Chcesz poczuć prawdziwe Włochy? Zamieszkaj na prowincji!

by 16 maja

To już rok, odkąd opuściliśmy Genuę i zamieszkaliśmy w uroczym miasteczku, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza czterech tysięcy i prawie wszyscy się znają, a nieznajome twarze są od razu wyłapywane przez miejscowych. Przez dwanaście miesięcy wiele się u nas zmieniło, można powiedzieć, iż wsiąknęliśmy w nowe miejsce i jako tako zostaliśmy zaakceptowani. Ludzie są bardziej otwarci, niż w Genui, więc nic dziwnego, że tak dobrze się tutaj czuję. Nie wiem, czy jest to nasz dom na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) przyszłych lat, lecz póki tu będę, nie mam zamiaru narzekać. Oczywiście siedzi we mnie myśl, by wrócić do dużego miasta, ponieważ brakuje mi czasem miejskiego zgiełku i sklepów, o które w mojej mieścinie trudno.

Bressana Bottarone, bo tak się nazywa nasze miasteczko, to taka fajna włoska dziura. Składa się z jednej długiej ulicy, która ciągnie się na kilka kilometrów i ma niezliczoną ilość rozgałęzień, choć życie toczy się właśnie na ulicy Depretis. Rynek główny jest nieduży i mieści się na nim Urząd Miejski, obok usytuowany jest kościół i szkoła podstawowa Gai. Naprzeciwko znajduje się najważniejsze miejsce według mieszkańców, czyli bar, gdzie codziennie rano spotykają się stali bywalcy, by wypić szybko kawę i wymienić kilka słów. Obok jest kiosk i punkt Lotto, a potem nie ma już nic, znaczy są pozostałości po sklepach, które zostały zamknięte. To smutne, że ulica Depretis ma tyle pustych punktów i tylko jej centralna część jako tako się trzyma. Wszystko inne zostało zdominowane przez galerie handlowe, a jest ich coraz więcej, jednak nie ma w nich ani krzty włoskiej duszy i odrobiny magii

Bressana może się poszczycić niejednym placem zabaw, co akurat bardzo doceniam. Nasz ulubiony położony jest kilka kroków od domu i jeśli jest fajna pogoda, często do niego wpadamy. Dzieci szaleją, zaś matki, o ile za nimi nie biegają, odpoczywają na ławeczkach i oddają się rozmowom. Ileż osób poznałam dzięki chodzeniu na plac zabaw, ile narodowości jest w Bressanie, mieszka tu pół Europy i duża reprezentacja reszty świata, a jedyną Polką na horyzoncie jestem ja. W sumie spodziewałam się tego, ale miałam nadzieję, że końcu porozmawiam z kimś na żywo po polsku i poznam jakąś rodaczkę. Niestety, na razie muszę obejść się smakiem i szlifować język włoski, co nie zawsze mi się udaje.

Bressana Bottarone nie ma, rzecz jasna, jednego baru, bo to byłby skandal, lecz trochę ich tutaj jest i co ciekawe, ciągle otwiera się nowe. Nie mam pojęcia, jak tyle knajpek znajdujących się blisko siebie jest w stanie się utrzymać, niemniej napawa optymizmem fakt, że chociaż one nie martwią się o przyszłość. Znając zamiłowanie Włochów do rozmów i ogarniania rzeczywistości w barach, nie ma się co dziwić, że je tak licznie odwiedzają. Od rana, niezależnie od pogody, widać klientów siedzących zewnątrz i plotkujących nie wiadomo o czym. Ich twarze, do niedawna anonimowe, są już przeze mnie dobrze znane. Dziadek jednej z dziewczynek z klasy Gai, ojciec innego chłopca, ekscentryczny właściciel apteki, który przed otwarciem idzie wypić szybką kawę, czy miejscowy fryzjer, od lat będący na emeryturze. Swoją drogą fryzjerów jest również kilku i wygląda na to, że żadnemu z nich nie grozi bankructwo.

Jest i Bed&Breakfest, takie jakieś niemrawe i kryjące się za drzewami, mamy też prywatne przedszkole, do którego dwa miesiące uczęszczała Gaja. Na samym końcu ulicy Depretis znajduje się jedyna miasteczkowa restauracja, jest też klub Harleyowców i można odjechać w siną dal. Bressana Bottarone to swoista sypialnia, a mieszkańcy pracują w okolicznych miastach, takich jak Pavia, która leży 20 minut dalej, czy Mediolan, oddalony o godzinę. Czasem chciałabym się przenieść do Milano, nie zaprzeczam, ale na szczęście szybko mi przechodzi, bo ta włoska, niepowtarzalna prowincja była tym, czego potrzebowałam. Nieważne, że wielki świat do Bressany nigdy nie zawita, nieważne, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda, gdyż liczy się atmosfera, a ta jest włoska aż do szpiku kości. I ciągle się coś buduje, wiecznie są jakieś przeboje, a najnowszy to ten, iż obecne władze chcą sprywatyzować miejscowy cmentarz. W związku z tym dom aktualnej pani burmistrz jest oblegany, zaś Gaja nazywa go domem, który straszy. Faktycznie, może i tak być, w końcu duchy nie lubią, gdy się je niepokoi. Posłuchaj mojej rady, a nie pożałujesz- włoska prowincja jest tym, czego Ci trzeba!

