmówcy. Incydenty o zabarwieniu nacjonalistycznym występują, i owszem, lecz tak nie dzieje się od dzisiaj. Za kadencji poprzedniego (lewicowego) rządu również zdarzały się ataki na tle rasistowskim, lecz nikt ich nie wyolbrzymiał, a Włochy nie miały przeciw sobie europejskich (i światowych) struktur. Krótko mówiąc, opinie o rasistowskim klimacie w Italii są mocno przesadzone.

Jakiś czas temu głośno było o przypadku włoskiej lekkoatletki pochodzenia nigeryjskiego, Daisy Osakue, która została obrzucona jajkami tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy w Berlinie. Wszystkie media poświęciły temu wypadkowi wiele uwagi, wszędzie czytało się lamenty o tym, jaki to wstyd, że Włosi nie akceptują sportsmenki (reprezentującej Italię) o ciemnym kolorze skóry. Napaść na zawodniczkę potępiły najważniejsze dzienniki, na pierwszych stronach gazet widzieliśmy twarz poszkodowanej i długie artykuły, że był to atak o podłożu rasistowskim, zaś winę za to ponosi nowy prawicowy rząd, a szczególnie nawołujący do nienawiści minister Salvini. Guzik prawda.

Sprawa z rasizmem się rypła, gdy wydało się, o co poszło. Oprócz Daisy Osakue ofiarami zostało jeszcze trzech Włochów, lecz nikt im nie poświęcił ani linijki w necie, natomiast agresorami okazała się trójka małolatów, którzy obrzucali ludzi jajami dla... jaj. Kiedy na światło dzienne wyszło, że ojcem jednego z nastolatków jest działacz Partii Demokratycznej, nie było już mowy o żadnym rasiźmie, lecz o bezdennej głupocie smarkaczów. Daisy Osakue została poszkodowana przez przypadek, a nie dlatego, że jest czarnoskóra. Media jednak tego nie sprostowały i niesmak poszedł w świat, bo o wypadku lekkoatletki było głośno w całej Europie. Rasizm w Italii przybrał kształt jaj, a tak naprawdę była to durna zabawa bezmyślnych nastolatków. Zrobiono z tego wydarzenie na skalę narodową i ukazano Italię jako naród nie akceptujący czarnoskórych sportowców we włoskich barwach, co jest wierutną bzdurą. Popatrzcie na Balotelliego- jeśli jest w formie, to Włosi daliby się za niego pokroić.

Według niektórych do Włoch powrócił rasizm wraz z prawicowym rządem, gdyż walczy on z nielegalną imigracją, a tym samym pokazuje, że obcokrajowcy nie mają tutaj wstępu. To również jest bardzo uproszczone, jako że zdecydowany sprzeciw włoskiego rządu wobec zjawiska niekontrolowanej imigracji nie może być odbierany jako pochwała rasizmu. Do Stanów Zjednoczonych, do Australii czy do wielu innych krajów nie mają prawa wejść osoby bez dokumentów i każdy się na to zgadza, a gdy Włosi chcą z tym zrobić porządek, wytyka im się brak tolerancji. Dla mnie jest to nie tyle przegięcie, co egoizm ze strony instytucji takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, która tak się zmarwtiła eskalacją rasizmu we Italii, że aż wysłała tu inspektorów na kontrolę. I to jest niefajne, że taki kraj jak Włochy, gdzie splatają się różne kultury i ludzie od wieków żyją ze sobą w zgodzie, jest oskarżany o szerzenie rasizmu i nienawiść wobec imigrantów.

W Italii, tak jak w Polsce lub Anglii, przypadki rasizmu występują, niemniej pokazywanie Włoch jako państwa zamkniętego, zaściankowego i nietolerancyjnego jest ogromną niesprawiedliwością. Od momentu przejęcia władzy przez prawicę nie wydarzyło się nic takiego, by obcokrajowcy mieszkający tutaj zaczęli się bać i stąd uciekać. Epizody rasistowskie się zdarzają, to nieuniknione, ale ich skala nie wzrosła do niepokojących rozmiarów. Mam wrażenie, że ktoś na siłę chce przypiąć Włochom brzydką łatkę i zrobić z nich nacjonalistów. Nastroje społeczne nie są najgorsze i naród wcale nie odwrócił się od przyjezdnych. Nie rozumiem więc, jak można ogłaszać Włochów rasistami, zwłaszcza że ich podejście nie odbiega od innych eurepejskich krajów i nie jest ewenementem na skalę światową. Odkąd tu mieszkam, nie spotkałam się z żadnymi rasistowskimi zachowaniami i nikt nie dał mi do zrozumienia, że mnie tu nie chce. Powtarzam zatem po raz kolejny i będę powtarzać do upadłego- Włochy nie są bastionem rasizmu i nie trzeba "oenzetowskich" inspektorów, by to udowodnić. Wystarczy pójść do baru.


