(Nie)włoskie rozważania na czterdzieste urodziny


Przekroczyłam czterdziestkę i moje życie nie legło w gruzach. Oczywiście liczba ta zrobiła na mnie wrażenie, nie powiem, niemniej zdałam sobie sprawę z tego, że nic po urodzinach się nie zmieniło. Ani nie przybyło mi zmarszczek, ani nie poczułam się stara i dalej nikt mi nie daje tylu lat, więc czym tu się martwić? Może tylko tym, że my, kobiety, kiedy latka lecą, nie mamy taryfy ulgowej, tak jak to jest w przypadku mężczyzn. Ile razy słyszeliście (albo same mówiliśce) o tym, że facetom wiek dodaje uroku, a dla kobiet jest mniej łaskawy? Ja tysiące, zresztą ostatnio powtarzałam to jak mantra mężowi, który (choć tak nie uważa) przyznał mi rację, gdyż większość jego kolegów z pracy ma podobne zdanie. Mężczyzna po czterdziestce jest nadal bardzo interesujący, zaś kobieta, no cóż, jest już trochę zużyta. Taki dylemat dopadł i mnie jeszcze na długo przed urodzinami, zatem nie chciałam nawet myśleć o tym, co będzie w październiku. Tymczasem październik nadszedł, minęło 40 lat, odkąd pojawiłam się na świecie... i nic! Jestem, cieszę się tym, co mam i nic nie legło w gruzach z powodu tej okropnej czterdziestki. 

Mieszkam we Włoszech, gdzie dobitnie widać, iż piękno nie liczy się w latach. Wiek nas nie ogranicza i nie musimy z niczego rezygnować czy wstydzić się tego, że nie jesteśmy młodzikami. Jedna z rzeczy, która najbardziej podoba mi się w Italii to ta, że nie muszę się przejmować tym, co ludzie powiedzą, a w kraju słyszałam to na każdym kroku. "Ona jest jeszcze starą panną, o matko, co ludzie powiedzą! Gorzej, nie ma narzeczonego, co ludzie powiedzą! A może wiecie, jest ten teges, co ludzie powiedzą! A widzicie jak się ubrała dzisiaj, tak nie wypada, co ludzie powiedzą!" Nie znosiłam tego i gdy w końcu przestałam być w ten sposób oceniania, odetchnęłam z ulgą i bez tej niepoważnej cenzury pod tytułem "Co powiedzą ludzie" jest mi naprawdę dobrze. We Włoszech nikogo nie obchodzi, jak się ubieram, czy się maluję, czy nie i jaki jest mój stan cywilny. Nie mówię, że ludzie tutaj są idealni, gdyż plotkarze wszędzie się znajdą, ale wchodzą z buciorami w czyjeś życie mniej, a stwierdzenia, że "tak nie wypada" nie słyszałam od żadnego Włocha. Im zawsze wypada, albowiem życie jest tylko jedno i trzeba z niego korzystać pełnymi garściami. Przejmować się zaś konwenansami nie leży w ich naturze. 

Kiedy przebywałam w Polsce, byłam dosyć sztywna, dopiero tutaj wyluzowałam. Zrozumiałam, co jest ważne i pierdoły, które mnie kiedyś pochłaniały, odłożyłam głęboko do szuflady. To paradoksalne, ale dzięki pobycie w Italii stałam się sobą, jako że przedtem zawsze grałam jakąś rolę. Włochy pozwoliły mi zedrzeć z siebie tą grzeczną maskę i wreszcie pojęłam, że nie da się każdego zadowolić, że na mojej drodze zawsze będą przeszkody, lecz czy sobie z nimi poradzę, zależy ode mnie i tylko ode mnie. Nie obwiniam już świata i jestem (jako tako) opanowana, choć naturalnie czasem mnie nosi i mam dni "na nie", ale kto ich nie ma. Włoski optymizm ma zbawienny wpływ na moją lubiącą się pogrążać w depresji duszę i potrafię znaleźć antidotum na bolączki, które czasami mnie nękają. Wystarczy wyjść z domu, rozejrzeć się wokół i wszystko wydaje się prostsze. Za krajem tęsknię i go gloryfikuję, natomiast w Italii odzyskałam spokój i przyzwyczaiłam się do siebie. A czterdziestka to kolejny etap podróży, który mnie w niczym nie ogranicza. Kto wie, może moje życie właśnie zaczyna się rozkręcać na dobre?


zdjęcie- Olalla
Obsługiwane przez usługę Blogger.