Włochów portret (nie)oczywisty

by 15 kwietnia

Prawie każdemu narodowi przypisuje się jakieś cechy. Francuzi są wyniośli, Anglicy sztywni, Niemcy uporządkowani, a Włosi, no właśnie, można ich określić różnorodnie. Wiadomo, że to maminsynki, playboye od siedmiu boleści i lenie do kwadratu, najlepiej do nich zaś pasuje słowo „Makaroniarz”, w którym tkwi wszystko- ich stosunek do życia, umiłowanej odmiany pasty i pogody ducha. Ale czy Włosi naprawdę tacy są? Czy to, że większość uważa ich za luzaków i pustaków nie jest dla nich krzywdzące? Jak najbardziej, bo charakteru Włochów nie da się opisać jednym wyrazem. Są wielowymiarowi i skomplikowani, co nie zmienia faktu, iż wyżej wymienione cechy też ich dotyczą.

Włosi są głośni, co manifestują wszędzie. Są kłótliwi, co widać szczególnie na ulicach, gdy prowadzą samochód i zdarzają im się polemiki z innymi kierowcami. Są zaczepni i skorzy do dyskusji, ale są także całkiem sympatyczni. Potrafią być do rany przyłóż i służą pomocą, nie są rasistami, chociaż ostatnio wiecznie im się to zarzuca. Są dobrymi pracownikami i nie migają się od obowiązków, a sjesta to styl ich bycia, niemający nic wspólnego z włoską niechęcią do zakasania rękawów. Są systematyczni i można na nich polegać, aczkolwiek bywają i męczący, zwłaszcza gdy rozmawiają o polityce i piłce nożnej. Wtedy to lecą iskry i dochodzi do spięć, jako że futbol powoduje u nich przypływ adrenaliny, a ukochana drużyna bywa ważniejsza od wybranki. Wiadomo jak to jest- kobietę można zmienić, za to klub ma się tylko jeden. I jest on świętością.

Słynny temperament Włochów to nie wymysły, niemniej należy podkreślić, że nie każdy z nich jest następnym wcieleniem Casanovy. Włosi uwielbiają grę słowną i piękne kobiety, lecz pogłoski o ich zdradach są głęboko przesadzone. Znakomita część Włochów lata sobie z kwiatka na kwiatek, ale druga ich część tego nie potrzebuje i nie ma problemów z wiernością. To naród miłosny, z czym trzeba się zgodzić, gdyż na Półwyspie Apenińskim nietrudno o namiętne porywy serca. Wiedzą o tym, że ich uwodzicielskie spojrzenia porywają niejedną cudzoziemkę i często to wykorzystują. Nie ogranicza ich wiek i nie przejmują się tym, że czasy ich świetności już dawno minęły. Starsi mężczyźni w Italii nie dołują się z powodu mijających lat i próbują podrywać młodsze kobiety. Nie zawsze im się to udaje, lecz ważniejsze jest to, iż nie wypadli jeszcze z pola gry i nadal mogą siebie uważać za prawdziwych maczo. I mimo że życie wśród Włochów przynosi wiele zaskoczeń, to niezaprzeczalnie można powiedzieć, iż to wspaniały naród. I absolutnie wyjątkowy.



zdjęcie- SenzaFiltro

Italia na skraju (umysłowej) zagłady

by 03 kwietnia

We Włoszech ujawniła się nowa tendencja, która zbiera coraz szersze żniwo i ludzie masowo zostają zwolennikami pewnej (delikatnie mówiąc) śmiesznej teorii. Nic, że została ona obalona już bardzo dawno temu, albowiem według jej popleczników ziemia jest płaska, a wszystko to, co serwuje nam NASA to stek bzdur. Nauka robi nas w konia, zdjęcia z kosmosu to fotomontaż, zaś prawda objawiona jest jedna. Nasza planeta jest płaska i chociaż nie ma na to dowodów, to tak jest i biada temu, kto wyśmiewa rewolucyjne hasła "płaskoziemców". Są oni przekonani o wiarygodności swoich przekonań do tego stopnia, że zaczynają urządzać kongresy, na których mają zamiar przekonywać wszem wobec, iż mają rację. I chociaż wiedzą, że jej nie mają, to jednak ją mają, bo kiedy człowiek się uprze, że wie więcej od odkrywców i naukowców, to nie ma z nim co polemizować. Nauka wszak może się mylić, a to, co podpowiada serce, ma naprawdę głębokie podwaliny. Nie wiadomo tylko, gdzie kopać, by odkryć przyczynę powstania kolejnej bzdury, która (co zabawne i przerażające zarazem) we Włoszech zaczęła żyć własnym życiem.

I tak, grupka "płaskoziemców" zablokowała na ponad godzinę pociąg na trasie Mediolan - Genua, ponieważ nie miała żadnej ochoty płacić za bilet kolejowy. Bohaterowie afery przedstawili się jako "ambasadorzy zewnętrznej jurysdykcji planetarnej" (cokolwiek to określenie by nie znaczyło) i zdesperowany kontroler w żaden, choćby najbardziej przyziemny sposób, nie zdołał wymusić na nich zapłaty za przejazd. W zdarzeniu musieli interweniować karabinierzy i płaskoziemcy będą mieli teraz sprawę w sądzie, ale podejrzewam, że poglądów raczej nie zmienią, co więcej, będą ich bronić z tą samą zaciętością, z jaką nie chcieli płacić za bilet. Historia ta wydaje się być zabawna, lecz taka nie jest, bo przez głupotę kilku osób wielu pasażerów nie dojechało na czas do pracy. Gdyby chodziło o coś poważnego, można by przejść nad tym do porządku dziennego, niemniej robienie bałaganu z powodu teorii o płaskiej ziemi to za dużo nawet na Włochy. Dzisiaj sojuszników tej idei jest jeszcze niewielu, ale znając życie i Włochów, jutro mogą urosnąć w siłę. I zacząć mącić ludziom w głowach, zbierać pieniądze, organizować akcje i zjazdy, co zresztą już planują. Niebawem "płaskoziemcy" mają się spotkać w Palermo i debatować nad tym, czy prawda w końcu wyjdzie na jaw, chcą też udać się wycieczkowcem na Antarktydę i dopłynąć do brzegów ziemi. Aż strach się bać.