zdjęcie-SputnikItalia

Do (włoskiej) szkoły marsz

by 05 września

Jeszcze tylko kilka dni i Gaja zostanie uczennicą pierwszej klasy. Ma niecałe sześć lat, ale we Włoszech dzieci posyła się do szkoły właśnie w tym wieku, więc nie jestem z tego powodu zestresowana. Uważam co prawda, że 7 lat to próg rozsądniejszy, lecz nie mam wyjścia, jak nie pogodzić się z obowiązującymi w Italii zasadami. Gaja jest podekscytowana i nie przejmuje się niczym, postanowiłam zatem pójść za jej przykładem, chociaż odrobinę się denerwuję. Powodem jednak nie jest status uczniowski mojej córeczki, a sama szkoła, która mimo że za pasem, to milczy i na razie wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Całe Włochy.

Nie kupiliśmy jeszcze prawie nic, ponieważ nie dostaliśmy listy rzeczy dla pierwszoklasisty, więc czekamy na jakiś znak ze strony szkoły. Mogłabym zakupić "na oko", ale wychodzę z założenia, że nie ma to sensu, bo na pewno przepłacę i włożę do koszyka jakieś pierdoły, które okażą się niepotrzebne. Planowaliśmy w weekend odbyć wycieczkę do Lago di Garda, lecz zapewne będziemy musieli ją przesunąć i udać się do marketu w poszukiwaniu wyprawki szkolnej. Szykuje się podbój kas i naszego konta, a wizja ta nie napawa mnie optymizmem. Cóż poradzić, gdy w Italii wszystko odbywa się na ostatni moment, dla Włochów zresztą całkiem usprawiedliwiony? Nadal są wakacje i czy to mi się podoba, czy nie, na reakcję ze strony placówki trzeba będzie poczekać jeszcze ładnych parę dni.

Na szczęście mamy już mundurek. Dzieci we Włoszech chodzą tak ubrane do szkoły (choć głowy nie daję, czy to dotyczy każdego wieku) i muszę przyznać, że to mi odpowiada. Gaja dostała mundurek koloru czarnego z różowymi dodatkami i jest nim zachwycona. Do przedszkola nie nosiła, gdyż nie był obowiązkowy i nie zawracałam sobie tym głowy. Kupiliśmy go na początku lipca, bowiem mąż, który włoskie realia zna lepiej ode mnie, stwierdził, iż w sierpniu w sklepach go nie dostaniemy. Faktycznie miał rację, jako że mundurki wyparowały i zostały po nich wspomnienia w postaci pustych wieszaków, które sukcesywnie są usuwane z marketowych półek. Cieszę się, że czasem mi się zdarzy posłuchać męża.

Szkoła tuż tuż, a nic jeszcze nie wiemy o klasie Gai. Podobno mają być dwie pierwsze, lecz liczba uczniów to na razie pilnie strzeżona przez szkołę tajemnica. Okoliczne matki (wraz ze mną) powoli wychodzą z siebie, gdyż życie w tak niebłogiej nieświadomości skutecznie podnosi im ciśnienie. Podręczniki zostały zamówione, ale nadal widu i słychu po nich, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że pójście Gai do pierwszej klasy jest dla nas nieco abstrakcyjne. Byłam przekonana, że nauczyciele zwołają jakieś zebranie i powiedzą, na co mamy się przygotować, a tu cisza jak włoskim makiem zasiał. Tyle dobrze, że podali, o której godzinie w poniedziałek zaczyna się szkoła, bo zapobiegawczo chciałam pojawić się w niej około szóstej rano, o ile nie szybciej.

Jesteśmy w kropce, ale humory nam dopisują. Gaja poszła do przedszkola, gdy miała trochę ponad dwa lata i chyba z tego powodu nie odczuwam wielkiego niepokoju. Jest przygotowana zarówno pod względem psychicznym jak intelektualnym, więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. O zajęciach dodatkowych póki co nie myślimy, zaś sama zainteresowana marzy o grze w piłkę nożną, co dowodzi, że włoska krew zdecydowanie w niej przewodzi. Mąż nie ma nic przeciwko temu, lecz miejska szkółka piłkarska nie uwzględnia w swych planach treningowych dziewczynek, czego Gaja nie potrafi zrozumieć. Nic to, znajdziemy dla niej inne hobby, teraz zaś najważniejsza jest szkoła, która być może ujawni nam wreszcie swoje sekrety. Zapowiadają się naprawdę ciekawe i pełne napięcia miesiące.



zdjęcie- lastampa.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.