Kiedy niebo płacze

by 25 listopada

Mam dość. Jestem bezradna, wtrząśnięta, zasmucona, ale przede wszystkim jest mi wstyd. Wstyd za tych wszystkich mężczyzn, którzy pozbawiają życia kobiety, wstyd za to, że cywilizowany kraj, jakim jest Italia, nie może sobie poradzić z problemem kobietobójstwa (femminicidia). Wstyd za bezradność odpowiednich służb, do których zgłaszają się kobiety, lecz nie otrzymują należytej pomocy, a ich desperackie próby ucieczki od domowych tyranów kończą się śmiercią. W tym roku aż 106 kobiet zostało zamordowanych i nie jest to zapewne ostateczna liczba. Czy to cholernie przykre i niepokojące zjawisko, jakim jest kobietobójstwo kiedykolwiek się skończy? Statystyki pokazują, że nie, gdyż w porównaniu do ubiegłego roku niewiele się zmieniło. I nie wygląda na to, by miało się polepszyć, ponieważ włoskie prawo nie stoi po stronie kobiet, a dowodem są wyroki na te bestie w ludzkiej skórze. Obudź się wreszcie, Italio, i zrób coś, bo femminicidio to najczarniejsza plama na Twoim pogodnym obliczu. 

Potępiam sędziów, którzy w sposób haniebny aplikują prawo. Potępiam to, że kara dożywocia w przypadku kobietobójstwa jest stosowana marginalnie. Potępiam przypadki morderców przebywających w aresztach domowych, mimo że ich miejsce jest za kratkami. Potępiam lekceważące podchodzenie do sprawy oraz redukcję i tak niskich wyroków (w ostatecznym rozrachunku zamienia się na je na kilka nędznych lat). Nie mogę pogodzić się z tym, z jaką łatwością rozgrzesza się tych diabłów, nie potrafię zrozumieć tego, jak można im w ogóle dać drugą szansę. Zabite kobiety żadnej nadziei nie mają, a ofiarami są nie tylko one, ale przede wszystkim dzieci, które zostają sierotami, bo w jednej chwili tracą oboje rodziców. Jak żyć ze świadomością, że ojciec pozbawił życia matki? Jak dziecko ma zrozumieć to, czego nie potrafi pojąć dorosły człowiek? I wreszcie jak zapobiec temu, co się dzieje? Nie wystarczą apele, nie pomogą marsze w imieniu ofiar, a rozwiązanie jest tylko jedno- trzeba zmienić prawo. Mężczyzna dokonujący morderstwa na kobiecie nie powinien mieć możliwości wyjścia z więzienia. Ma aż za bardzo, a rezultaty lekkich orzeczeń sądu często przybierają krwawy obrót. Faceci wiedzą, że mogą odebrać życie żonon, ponieważ  posiedzą kilka lat, a potem wyjdą i dostaną kolejną szansę. 

Gdy myślę o kobietobójstwie, widzę twarze nieszczęśliwych kobiet, które nie miały szansy ułożyć sobie życia. Widzę twarze zakłamanych mężczyzn, wmawiających światu, że zabili w imię miłości, co jest wierutną bzdurą. Widzę twarze matek, rozgrzeszających zbrodnie synów i matek opłakujących przedwczesne odejście córek. Widzę mordercę idącego za trumną żony i wylewającego krokodyle łzy. Widzę twarz Sary, 22-letniej dziewczyny, spalonej żywcem przez byłego chłopaka. Widzę jej rówieśniczkę, której zabójca oddał ponad sto ciosów nożem. Słyszę głos matki, przekonującej, iż jej syn nie jest potworem i kolejnej kobiety, oddychającej z ulgą, kiedy jej jedynak zakończył toksyczny związek ("mój syn się uwolnił"- skomentowała brutalne morderstwo, dokonane przez niepełnoletniego potomka). I w końcu, widzę zabójcę kobiety, trenera osobistego, idącego w asyście policji, z tą fałszywą skruchą wypisaną na twarzy i zapytuję siebie- gdzie on ma kajdanki? A potem się dowiaduję, że nikt mu ich nie założył, bowiem obowiązuje go tymczasowy areszt domowy i do rozpoczęcia procesu może spać spokojnie. I zastanawiam się, czy to wszystko jest normalne? Czy w kraju, gdzie zabójstwa kobiet są na porządku dziennym, a rola mężczyzny- pana władcy nadal dobrze funkcjonuje możliwe jest, by coś się zmieniło? Nie pomogą spoty telewizyjne i rozpaczliwe nawoływania o pomoc, to mężczyźni muszą przyjąć do wiadomości, że kobiety nie są ich własnością i nie mogą decydować o ich przyszłości. Dzisiaj obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą wobec Kobiet. Dzień, który w Italii ma głęboko zakorzenioną tradycję. Dzień, w którym wyjątkowo jest mi wstyd za włoskich mężczyzn. 


