O włoskim serze, co zwie się kobietą


Lubię odwiedzać włoskie targi, a im one są większe, tym dla mnie lepiej. Mam jednak tego pecha, że w moim miasteczku nie ma stałego bazaru, jak w Genui (gdzie jest ich od gromu) i tylko raz w tygodniu przyjeżdżają tu handlarze, aby wciskać klientom swoje wyroby. Kilka straganów, trochę ubrań, sprzętu gospodarstwa domowego, torebek, jedzenia i kwiatów, a wszystko to pośród ryków rozochoconych sprzedawców, mających głosy jak dzwony i nieustających w poszukiwaniu nowych klientów. Podoba mi się ta wyjątkowo włoska atmosfera, którą chłonę co czwartek, niejednokrotnie śmiejąc się z wyobraźni szanownych subiektów targowych. Niestety, od pewnego czasu zaczęłam omijać szerokim łukiem niektóre budy, ponieważ uświadomiłam sobie, że panowie sprzedający oddają się niewinnej (z pozoru) zabawie, czyli ocenianiu kobiet przechodzących obok nich. Nie ominęli i mnie, co rzecz jasna nie uszło im płazem, bo przestałam u nich kupować.

Gdy po raz pierwszy pojawiłam się na targu, nie było jeszcze wielu klientów (w sumie to nigdy ich nie ma), więc bez trudu wyłapałam okrzyk jednego z sprzedawców. Facet wrzeszczał zupełnie bez sensu: "O, jaki ten ser jest dobry, mniam, mniam", a na jego zawołanie wyszło z ukrycia dwóch innych handlarzy. Zrobiło mi się wtedy dziwnie, ale się nie przejęłam, wróciłam do domu i zapomniałam o sprawie. Po tygodniu znowu poszłam odwiedzić bazarek i jakież było moje zdziwinie, kiedy ten sam sprzedawca na mój widok po raz drugi zapodał kawałek o dobrym serze. Coś tu jest nie tak- pomyślałam zakłopotana- i postanowiłam dowiedzieć się, co kryje się za tym śmiesznym szyfrem. Oliwy do ognia dodał fakt, iż trzej sprzedający przyglądali mi się bez skrępowania, a ja poczułam się mocno onieśmielona. Pochodziłam kilka minut po targu i powzięłam mocne postanowienie, iż następnym razem dowiem się, o co chodzi, jakem Polka na włoskiej ziemi, a ci bezczelni "targowicze" przekonają się, z kim zadarli. 

Tydzień później ponownie odwiedziłam targowisko, jednak nie przeszłam koło "serowego" straganu, a zatrzymałam się przy stoisku z ciuchami położonym bliżej. Pod pretekstem oglądania ubrań obserwowałam sprzedawców i szybko pojęłam, jak zabawiają się mili panowie. Okazało się, że ten cały "ser" to hasło, którym posługują się handlarze dwóch stojących naprzeciw siebie stoisk. Gdy przechodzi jakaś kobieta, a jeden z facetów zwróci na nią uwagę, woła swoich kolegów, używając serowego kodu, aby i oni pooglądali sobie ofiarę. Jeśli pani jest w ich guście, to krzyczą, że ser jest dobry, jeśli natomiast nie za bardzo im się podoba, to pada zdanie o śmierdzącym serze. Kiedy klientka ma nadwagę, to wtedy ser jest tłusty, a gdy jest wiekowa, to ser nie nadaje się już do spożycia. Panów te określenia bardzo śmieszą, mnie zaś wyprowadziły z równowagi, bowiem pachną mi seksizmem i klasyfikacją. Obu handlowcom daleko jest do Adonisów, mają mięśnie piwne i nie powalają urodą, lecz nikt ich nie ocenia ani nie porównuje do kiełbas. Być może te ich, pożal się Boże, serowe metafory od siedmiu boleści tak źle by na mnie nie podziałały, gdyby nie szły za nimi lubieżne spojrzenia, których wręcz nie znoszę. A skoro już zachciało im się oceniać, mogli to robić dyskretnie, a nie głośno, zwłaszcza że i głupi by się w końcu domyślił, o co w tym wszystkim biega. Porównanie kobiet do serów to błędne koło, szczególnie dla osoby, która ich nie znosi. Ser zaś okraszony epitetami dodatkowo wzmaga moją niechęć. Słynna włoska fantazja tym razem nie zadziałała.


Obsługiwane przez usługę Blogger.