(Nie)włoskie rozważania na czterdzieste urodziny

by 17 października

Przekroczyłam czterdziestkę i moje życie nie legło w gruzach. Oczywiście liczba ta zrobiła na mnie wrażenie, nie powiem, niemniej zdałam sobie sprawę z tego, że nic po urodzinach się nie zmieniło. Ani nie przybyło mi zmarszczek, ani nie poczułam się stara i dalej nikt mi nie daje tylu lat, więc czym tu się martwić? Może tylko tym, że my, kobiety, kiedy latka lecą, nie mamy taryfy ulgowej, tak jak to jest w przypadku mężczyzn. Ile razy słyszeliście (albo same mówiliśce) o tym, że facetom wiek dodaje uroku, a dla kobiet jest mniej łaskawy? Ja tysiące, zresztą ostatnio powtarzałam to jak mantra mężowi, który (choć tak nie uważa) przyznał mi rację, gdyż większość jego kolegów z pracy ma podobne zdanie. Mężczyzna po czterdziestce jest nadal bardzo interesujący, zaś kobieta, no cóż, jest już trochę zużyta. Taki dylemat dopadł i mnie jeszcze na długo przed urodzinami, zatem nie chciałam nawet myśleć o tym, co będzie w październiku. Tymczasem październik nadszedł, minęło 40 lat, odkąd pojawiłam się na świecie... i nic! Jestem, cieszę się tym, co mam i nic nie legło w gruzach z powodu tej okropnej czterdziestki. 

Mieszkam we Włoszech, gdzie dobitnie widać, iż piękno nie liczy się w latach. Wiek nas nie ogranicza i nie musimy z niczego rezygnować czy wstydzić się tego, że nie jesteśmy młodzikami. Jedna z rzeczy, która najbardziej podoba mi się w Italii to ta, że nie muszę się przejmować tym, co ludzie powiedzą, a w kraju słyszałam to na każdym kroku. "Ona jest jeszcze starą panną, o matko, co ludzie powiedzą! Gorzej, nie ma narzeczonego, co ludzie powiedzą! A może wiecie, jest ten teges, co ludzie powiedzą! A widzicie jak się ubrała dzisiaj, tak nie wypada, co ludzie powiedzą!" Nie znosiłam tego i gdy w końcu przestałam być w ten sposób oceniania, odetchnęłam z ulgą i bez tej niepoważnej cenzury pod tytułem "Co powiedzą ludzie" jest mi naprawdę dobrze. We Włoszech nikogo nie obchodzi, jak się ubieram, czy się maluję, czy nie i jaki jest mój stan cywilny. Nie mówię, że ludzie tutaj są idealni, gdyż plotkarze wszędzie się znajdą, ale wchodzą z buciorami w czyjeś życie mniej, a stwierdzenia, że "tak nie wypada" nie słyszałam od żadnego Włocha. Im zawsze wypada, albowiem życie jest tylko jedno i trzeba z niego korzystać pełnymi garściami. Przejmować się zaś konwenansami nie leży w ich naturze. 

Kiedy przebywałam w Polsce, byłam dosyć sztywna, dopiero tutaj wyluzowałam. Zrozumiałam, co jest ważne i pierdoły, które mnie kiedyś pochłaniały, odłożyłam głęboko do szuflady. To paradoksalne, ale dzięki pobycie w Italii stałam się sobą, jako że przedtem zawsze grałam jakąś rolę. Włochy pozwoliły mi zedrzeć z siebie tą grzeczną maskę i wreszcie pojęłam, że nie da się każdego zadowolić, że na mojej drodze zawsze będą przeszkody, lecz czy sobie z nimi poradzę, zależy ode mnie i tylko ode mnie. Nie obwiniam już świata i jestem (jako tako) opanowana, choć naturalnie czasem mnie nosi i mam dni "na nie", ale kto ich nie ma. Włoski optymizm ma zbawienny wpływ na moją lubiącą się pogrążać w depresji duszę i potrafię znaleźć antidotum na bolączki, które czasami mnie nękają. Wystarczy wyjść z domu, rozejrzeć się wokół i wszystko wydaje się prostsze. Za krajem tęsknię i go gloryfikuję, natomiast w Italii odzyskałam spokój i przyzwyczaiłam się do siebie. A czterdziestka to kolejny etap podróży, który mnie w niczym nie ogranicza. Kto wie, może moje życie właśnie zaczyna się rozkręcać na dobre?