zdjęcie- Vita.it (czerwone buty, symbolizujące ofiary kobietobósjtwa).

Czy we Włoszech jest bezpiecznie? (aktualizacja)

by 23 listopada

Kiedy wczoraj zastanawiałam się nad tym, czy po raz kolejny poruszyć temat bezpieczeństwa we Włoszech, przeczytałam w internecie wiadomość, która przesądziła sprawę. Otóż włoskie Służby Specjalne aresztowały 20-letniego Egipcjanina, tak zwanego Samotnego Wilka (Lupo Solitario) z Isis, gdyż planował on atak terrorystyczny na terenie Italii, a dokładniej w Mediolanie. Mieszkam niedaleko i przyznam, że przez chwilę odczułam lekki niepokój. Włochy są względnie bezpieczne, to fakt, niemniej jak widać na przytoczonym przykładzie, licho nie śpi. Na szczęście czuwają odpowiednie straże i działają w sposób błyskawiczny. Obywatel Egiptu został aresztowany, jego dwaj kolesie wraz z nim przygotowujący akcję również i wszyscy zostaną wydaleni z Belpaese. I bardzo dobrze, bo potencjalni terroryści to niebezpieczni ludzie, a ich miejsce jest w więzieniu w ich własnym kraju. Co jednak z tym bezpieczeństwem? 

W ubiegłym artykule wyraziłam przekonanie, iż spokój we Włoszech ma wiele wspólnego ze zjawiskiem nielegalnej imigracji. Jak wiemy, biznes związany z przemytem ludzi nowy rząd solidnie ukrócił, aczkolwiek problem pozostał. Chodzi mi o to, że nie wszyscy, którzy przypłynęli w ostatnich latach do Italii to aniołki i są na to niestety dowody. Nie jestem rasistką ani nie bronię nikomu potrzebującemu dostępu do Włoch, lecz zwyczajnie nie chcę tutaj przestępców. Nie mam nic przeciwko zwykłym imigrantom, mającym za sobą bolesne doświadczenia, ale nie mogę zaakceptować kryminalistów, bezczelnie kryjących się pod przykrywką uchodźców. Ostatnie miesiące pokazały, że takich osób jest wiele i zwłaszcza kobiety nie mogą czuć się do końca bezpieczne. Przykładem jest to, co przydarzyło się 16-letniej Włoszce, Desiree, która została wielokrotnie zgwałcona, a później zamordowana przez kilku Senegalczyków. Najpierw podali biednej dziewczynie narkotyki, a potem gwałcili ją na przemian przez kilkanaście godzin. Kiedy nastolatka była już w stanie agonalnym, postanowili ją wykończyć, gdyż jak stwierdził jeden z nich- "lepiej ona martwa, niż my w więzieniu". Jak zaplanowali, tak zrobili.

Podkreślam raz jeszcze, nie wrzucam każdego imigranta do jednego worka, ale kiedy dzieją się takie rzeczy i negatywnymi bohaterami są osoby, które pojawiły się w Italii w ostatnich latach, budzi się we mnie złość. Lewicowi premierzy, odpowiedzialni za inwazję imigracyjną, ciągle przekonywali, iż pomagają ofiarom wojny i przypływają tutaj osoby nastawione pokojowo, a okazało się, że nie jest to do końca prawdą. Skąd zresztą politycy mieli to wiedzieć, skoro na statkach znajdowali się wyłącznie ludzie bez dokumentów? Według mnie było to bardzo pochopne podejście do sprawy, ponieważ trzeba wiedzieć, kogo się wpuszcza do domu. Historia Desiree udowadnia, że należy być czujnym i zamykać drzwi zwyrodnialcom. Dotknął mnie los tej biednej dziewczyny, natomiast wzburzyło mnie to, co wydarzyło się po jej śmierci. Znaleźli się bowiem odważni przedstawiciele lewicy, moi ulubieni radical chic, którzy zaczęli wywlekać brudy z jej przeszłości. Desiree pochodziła z patologicznej rodziny, jej matka urodziła ją, gdy miała 15 lat, a ojciec handlował narkotykami, zatem nic dziwnego, że spotkał ją taki koniec. Od kiedy to dzieci odpowiadają za błędy rodziców? Obrzydziło mnie, że nie padły słowa potępienia w kierunku zabójców Desiree, zaś na jej rodzinę wylano wiadro pomyj. Poprawność polityczna doprowadziła do tego, że nie uszanowano ofiary morderców z Senegalu.