Wbrew wszelkiej logice płaskoziemcy naprawdę wierzą, że ziemia jest płaska i są święcie przekonani, iż Galileusz i inni badacze to wysłannicy diabła, a nie prawdziwi odkrywcy. Biedna ta nasza planeta, płaska niczym deska, ten brutalny fakt tuszują wszyscy, od nauczycieli począwszy, a na naukowcach skończywszy. Na szczęście grupa ludzi poszła po rozum do głowy i skontastowała, że coś tu jest nie tak. Członków nowej teorii przybywa i nie zdziwi mnie, jeśli za chwilę jej przywódcy założą partię i będą chcieli wejść do polityki, by głosić na mównicy o szkodliwości nowożytnej nauki. Na razie płaskoziemcy ograniczają się do małych afer i dzięki poglądom chcą się migać od tak przyziemnej rzeczy, jak płacenie za przejazd, ale co będzie w przyszłości, tego nie wie nikt. Może pójdą o krok dalej i wymyślą kolejną koncepcję, o choćby taką, że Włochy są jednak szersze niż dłuższe, bo to, co widzimy na mapach, to wielka ściema. Mogą też napisać traktat o gwiazdach i tym, iż niebo zostało namalowane, a słońce i księżyc to gigantyczne lampy, wyprodukowane przez znaną firmę oświetleniową. I kiedy to piszę, to ogarnia mnie smutek, gdyż wydaje się, że mamy wszystko i jesteśmy tacy do przodu, a nauka stoi przed nami otworem. Zabawna (wydawałoby się) historyjka o płaskoziemcach to wszakże gorzka opowieść, bo pokazuje, że ignorantów, którzy mają za nic naukę i wybitnych uczonych, nie brakuje. Oni wiedzą lepiej, mimo że nie posiadają merytorycznej wiedzy, ot, taki nasz współczesny świat w pigułce.



zdjęcie- ilturista.info

O krok od zamachu, o włos od tragedii

by 22 marca

Przedwczoraj, 20-go marca, we Włoszech doszło do dramatycznych wydarzeń. Niedaleko Mediolanu, w San Donato Milanese, karabinierzy zatrzymali autobus, którego kierowca postanowił urządzić jatkę, a mianowicie wysadzić pojazd w powietrze i zgładzić 51 uczniów gimnazjum oraz ich trzech opiekunów. Mężczyzna, z pochodzenia Senegalczyk, od 15-tu lat przebywający w Italii i posiadający włoskie obywatelstwo, chciał w ten sposób pomścić ofiary, które w ostatnich latach pochłonęło morze, kiedy próbowały przedostać się do Włoch. Kierowca miał zamiar dojechać autobusem na lotnisko Linate i tam dokonać aktu terrorystecznego, ale na szczęście nie udało mu się to, ponieważ do akcji wkroczyli karabinierzy. Udaremnili plany Senegalczyka i zapobiegli niewyobrażalnej tragedii.

Mężczyzna w ogóle nie powinien prowadzić autobusu, gdyż w przeszłości był karany za jazdę po pijanemu, a dodatkowo za molestowanie seksualne na nieletniej osobie i dziwne jest, że nikt się tym odpowiednio nie zajął. Jego zamysł to nie była spontaniczna decyzja, a misternie ułożona akcja, jako że wziął ze sobą karnister z benzyną, miał też pistolet i (podobno) nóż. Sterroryzował młodych pasażerów, związał ich, oblał benzyną i zabrał komórki, krzycząc, że z autobusu nikt nie wyjdzie żywy. Nie zauważył, iż jeden z uczniów zdołał ukryć telefon, a potem zadzwonił do ojca, zaś ten zaalarmował policję. Karabinierzy przyjechali na czas i nikomu nie stała się krzywda, tylko kilkanaście uczniów zostało przewiezionych do szpitala na obserwację, ale to pestka w porównaniu z tym, co mogło się wydarzyć. To naprawdę cud, że skończyło się na strachu. 

To, co mnie w tej sprawie przeraża to fakt, iż niedoszły zamachowiec to mieszkający od kilkunastu lat we Włoszech i wydawałoby się, całkowicie zintegrowany człowiek. Nie sprawował się co prawda jak przykładny obywatel, niemniej nie wykazywał żadnych objaw zradykalizowania się i nie był podejrzewany o terroryzm. Tymczasem chciał spalić żywcem dzieci, niewinne istoty, które nie mają nic wspólnego z polityką i sprawami dorosłych. Zemsta za imigrantów martwych na morzu to żadne wytłumaczenie, zwłaszcza że to nie rząd włoski jest odpowiedzialny za śmiertelne ofiary. To przemytnicy ładujący ludzi na pontony i łajby są winni temu, co dzieje się u wybrzeży libijskich i to oni mają na sumieniu kilkanaście tysięcy dusz, choć szczerze wątpię, czy posiadają jakiekolwiek uczucia, oprócz miłości do pieniędzy. Odkąd zmienił się we Włoszech rząd, liczba ofiar drastycznie spadła dzięki temu, że ukrócono proceder nielegalnej imigracji. Kiedy premierem był lewicowy Paolo Gentiloni, w morzu utonęło ponad dwa tysiące ludzi (za jego poprzedników jeszcze więcej), natomiast od czasów Giuseppe Conte mamy o jedno zero mniej. Oznacza to tyle, iż zamknięcie włoskich portów to była słuszna decyzja wbrew temu, co uważają przeciwnicy obecnego rządu. Zamachowiec chyba nie widział najnowszych danych, stąd zdecydował zamanifestować swoją wściekłość.