zdjęcie- Olalla

O włoskim serze, co zwie się kobietą

by 05 października

Lubię odwiedzać włoskie targi, a im one są większe, tym dla mnie lepiej. Mam jednak tego pecha, że w moim miasteczku nie ma stałego bazaru, jak w Genui (gdzie jest ich od gromu) i tylko raz w tygodniu przyjeżdżają tu handlarze, aby wciskać klientom swoje wyroby. Kilka straganów, trochę ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego, torebek, jedzenia i kwiatów, a wszystko to pośród ryków rozochoconych sprzedawców, mających głosy jak dzwony i nieustających w poszukiwaniu nowych klientów. Podoba mi się ta wyjątkowo włoska atmosfera, którą chłonę co czwartek, niejednokrotnie śmiejąc się z wyobraźni szanownych subiektów targowych. Niestety, od pewnego czasu zaczęłam omijać szerokim łukiem niektóre budy, ponieważ uświadomiłam sobie, że panowie sprzedający oddają się niewinnej (z pozoru) zabawie, czyli ocenianiu kobiet przechodzących obok nich. Nie ominęli i mnie, co rzecz jasna nie uszło im płazem, bo przestałam u nich kupować.

Gdy po raz pierwszy pojawiłam się na targu, nie było jeszcze wielu klientów (w sumie to nigdy ich nie ma), więc bez trudu wyłapałam okrzyk jednego z sprzedawców. Facet wrzeszczał zupełnie bez sensu: "O, jaki ten ser jest dobry, mniam, mniam", a na jego zawołanie wyszło z ukrycia dwóch innych handlarzy. Zrobiło mi się wtedy dziwnie, ale się nie przejęłam, wróciłam do domu i zapomniałam o sprawie. Po tygodniu znowu poszłam odwiedzić bazarek i jakież było moje zdziwinie, kiedy ten sam sprzedawca na mój widok po raz drugi zapodał kawałek o dobrym serze. Coś tu jest nie tak- pomyślałam zakłopotana- i postanowiłam dowiedzieć się, co kryje się za tym śmiesznym szyfrem. Oliwy do ognia dodał fakt, iż trzej sprzedający przyglądali mi się bez skrępowania, a ja poczułam się mocno onieśmielona. Pochodziłam kilka minut po targu i powzięłam mocne postanowienie, iż następnym razem dowiem się, o co chodzi, jakem Polka na włoskiej ziemi, a ci bezczelni "targowicze" przekonają się, z kim zadarli. 

Tydzień później ponownie odwiedziłam targowisko, jednak nie przeszłam koło "serowego" straganu, a zatrzymałam się przy stoisku z ciuchami położonym bliżej. Pod pretekstem oglądania ubrań obserwowałam sprzedawców i szybko pojęłam, jak zabawiają się mili panowie. Okazało się, że ten cały "ser" to hasło, którym posługują się handlarze dwóch stojących naprzeciw siebie stoisk. Gdy przechodzi jakaś kobieta, a jeden z facetów zwróci na nią uwagę, woła swoich kolegów, używając serowego kodu, aby i oni pooglądali sobie ofiarę. Jeśli pani jest w ich guście, to krzyczą, że ser jest dobry, jeśli natomiast nie za bardzo im się podoba, to pada zdanie o śmierdzącym serze. Kiedy klientka ma nadwagę, to wtedy ser jest tłusty, a gdy jest wiekowa, to ser nie nadaje się już do spożycia. Panów te określenia bardzo śmieszą, mnie zaś wyprowadziły z równowagi, bowiem pachną mi seksizmem i klasyfikacją. Obu handlowcom daleko jest do Adonisów, mają mięśnie piwne i nie powalają urodą, lecz nikt ich nie ocenia ani nie porównuje do kiełbas. Być może te ich, pożal się Boże, serowe metafory od siedmiu boleści tak źle by na mnie nie podziałały, gdyby nie szły za nimi lubieżne spojrzenia, których wręcz nie znoszę. A skoro już zachciało im się oceniać, mogli to robić dyskretnie, a nie głośno, zwłaszcza że i głupi by się w końcu domyślił, o co w tym wszystkim biega. Porównanie kobiet do serów to błędne koło, szczególnie dla osoby, która ich nie znosi. Ser zaś okraszony epitetami dodatkowo wzmaga moją niechęć. Słynna włoska fantazja tym razem nie zadziałała.


Obsługiwane przez usługę Blogger.