Nie czuję się bezpiecznie, gdy czytam, że obywatel Maroko zgwałcił na plaży staruszkę albo gdy słyszę o kolejnych włamaniach do domów Włochów. Kilka miesięcy temu opinią publiczną wstrząsnął zuchwały i nad wyraz brutalny atak na włoskie małżeństwo, które zostało sterryzowane przez szajkę złodziejów. Byli oni na tyle bezwzględni, że obcięli kobiecie ucho i tym samym udowodnili, że są w stanie nawet zabić, żeby tylko uzyskać dostęp do kasy. Kiedy o tym przeczytałam, od razu byłam pewna, że przestępcami są obcokrajowcy i bynajmniej nie miałam na myśli imigrantów z Afryki. We włamaniach do włoskich domów przodują niestety przybysze z Europy Wschodniej, a parę emerytów zaatakowali młodzi Rumuni, za dnia pracujący fizycznie, zaś nocą dorabiający sobie w okrutny sposób. Odcięcie ucha starszej kobiety wywołało w Italii burzę i społeczeństwo domagało się od władz szybkiej reakcji. Tak też się stało i miejmy nadzieję, że o takich przypadkach nie będziemy już więcej słyszeć.

Tymczasem włoskie prawo ostatnio zaskakuje. Niby ma karać przestępców, a jednak nawet na ciężkie przewinienie znajdzie się usprawiedliwienie. Niedawno we Włoszech głośno było o sprawie handlarza narkotyków rodem z Tunezji, który został uniewinniony, jako że sąd stwierdził, iż z czegoś musiał się utrzymywać. Gdy się o tym dowiedziałam, uzmysłowiłam sobie, że taki wyrok to zaproszenie do kolejnych przestępstw. Jeśli sprzedawanie narkotyków można uznać za zgodne z prawem tylko dlatego, że trzeba jakoś żyć, to po co w ogóle je zakazywać? Ten sam argument sąd użył w procesie czternastu przemytników ludzi, którzy również zostali uniewinnieni. Przemycali, gdyż nie mieli innego źródła dochodu. Czyli mogę iść jutro obrobić bank i nic mi się nie stanie? Bezpieczeństwo w Italii dzięki skandalicznym wyrokom włoskiego sądu zostało nieco nadszarpnięte i nie podoba mi się, że taki handlarz może teraz stać pod szkołą i nic mu nie będzie, bo to jest jego praca. Tak, mogę wylewać żale, ale ci ludzie muszą przecież zarabiać na życie. I nieważne, że robią to w sposób niezgodny z prawem, to akurat dla sądu nieistotny szczegół.

Pomimo wszystko uważam, że Włochy są bezpiecznym krajem. Nie ma paranoi na ulicach, życie toczy się własnym rytmem i nikt nie ma pretensji do zwykłych, uczciwie pracujących tutaj imigrantów. Ataków terrorystycznych w Italii nie było i ufam, że ryzyko pojawienia się na terenie Włoch Samotnych Wilków jest minimalne. Szczerze przyznam, że bardziej obawiam się tych, którzy kroczą tu przestepczą ścieżką, tak samo jak obawiam się ludzi prawa, ułaskawiających bez (wydawałoby się) szczególnego zastanowienia. Mieszkam na prowincji, moje miasteczko liczy trochę ponad 3 tysiące osób i bezpieczeństwo tutaj w żadnym wypadku nie jest zagrożone. Duże miasta oddychają jednak inaczej, niemniej nie sądzę, by w Mediolanie po aresztowaniu terrorysty z Egiptu nastała zbiorowa panika. Trzeba wszakże być czujnym i mieć się na baczności, zwłaszcza wtedy, gdy tak łatwo otwiera się bramy wiodące do pięknej Italii. Zamknąć je bowiem jest o wiele trudniej.