Najgorsze jest to, że facet już zdążył dorobić sobie obrońców w postaci niektórych polityków z lewicy czy intelektualistów z bożej łaski, że się tak brzydko wyrażę, bo krew mnie zalewa, gdy słyszę, co plotą. Jak można twierdzić, iż gość był szaleńcem, skoro to nie był spontaniczny zamiar, a misternie utkany plan? Za kilka dni pewnie usłyszymy, że mężczyzna miał problemy psychiczne, więc praktycznie nie będzie mógł być sądzony. Dobija mnie poprawność polityczna i to, że broni się terrorystę, który dobrze wiedział, co robi. Wkurza mnie to, że mówi się o nim jako o Włochu, choć wcale Włochem nie jest, tylko Senegalczykiem posiadającym włoskie obywatelstwo. Wreszcie, martwi mnie to, że żaden z usprawiedliwiających czyn mężczyzny ani przez chwilę nie pomyślał o dzieciach, których trzymał jako zakładników. Przeżyły traumę, zostały uwięzione w autobusie i śmierć stanęła im na drodze, lecz dla zwolenników imigracji bez granic ważniejsze jest udowodnić, że to oni mają rację. Słuchać nie mogę, że winę za to, co się wydarzyło, jak zwykle ponosi Salvini, ponieważ sieje on nienawiść i teraz są tego rezultaty. A może stało się tak, bowiem ostatnio za bardzo w Italii mówi się o rasiźmie i powrocie faszyzmu? Lewica organizuje antyfaszystowskie manifestacje i mąci ludziom w głowach, gdyż rozbudzony włoski rasizm to mrzonka. Owszem, zdarzają się akty nietolerancji, ale wcale one nie przybrały na sile, a Włosi dobrze traktują imigrantów. Jako "obca" we Włoszech mogę potwierdzić, że nikt nigdy nie dał mi do zrozumienia, iż jestem tu niechciana. Wciskanie wszędzie rasistowskiego argumentu doprowadza mnie do rozpaczy.

Jeszcze do niedawna byłam przekonana, że Italia, pomimo wszystko, jest krajem bezpiecznym, lecz po tym, co się wydarzyło, jestem zmuszona zmienić zdanie. Oussenynou Sy, bo tak się nazywa przestępca, jest dowodem na to, iż licho niestety nie śpi, a zło może zaatakować wszędzie i to w niewinne dzieci. Senegalczyk jest również przykładem tego, że nie każdy obcokrajowiec ma ochotę się zintegrować, nawet jeśli żyje we Włoszech kilkanaście lat i posiada obywatelstwo. Facet planował skrzywdzić dzieci, był przepełniony nienawiścią i niemożliwe jest, że niektórzy mu współczują. Jedna z polityków lewicy w wywiadzie telewizyjnym powiedziała, że biorąc pod uwagę to, co dzieje się na morzu, jego gest jest całkowicie zrozumiały, a to już niewiele do usprawiedliwienia postępku terrorysty. Gdyby w autobusie znajdowało się jej syn czy córka, tak samo by śpiewała? Włochy przestały być bezpieczne nie tylko dlatego, że szlachetna idea integracji nie zawsze przynosi owoce, lecz także dlatego, iż akt dokonany przez kierowcę autobusu nie został potępiony przez wszystkich polityków, bez względu na przekonania. Skoro znaleźli się ludzie próbujący znaleźć wytłumaczenie dla faceta mającego zamiar wysadzić w powietrze dzieci, to oznacza dla mnie mniej więcej tyle, iż należy zacząć się bać. Nie potencjalnych terrorystów (bo tych się boimy z zasady), ale osób, którym poprawność polityczna przysłoniła rozum i nie widzą tego, że ich hasła, tak piękne w teorii, w praktyce już nie są tak łatwe do przerobienia. Włoski świat w obliczu podobnych tragedii powinien stać za sobą murem, a nie te mury tworzyć. Każde słowo obrony wobec senegalskiego obywatela Włoch jest zaproszeniem do podobnych zdarzeń. Wczoraj byliśmy o krok od tragedii, jutro możemy nie mieć tego szczęścia.


zdjęcie- Il Post

Al Bano w oparach (ukraińskiego) absurdu

by 14 marca

Jaka piosenka kojarzy się z Włochami? To pytanie, na które większość odpowiada: "La felicita", bo chyba żaden włoski utwór nie zrobił takiej kariery, jak nieśmiertelny klasyk w wykonaniu Al Bano i Rominy Power. Nie ma też osoby, której kawałek ten by się nie podobał, ponieważ to wyśpiewane "szczęście" jest kwintesencją wszystkiego, co włoskie i ma w sobie tyle radości, że wzbudziłoby uśmiech na twarzy największego marudy. Tymczasem ostatnio ten uśmiech u samego Al Bano zamienił się w grymas, gdyż został on uznany przez władze Ukrainy za zagrożenie i nie jest to żart, ani fake news, a ponura prawda. Poczciwy Al Bano, jeden z najbardziej znanych i lubianych ambasadorów włoskiej piosenki, ma teraz na głowie ukraiński bunt, bo ktoś go uznał za terrorystę. I tylko dlatego, że jest zwolennikiem Putina. 

