Do (włoskiej) szkoły marsz


Jeszcze tylko kilka dni i Gaja zostanie uczennicą pierwszej klasy. Ma niecałe sześć lat, ale we Włoszech dzieci posyła się do szkoły właśnie w tym wieku, więc nie jestem z tego powodu zestresowana. Uważam co prawda, że 7 lat to próg rozsądniejszy, lecz nie mam wyjścia, jak nie pogodzić się z obowiązującymi w Italii zasadami. Gaja jest podekscytowana i nie przejmuje się niczym, postanowiłam zatem pójść za jej przykładem, chociaż odrobinę się denerwuję. Powodem jednak nie jest status uczniowski mojej córeczki, a sama szkoła, która mimo że za pasem, to milczy i na razie wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Całe Włochy.

Nie kupiliśmy jeszcze prawie nic, ponieważ nie dostaliśmy listy rzeczy dla pierwszoklasisty, więc czekamy na jakiś znak ze strony szkoły. Mogłabym zakupić "na oko", ale wychodzę z założenia, że nie ma to sensu, bo na pewno przepłacę i włożę do koszyka jakieś pierdoły, które okażą się niepotrzebne. Planowaliśmy w weekend odbyć wycieczkę do Lago di Garda, lecz zapewne będziemy musieli ją przesunąć i udać się do marketu w poszukiwaniu wyprawki szkolnej. Szykuje się podbój kas i naszego konta, a wizja ta nie napawa mnie optymizmem. Cóż poradzić, gdy w Italii wszystko odbywa się na ostatni moment, dla Włochów zresztą całkiem usprawiedliwiony? Nadal są wakacje i czy to mi się podoba, czy nie, na reakcję ze strony placówki trzeba będzie poczekać jeszcze ładnych parę dni.

Na szczęście mamy już mundurek. Dzieci we Włoszech chodzą tak ubrane do szkoły (choć głowy nie daję, czy to dotyczy każdego wieku) i muszę przyznać, że to mi odpowiada. Gaja dostała mundurek koloru czarnego z różowymi dodatkami i jest nim zachwycona. Do przedszkola nie nosiła, gdyż nie był obowiązkowy i nie zawracałam sobie tym głowy. Kupiliśmy go na początku lipca, bowiem mąż, który włoskie realia zna lepiej ode mnie, stwierdził, iż w sierpniu w sklepach go nie dostaniemy. Faktycznie miał rację, jako że mundurki wyparowały i zostały po nich wspomnienia w postaci pustych wieszaków, które sukcesywnie są usuwane z marketowych półek. Cieszę się, że czasem mi się zdarzy posłuchać męża.

Szkoła tuż tuż, a nic jeszcze nie wiemy o klasie Gai. Podobno mają być dwie pierwsze, lecz liczba uczniów to na razie pilnie strzeżona przez szkołę tajemnica. Okoliczne matki (wraz ze mną) powoli wychodzą z siebie, gdyż życie w tak niebłogiej nieświadomości skutecznie podnosi im ciśnienie. Podręczniki zostały zamówione, ale nadal widu i słychu po nich, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że pójście Gai do pierwszej klasy jest dla nas nieco abstrakcyjne. Byłam przekonana, że nauczyciele zwołają jakieś zebranie i powiedzą, na co mamy się przygotować, a tu cisza jak włoskim makiem zasiał. Tyle dobrze, że podali, o której godzinie w poniedziałek zaczyna się szkoła, bo zapobiegawczo chciałam pojawić się w niej około szóstej rano, o ile nie szybciej.

Jesteśmy w kropce, ale humory nam dopisują. Gaja poszła do przedszkola, gdy miała trochę ponad dwa lata i chyba z tego powodu nie odczuwam wielkiego niepokoju. Jest przygotowana zarówno pod względem psychicznym jak intelektualnym, więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. O zajęciach dodatkowych póki co nie myślimy, zaś sama zainteresowana marzy o grze w piłkę nożną, co dowodzi, że włoska krew zdecydowanie w niej przewodzi. Mąż nie ma nic przeciwko temu, lecz miejska szkółka piłkarska nie uwzględnia w swych planach treningowych dziewczynek, czego Gaja nie potrafi zrozumieć. Nic to, znajdziemy dla niej inne hobby, teraz zaś najważniejsza jest szkoła, która być może ujawni nam wreszcie swoje sekrety. Zapowiadają się naprawdę ciekawe i pełne napięcia miesiące.



zdjęcie- lastampa.it
Obsługiwane przez usługę Blogger.