Interesy na Szczycie i tajemnicza śmierć słynnego mafioso

by 02 listopada

Był ciepły, jesienny wieczór i Matka na Szczycie wraz z dwiema przyjaciółkami- Gosią Jurrasik oraz Katarzyną Przebieg siedziały w barwnym górskim salonie gospodyni i pijąc grzane wino, dyskutowały na temat nowego projektu, który miały zamiar wcielić w życie. Dziewczyny postanowiły otworzyć bar w stylu włoskim, gdzie będzie można wypić cappuccino, zjeść pyszne rogaliki i posłuchać przebojów rodem z Italii na dobry początek dnia. Po długich namysłach zdecydowały, że knajpka będzie się nazywać Il Padrino, jako że to Ojciec Chrzestny włoskiego podziemia- Don Koralone zainspirował je do podjęcia decyzji. Matka na Szczycie co prawda miała jeszcze do niego wonty za ostatnią akcję, ale zdecydowała nie chować urazy, tylko iść do przodu i wykorzystać doświadczenie zdobyte w potyczkach ze słynnym mafioso. Owocny biznesplan dziewczyn przerwał niespodziewany rumor, bo ktoś właśnie zaczął się dobijać do drzwi.

-Kogo tu nosi o tej porze?- wkurzyła się Gosia Jurrasik- porządne kobiety nie przyjmują wizyt po godzinie dziewiątej!

Matka na Szczycie poszła otworzyć i po chwili wróciła w towarzystwie dwóch policjantów i jakiegoś człeczyny o niezbyt ujmującej powierzchowności, który taszczył ze sobą duży pakunek. Mężczyzna chrząknął, ukłonił się naszym bohaterkom i powiedział coś, co sprawiło, że spokojny Szczyt zatrząsł się od wrażeń:

-Nazywam się adwokat Parassita i chciałem panie poinformować, że wasz przyjaciel, Don Koralone, nie żyje.

Na moment zapadła cisza, którą przerwała Gosia Jurrasik:

-Nie, Matka na Szczycie jest niewinna, ma alibabki! W dzień śmierci była ze mną, jestem świadkiem, więc nie oskarżycie jej ani nie aresztujecie, nie pozwolę wam na to!

I stanęła między zdumioną Katarzyną, a człowiekiem "od złych wiadomości". Ten jednak nie przejął się zbytnio wrzaskami eks asystentki Donatelli Wwersalce i spokojnie kontynuował:

-Ależ nikogo nie chcemy aresztować, Don Koralone zmarł w sposób naturalny i nikt nie oskarża szanownej pani Katarzyny o morderstwo. Jestem tutaj, ponieważ niedawno został otworzony testament mojego pryncypała i okazało się, że została pani jego jedyną spadkobierczynią. Proszę, oto pani spuścizna.

I podał oniemiałej Matce na Szczycie pakunek. Po jego otworzeniu okazało się, że był to zwykły obraz, który przedstawiał Dona Koralone takiego, jakim go dziewczyny znały. Gdy Gosia Jurrasik zobaczyła cyniczny uśmieszek mafioso, wkurzyła się jeszcze bardziej:

-Chcesz mi powiedzieć, że taki ważniak jak Koralone zostawił tylko to nędzne dzieło? A gdzie jego miliony, wille, jachty?

-Wszystko to zostało skonfiskowane przez skarb państwa, bo pan Koralone nie działał do końca legalnie. Obraz ten to nieliczna rzecz, która nie jest nic warta, oprócz oczywiście sentymentu, a z godnych zaufania źródeł wiem, że darzyły panie mojego szefa głębokim szacunkiem. Chciał więc, abyście o nim nie zapomniały i jego ostatnim życzeniem było to, aby obraz z jego podobizną wisiał w waszym nowo otwartym barze.

Dziewczyny spojrzały na siebie i przełknęły śliny. Jak to możliwe, że Koralone wiedział o ich planach? Czyżby na Szczycie jego ludzie zainstalowali pluskwy? Albo ich komórki są na podsłuchu, a one same są śledzone? O matko, w co żeśmy się wpakowały, pomyślała Katarzyna Przebieg i przeklnęła w duchu dzień, gdy Koralone pojawił się na ich drodze.