Nie mnie oceniać uwielbienie włoskiego piosenkarza dla rosyjskiego prezydenta i nie mnie go nawracać, zwłaszcza że Al Bano ma w sumie podstawy, by lubić Putina. Niedawno zagrał w Rosji kilka koncertów i zarobił na nich krocie, więc na pewno wspomina rosyjską przygodę niezwykle miło. Prezydent Putin jest dla niego wyrazistym i zdecydowanym politykiem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i być może z tego powodu odczuwa do niego sympatię, ale na Boga, to jeszcze nie powód, aby wpisywać go na czarną listą i oczerniać jego wizerunek. Pogląd, iż Al Bano jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Ukrainy, jest tak samo szalony jak ten, iż ziemia jest płaska. Al Bano, ten dobroduszny piosenkarz z włoskiej prowincji, nie wzbudza żadnego ryzyka i nie jest groźny nawet dla swojego kota (o ile go ma). Cały świat przytoczył stanowisko Ukrainy, reputacja piosenkarza została nadszarpnięta, a on sam żąda przeprosin. I słusznie, bo nie szuka się zagrożeń tam, gdzie ich nie ma i nie robi się z porządnego człowieka przestępcy.

Italia, co było do przewidzenia, zatrzęsła się ze śmiechu po ukraińskich rewelacjach. Internet pęka od memów z Al Bano i uważa go teraz za szefa wszystkich szefów, potężniejszego od samego Trumpa. Piosenkarz od lat nie schodzi z pierwszych stron gazet, choć co ciekawe, bardziej od jego artystycznych dokonań, mówi się o życiu prywatnym Al Bano. Była żona Romina Power i była partnerka Loredana Lecciso są łakomymi kąskami dla włoskich mediów i co rusz, czy to jedna, czy druga (zwłaszcza ta druga), pojawiają się w telewizji i odpowiadają na pytania, jak to właściwie jest w klanie Carrisi. Al Bano ma tego dość i jak twierdzi- nie znosi być celebrytą, nie przeszkadza mu to jednak być gościem w różnych show i rozprawiać na tematy miłosne. Biorąc pod uwagę zawirowania z kobietami, rewelacje z Ukrainy to pestka, bo mieć przy sobie dwie niewiasty to naprawdę sporo. Jowialny Al Bano ma więc ciężki orzech do zgryzienia i zamiast zostawić go w spokoju, dokłada mu się nowych kłopotów. Władze Ukrainy powinny przeprosić piosenkarza i zaprosić go na serię koncertów, a może wtedy nadchodzący kryzys zostanie zażegnany. Ikon się nie tyka, tylko je hołubi, zaś póki co, życzyłabym wszystkim "terrorysty", jakim jest Al Bano. Gdyby zagrożenie stanowiły tylko takie osoby, jak on, świat byłby piękniejszy i moglibyśmy śpiewać "Felicita" na okrągło.



zdjęcie- Il Tempo

O piłce, roli kobiet i erotyźmie, czyli seksizm po włosku

by 07 marca


Lubię piłkę nożną i znam wiele kobiet, które również przepadają za tym sportem, a ich wiedza o futbolu jest naprawdę spora. Nie uważam, by było w tym coś dziwnego ani nadzwyczajnego, bo sport jest dla wszystkich, a nie tylko dla mężczyzn, jak sugerują niektórzy. Kiedy więc usłyszałam słowa eks piłkarza, nomen omen mistrza świata z 1982 roku- Fulvio Collovatiego o tym, że panie nie znają się na piłce, wkurzyłam się na całego. Collovati powiedział, że "kiedy kobieta rozmawia o taktyce, to przewraca mu się w żołądku". Mnie też się przewróciło, ale ze złości. Stwierdzenie, że kobiety nie rozumują jak mężczyźni, jest okropne, poniżające i seksistowskie. Były piłkarz został chwilowo odsunięty od programu, w którym brał czynny udział i sprawa rozeszła się jako tako po kościach, lecz niesmak pozostał. Nie żyjemy w średniowieczu i zakładanie, że mężczyźni są od nas mądrzejsi, jest malutkie. 

Nie trzeba być wybitnym myślicielem, żeby pojąć prawa rządzące w piłce nożnej, ponieważ są one proste jak konstrukcja cepa. Nie mam zatem pojęcia, skąd przekonanie, że jedynie faceci potrafią ogarnąć to, co dzieje się na piłkarskim boisku. Kobiety nie oglądają meczów z powodu przystojniaków na murawie (no dobra, niektóre oglądają), wiedzą co to spalony i są w stanie wymienić wszystkie drużyny występujące w Serie A. Patrzenie więc z politowaniem na to, że możemy dyskutować o piłce nożnej, jest niedopuszczalne i pokazuje, jak wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii praw kobiet. Nigdy nie byłam wojującą feministką, przyznaję, niemniej nie lubię i nie potrafię przejść obojętnie wobec traktowania nas z góry, bo przecież piłka nożna jest dla facetów. Nie wiem, kto to wymyślił i tak sądzi, ale to powielane od lat hasło powinno już dawno przejść do lamusa. Na razie niestety lamusi je wypowiadają i na antenie włoskiej telewizji publicznej. 

Problem z gorszym traktowaniem kobiet nie dotyczy jednak tylko sportu. Przykład, o którym za chwilę wspomnę, jest dosyć kontrowersyjny, jako że dotyczy sfery erotycznej. Kilka lat temu w jednym z reality we włoskiej tv ("Wyspa Celebrytów")  wystąpił gwiazdor filmów porno Rocco Siffredi i nikt nie był tym zszokowany, bo Rocco to symbol jurnego byka i kultowy aktor erotycznych produkcji. Internet się nie oburzył, fora nie zadrżały, a aktorowi przybyło wielu nowych fanów. Dwie czy trzy edycje później do programu zaproszo aktorkę porno- Malenę i opinia publiczna nie była dla niej tak łaskawa, jak dla kolegi po fachu. Kobieta występująca w produkcjach pornograficznych zasługuje na opinię prostytutki i tak też Malena została określona. To, co uchodzi mężczyźnie i jest akceptowane przez społeczeństwo, nie za bardzo już wypada kobiecie. Nie mnie oceniać wybory życiowe Maleny, ale wzbudza się we mnie sprzeciw, gdy słyszę, że usprawiedliwia się aktora porno, bo to facet, a na kobiecie - aktorce nie pozostawia się suchej nitki. Rocco Siffredi jest dla Włochów ucieleśnieniem męskości, zaś Malena to kobieta lekkich obyczajów. I podkreślam raz jeszcze, nie oceniam wyborów zawodowych wspomnianych osób, a fakt, że ta sama ścieżka kariery jest postrzegana zupełnie inaczej. I z tego powodu, cytując opinię byłego piłkarza, przewraca mi się trochę w żołądku.



zdjęcie- Corriere  Della Sera

Festiwal w Sanremo a kondycja włoskiego społeczeństwa

by 19 lutego

Ponad tydzień temu zakończył się festiwal w Sanremo i nadal nie cichną spekulacje na jego temat. Kontrowersje wzbudziło wszystko, od prowadzących począwszy, a na nieoczekiwanym zwycięzcy skończywszy. Nie byłam w stanie wysiedzieć pięciu wieczorów przed telewizorem, przyznaję to bez bicia, ale zobaczyłam dosyć, żeby wyrobić sobie opinię o najważniejszym festiwalu muzycznym w Italii i zastanowić się nad tym, jak i na ile Sanremo odzwierciedla nastroje włoskiego społeczeństwa. Bo Sanremo to takie Włochy w pigułce- jest pot, są łzy, jest obraza, są kłótnie, jest kabaret i są politycy, a to wystarczy, aby przeciętny Włoch usiadł przed telewizorem i się oburzał, lub przeciwnie, był zachwycony.

W tym roku wiadomo było, iż będzie gorąco, ponieważ lewicowa telewizja RAI postanowiła wyjść na przeciw swoim sympatiom i uderzyć w prawicę, a to w osobie współprowadzącego show Claudio Bisio, a to w festiwalowych gościach. Osobiście nie przepadam za artystami, którzy manifestują w różny sposób poglądy polityczne, stąd też Bisio, którego bardzo lubię jako aktora, wiele u mnie stracił. Fakt, że jest zwolennikiem lewicy, jest dla mnie mało istotny, ważne natomiast jest to, że był on niezbyt obiektywny. Przemowa Bisio (czy jak kto woli skecz) znowu podzieliły Włochów, bo percepcja większości z nich odbiega od tej, jaką przedstawił aktor. Ten biedny, niemający pojęcia co robi naród, tak naprawdę ma się lepiej, niż kiedy władza była po lewej stronie.

W ogóle w festiwalu najważniejsza powinna być muzyka i tak też było w Sanremo, niemniej nie obyło się bez wpadek. Padły oskarżenia o to, że promuje się "niewłoskie" piosenki, czy o to, że jeden z utworów był hymnem do narkotycznej radości, a telewizja publiczna nie powinna przecież promować takich kawałków. Autor piosenki, niejaki Achille Lauro tłumaczył wszem wobec, iż tytuł "Rolls Royce" nie ma nic wspólnego z pigułką ekstazy, ale i tak nikt mu nie uwierzył. Słowa tekstu odnoszą się do legendarnych wykonawców, którzy przedawkowali, zaś sam Lauro ze swoją, nazwijmy to, osobowością i przeszłością jako diler narkotykowy, nie jest osobą zbyt wiarygodną. Skandal z nim w roli głównej znowu podzielił Włochów, bo dla wielu "Rolls Royce" to tylko piosenka i nie trzeba w niej doszukiwać się drugiego dna, dla innych zaś wykonawca powinien zostać wyrzucony z Sanremo, ponieważ telewizja publiczna nie może w żaden sposób promować używek.

Zwycięski utwór, czyli piosenka "Soldi" w wykonaniu Mahmooda (czytaj Mamuta) spowodowała trzęsienie ziemi na muzycznej mapie Włoch. Mahmood nie był faworytem, sondaże typowały Ultimo czy Il Volo, a wygrał gość, którego jeszcze wczoraj nikt nie znał. Głosowanie w Sanremo jest dosyć dyskusyjne, jako że o zwycięstwie głosuje profesjonale jury do spółki z telewidzami. Jury wybiera najlepszy utwór, tak samo robi publiczność i po zsumowaniu ogłasza się zwycięzcę. Okazało się jednak, że w tym roku głosów widzów nie wzięto pod uwagę, ponieważ wybrali oni Ultimo z prawie 50 procentami głosów, natomiast Mahmood był na ostatnim miejscu. Gdy sprawa się rypła i wyszło na jaw, że vox populi został zlekceważony, sieć zaroiła się od protestów. Mahmood wygrał, bo (jak głosi legenda) dyrektor artystyczny i prowadzący w jednym festiwalu- Claudio Baglioni chciał zrobić na złość Matteo Salviniemu. Mahmood bowiem został okrzyknięty paladynem imigrantów, choć całe życie mieszka w Mediolanie i czuje się Włochem, gdyż ma włoską matkę (ojciec pochodzi z Egiptu). Włosi uważają zatem, że wygrała nie sztuka, lecz polityka, a stoi za tym znienawidzony przez opozycję Minister Spraw Wewnętrznych.