-W takim razie przyjmuję dar- powiedziała Matka na Szczycie- i żegnam panów. Nie proponuję kawy, gdyż na pewno macie wiele spraw do załatwienia.

Gdy mężczyźni wyszli, przyjaciółki zaczęły się zastanawiać, jak to możliwe, że Koralone zawsze wie wszystko i nawet śmierć mu w niczym nie przeszkadza?

-Musimy się przyzwyczaić do tego, że facet nie zostawi nas w spokoju- westchnęła Kasia Przebieg- dlatego uważam, że lepiej będzie powiesić ten obraz w barze, bo inaczej znowu może spotkać nas coś złego.

-Popieram- powiedziała Matka na Szczycie i choć Gosia Jurrasik była przeciw, gdyż nie uśmiechała jej się wizja umarlaka w przytulnej włoskiej knajpce, to nie miała wyjścia jak to zaakceptować, bowiem została przegłosowana. Nie pozostawało nic innego, jak dopełnić formalności, latać po urzędach, zdobywać pozwolenia itepe, ale okazało się, że wszystko zostało już załatwione i nasze bohaterki otwarły bar Il Padrino w iście błyskawicznym tempie. Nie trzeba dodawać, że z miejsca stał się on kultowy i przyciągał miłośników Italii z całego kraju.

Wyglądało na to, że portret Dona Koralone przynosił szczęście knajpce. Nie tylko ustawiały się do niego pielgrzymki podejrzanych gości, lecz przynosił on także niemałe profity. Typki, którzy przychodzili oglądać najsłynniejszego mafioso namalowanego przez Salvadora Dali (takie plotki rozpuściła Gosia Jurrasik, mimo że na pierwszy rzut oka widać było, iż to kicz, a nie dzieło wielkiego mistrza. Gosia jednak słusznie rozumowała, że fani Koralone, w większości przestępcy, raczej nie znają się na sztuce), przypinali do obrazu, jako wyrazy szacunku, banknoty, którymi dziewczyny sprawiedliwie się dzieliły.

-Chociaż raz Don Koralone nam się do czegoś przysłużył- uśmiechnęła się Matka na Szczycie- w końcu wyszłyśmy na nasze, bo do tej pory z jego powodu miałam tylko długi.

Dobra passa trwała nieprzerwanie mimo różnych przeszkód. Konkurencja, która nie mogła znieść tego, że lokal trzech przyjaciółek pozamiatał całą resztę, zaczęła rozpuszczać plotki, iż bar jest nawiedzony, a sama Gosia Jurrasik korzysta z usług egzorcysty. Kasia Przebieg musiała zmierzyć się z bolesną przeszłością, gdy wyszła na jaw jej misja w Watykanie (a złośliwcy dodawali, że zrobiono jej tam pranie mózgu), natomiast o Matce na Szczycie mówiono, że poślubiła potajemnie Don Koralone i teraz jest wielką szychą. Oczywiście Katarzyna Targosz nic sobie z tego nie robiła i powtarzała wszem wobec, że niech sobie ją obgadują, ponieważ sumienie ma czyste i może chodzić z podniesioną głową. A to, iż ubyło jej kilku klientów, w ogóle ją nie poruszyło, jako że portet mafiosa z Neapolu cieszył się nadal bardzo dużym powodzeniem, a nawiedzeni fani Koralone oprócz datków pieniężnych zaczęli zapalać w barze świeczki, na co Gosia Jurrasik przyznała, że czuje się tu jak w kościele.

W każdym razie nie było źle i do dziewczyn co rusz zgłaszali się a to reklamodawcy, a to reporterzy, żeby zrozumieć przyczynę powodzenia prowincjonalnej knajpki. Miłej bo miłej, i owszem, ale takich przecież jest w okolicy na pęczki.

-No cóż- odpowiadała skromnie Gosia Jurrasik- wystarczy na nas popatrzeć i macie odpowiedź na wasze rozterki. Charyzma, klasa, uroda i wyjątkowa błyskotliwość od lat przyciągają mężczyzn, więc skoro mogą oglądać nas teraz godzinami w knajpce, to nie ma się co dziwić, że Il Padrino z miejsca uzyskał ogromną popularność. Dodatkowo mają nam przyznać gwiazdkę Pisklę, chociaż nic nie gotujemy. Ale co urok to urok.