Tymczasem wyklęty minister nie tylko nie oburzył się z wygranej Mahmooda, ale nawet zadzwonił do niego i pogratulował zwycięstwa. Mahmood to młody chłopak i mieszanie go w polityczne gierki nie było najlepszym rozwiązaniem, a jego triumf w Sanremo nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, czyli gniewu Salviniego. Bardziej ludzi wkurzyło to, iż w jury zasiadały osoby niezbyt ogarnięte muzycznie i to one zadecydowały o tym, kto będzie najlepszy. Polityka i muzyka nie idą ze sobą w parze, co wiadomo od dawna, ale nigdy nie wiadomo w Sanremo. A Włosi, jak to oni, nadal dyskutują w barach o minionym już festiwalu i nadziwić się nie mogą, jak mogli to oglądać. Wspominają Baglioniego, który w jednej z kreacji wyglądał jak kelner, z zachwytem mówią o reaktywacji gwiazdy Loredany Berte, śmieją się podejrzeń o szatanizm panny Virginii Raffaele i dziwują się niepomiernie, że w Italii jest tylu raperów. Za chwilę emocje opadną i wszystko wróci do normy, a zwycięską piosenkę jeszcze długo będziemy nucić, niektórzy z pragnieniem wiecznych pieniędzy ("soldi" to po włosku "pieniądze"). Tegoroczny festiwal pozostawił wiele do życzenia, co nie zmienia faktu, iż Włosi się nim emocjonowali. Nikt nie jest idealny, a w życiu chodzi o to, żeby się rozluźnić. Festiwalowy luz w te zimne, lutowe dni, zdziałał cuda.



zdjęcie- Liveunict

W (nie)zgodzie z zasadami, czyli Włosi na drogach

by 30 stycznia

Często słyszę zachwyty nad fantazją Włochów jako kierowców i równie często się tym zachwytom dziwię. Być może samochód zaparkowany na środku ulicy czy notoryczne nieprzestrzeganie zasad wydają się fajne z perspektywy turysty, który widzi te szaleństwo kilkanaście dni na włoskich wakacjach i mu się podoba, niemniej codzienne obcowanie z włoskimi kierowcami już takie sympatyczne nie jest. Niedostosowywanie się bowiem do reguł panujących na ulicach to nie jest żadna wyobraźnia czy włoski romantyzm (i takie opinie słyszałam), a zwyczajna głupota i lekkomyślność. Nie cierpię jeździć autem, nie rozumiem, jak można zostawiać je, gdzie popadnie i nieprzerwanie dziwię się temu, dlaczego na włoskich drogach tak mało jest kontroli. Chyba właśnie z tego powodu Włosi za kółkiem za dużo sobie pozwalają i zwykłe ulice traktują niczym tor wyścigowy.

Przekraczanie szybkości to nie jedyny ich wybryk. Chociaż używanie komórek podczas kierowania jest zakazane i wszyscy wiemy, jak ryzykowne, to nie przeszkadza niektórym w prowadzeniu samochodu. Codziennie widzę kierowców, którzy zamiast skupić się na drodze, rozmawiają przez telefon komórkowy albo wysyłają jedną ręką wiadomości, a drugą starają się manewrować kierownicę (i spróbuj im tylko zwrócić uwagę, a wyślą cię do diabła lub postraszą rzutem ową komórką). Przypadków wypadków spowodowanych właśnie przez korzystanie z telefonów ciągu jazdy jest co niemiara, ale to Włochów nic nie uczy. Rozmawiają bez przerwy, nie zdając sobie sprawy z tego, że narażają przechodniów, innych kierowców i przy okazji siebie na niebezpieczeństwo. A przecież po coś wynaleziono słuchawki do komórek...

Stawanie na światłach rodzi pytanie, po co w ogóle w Italii stosowane są trzy kolory, skoro pomarańczowy można było śmiało pominąć. Rzadko kto się nim przejmuje i przejeżdża, gdy się włączy, a gdy jakiś zbłąkany kierowca się zatrzymuje, to pozostali zaczynają trąbić i wymyślać Bogu ducha winnemu poczciwinie. Przechodząc zaś na pasach musimy uważać i mieć oczy szeroko otwarte, ponieważ nie każdy będzie chciał nas przepuścić, trzeba jednak uczciwie przyznać, że z tym jest coraz lepiej i kierowcy wykazują się sporą dawką kultury. Najgorsze natomiast jest zostawianie aut gdzie popadnie, choć o miejsca parkingowe nietrudno. Parkowanie samochodów w miejscach niedozwolonych to jakaś plaga, na którą nie ma lekarstwa, bo nikomu nie chce się z tym nic robić. Z perspektywy pasażerki widzę, jak takie auto zaparkowane prawie na środku ulicy może być niebezpieczne dla innych i dziwi mnie, że ten włoski zwyczaj może się podobać, ba, ludzie są nim zachwyceni.

Pod koniec sierpnia mieliśmy niemiłą przygodę, na wspomnienie której nadal przechodzą mnie dreszcze. Wracaliśmy wieczorem do domu, ruch był niewielki, gdy nagle zauważyłam, że mąż zaczął się denerwować i patrzeć w lusterko. Okazało się, że samochód jadący za nami nie utrzymywał bezpiecznej odległości, więc mąż pokazywał do lusterka kierowcy, aby zwolnił i się przesunął. Ten ani nie śmiał i w zamian wykonywał słynny gest, który znaczy tyle, co "czego do diabła chcesz". Ogarnęło mnie zdenerwowanie, mimo że zazwyczaj jestem bardzo spokojna w samochodzie, bo mąż ma prawo jazdy ponad 20 lat, nigdy nie dostał mandatu za złą jazdę, a do Polski jeździ sam i zawsze bezpiecznie nas dowozi (odpukać). Facet ciągle trzymał się za blisko i niestety miało to fatalne skutki. Kiedy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle, nie zdążył wyhamować i wylądował na bagażniku, powodując stłuczkę. Wyszliśmy z tej kolizji cali i zdrowi, aczkolwiek moja psyche mocno na tym ucierpiała, ponieważ kiedy jedziemy autem, ciągle jestem zestresowana i patrzę w lusterko, czy aby nikt się do nas nie zbliża. I to nie jest tak, że wszyscy włoscy kierowcy to szaleńcy i robią na ulicach, co im się żywnie podoba, niemniej niektórym przydałoby się odebrać prawo jazdy. U nas jest mniej chaotyczne (chyba dlatego, że nie ma tylu skuterów) i za każdym razem, gdy jesteśmy w kraju mąż nie może się nadziwić, jakie polskie drogi są spokojne. Włoch wie, co mówi.