Tymczasem na horyzoncie pojawiły się pierwsze kłopoty. Pewnego dnia, gdy dziewczyny weszły rano do baru, zobaczyły, że portret Dona Koralone znikł. Matka na Szczycie na początku zbagatelizowała sprawę i przekonywała koleżanki, że nadal będzie tak samo. Po kilku dniach doszło do niej, że się myliła, jako że profity knajpki zmniejszyły się o ponad połowę. Klientów nie przybywało, a pielgrzymki przestępców już nie pojawiały się w progach Il Padrino, aby złożyć uszanowanie Ojcu Chrzestnemu mafii. Dziewczyny robiły dobrą minę do złej gry, lecz w końcu doszło do nich, że muszą coś zrobić, inaczej trzeba będzie zwijać interes. Zdesperowana Kasia Przebieg zaproponowała, by stworzyć tu klub go-go, w końcu,  jak się wyraziła - mamy jeszcze niezły przebieg - ale pomysł nie spotkał się z uznaniem współwłaścicielek baru. Gosia Jurrasik po raz kolejny pomstowała na Dona Koralone, w jej odczuciu sprawcy całego zamieszania i zastanawiała się, czemu nawet w grobie nie daje im spokoju. Po wielu dyskusjach, płaczach i małych kłótniach bar Il Padrino został przejściowo zamknięty, a naszym bohaterkom nie pozostało nic innego, jak wrócić do poprzedniego stanu i myśleć nad nowym pomysłem na wspólny biznes.

-A wiecie- przypomniało się Matce na Szczycie- w piwnicy mam pyszną nalewkę, pomoże nam rozruszać szare komórki. Pójdę po nią.

-Siedź- powiedziała Gosia- ja pobiegnę, a ty się odstresuj.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Minęły może dwie minuty, a dwie Kasie usłyszały głośny wrzask i przerażona Gosia Jurrasik wróciła do pokoju.

-Duch, duch, widziałam ducha- krzyczała jak oszalała- to on, jego duch tam jest!

Chcąc nie chcąc Kasia Przebieg i Matka na Szczycie zeszły do piwnicy (Gosia Jurrasik szła między nimi) i kiedy zobaczyły, że obok worków z ziemniakami ktoś zrobił sobie legowisko, stanęły jak wryte. Po chwili z ciemności wynurzyła się dobrze im znana postać Dona Koralone, który nie wyglądał ani na trupa, ani tym bardziej na ducha.

-Musiałem sfingować własną śmierć- powiedział do dziewczyn- i tylko tutaj mogłem się ukryć. Wasz bar odwiedzali nie tylko goście, ale przede wszystkim moi goryle, którym zadaniem było mnie chronić i usuwać z drogi wszelkie niedogodności. Ktoś jednak nie potrafił trzymać języka za zębami i poinformował władze, aby prześwietlili knajpę. Nie chciałem, by przez portret doszli do moich powiązań z paniami, dlatego kazałem moim ludziom go zabrać i oddaliłem trop ode mnie. Gdyby się ktoś dowiedział, że przebywam w pani domu, miałaby pani duże kłopoty, dlatego też, aby się z nich wylizać, musicie mi pomóc dostać się do Włoch. Nieważne jak to zrobicie, ale wiedzcie, że to ja rozdaję karty. Jak zwykle.

Czy ten cholerny mafioso nigdy się od nas nie odczepi, pomyślała umęczona Matka na Szczycie. Koniec roku zapowiadał się tak spokojnie, a wygląda na to, że znowu będziemy bujać się po Italii. Mam dość!

Czy Matka na Szczycie i jej przyjaciółki pomogą Donowi Koralone?
Czy bar Il Padrino zostanie ponownie otwarty?
Co się takiego stało, że Don Koralone musiał zaplanować własną śmierć?

Ja tego nie wiem i nie mam pojęcia, czy się kiedyś dowiemy. O to musicie zapytać dzisiejszą solenizantkę, Matkę na Szczycie, bo to już taka blogowa tradycja, że w dzień jej urodzin publikuję opowiadanie z nią w roli głównej. Wszystkiego dobrego Kasiu, Ty wiesz!


Poprzednie opowiadania- 1 2 3

zdjęcie- iCappuccino

Obsługiwane przez usługę Blogger.