6 lat blogowania - o mamma mia!

by 23 stycznia

Wszystko zaczęło się sześć lat temu, gdy siedziałam w domu z kilkumiesięczną Gają i zastanawiałam się, co by tu zrobić, żeby nie oszaleć. Odpaliłam komputer i przeglądałam strony w poszukiwaniu inspiracji, po czym natkęłam się na jeden z blogów i przyszedł mi do głowy pomysł, by również założyć internetowy pamiętnik. Weszłam na pierwszą lepszą platformę, wymyśliłam tytuł, napisałam debiutancki wpis i ... poszło. Jako świeżo upieczona matka nie wyobrażałam sobie wtedy nie pisać o macierzyństwie, więc przez pierwsze lata blog poruszał sprawy stricte parentingowe, a ja czułam się dobrze w takim wydaniu. I pewnie nadal pisałabym o pieluszkach, gdyby nie kryzys, który dotknął Włochy, mnie zaś pobudził do działania. Zapragnęłam dzielić się tym, co dzieje się w Italii i zrozumiałam przy okazji, że nie mam już ochoty dyskutować o dzieciach. To był fajny czas, i owszem, ale chciałam pójść o krok dalej. A jako że zmiany są dobre, to nie zastanawiałam się długo i nowa odsłona bloga powstała błyskawicznie. Rocznica blogowa to odpowiedni czas, by przyjrzeć się temu, jak i czy w ogóle się rozwinęłam.

Ogólnie uważam, że podsumowania blogowe nie są czytelnikom potrzebne do szczęścia i wcale ich nie interesują, przynajmniej ja tak mam. Nie obchodzą mnie statystyki na konkurencyjnych blogach, czy liczba wpisów, nie ścigam się też o to, by być na czele wirtualnego peletonu. Nie czuję się wyjątkowa jako blogerka, ponieważ blogów jest na pęczki, a o samych Włoszech znajdziecie ich w sieci bez liku. Mój spośród innych wyróżnia tematyka, gdyż chyba tylko ja piszę o sprawach społeczno - politycznych (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Te dwa lata pod włoskim znakiem dały mi dużo, wydaje mi się, że teksty są dojrzalsze i głębsze, a mój zmysł obserwowania dosyć się wyostrzył. Nie zrozumcie mnie źle, nie zamierzam stawiać sobie pomników, zwłaszcza że na co dzień jestem wobec siebie aż zanadto krytyczna. Chodzi mi o to, że pod względem blogowania poszłam do przodu, mimo iż publikuję niewiele, ale jakość tekstów w porównaniu do ubiegłych lat moim zdaniem się polepszyła. Czasem czytam archiwalne wpisy i myślę, jak mogłam takie głupoty opublikować, lecz ich nie usuwam, bo są one opisem moich pierwszych kroków na emigracji. 

No właśnie, blog towarzyszy mi, odkąd mieszkam za granicą. Niedawno chciałam go usunąć, gdyż miałam jakieś rozterki, więc stwierdziłam, że najwyższy czas zakończyć blogowanie. Spojrzałam jednak na swoją stronę i po raz kolejny zmieniłam zdanie, gdyż zrobiło mi się żal minionych lat i tego, że mogłabym nacisnąć klawisz "usuń" bez żadnych skrupułów. Za bardzo też lubię pisać, by rzucić to wszystko w diabły i uwolnić się od etykietki blogerki. Pozostałam więc, aczkolwiek znowu wprowadziłam zmiany, ponieważ tak już mam, że gdy coś mi nie pasuje, to działam szybko i sprawnie. Jak zapewne zauważyliście, mój fanpage nie nazywa się już "Ratunku, Italia" i od prawie miesiąca można znaleźć go pod szyldem "Przystanek Italia". Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że słowo "ratunku", które osobiście lubię, nieco mnie ogranicza i nie oddaje do końca charakteru mojego blogowania. Adres bloga póki co pozostanie taki sam, za to logo wkrótce będzie poprawione (na razie myślę nad szczegółami). Nie wiem, czy jest to dobra zmiana, ale mam nadzieję, że zostanie ona zaakceptowana. 

Sześć lat bloga to dobry powód, by zastanowić się nad tym, czy ja się w ogóle znam na blogowaniu. Nie przekształciłam bloga w biznes, nie zarobiłam na nim tysięcy i nie czuję się profesjonalną blogerką, mimo że piszę nie od dzisiaj. W pierwszym roku zarzekałam się, że jedyne, co mnie interesuje, to pisanie i nie mam innych ambicji, lecz dzisiaj wiem, że to było błędne myślenie. Przeszłam na własną domenę, założyłam Instagram, dodałam zakładki do bloga i ruszyłam z nową mocą. Moim sukcesem okazał się mój fanpage, który nie powala liczbą fanów, za to zaangażowanie na nim jest wysokie i daje mi ogromną satysfakcję. Publikuję nam nim czasami perypetie włoskiej ciotki mojego męża i nie ukrywam, że te wpisy mają dla mnie szczególne znaczenie. Są prawdziwe, opowiada mi o nich osobiście ciotka (więcej moja teściowa), a ja przelewam je później na wirtualny papier. Wiele osób pytało mnie, czy ciotka byłaby zadowolona z tego, gdyby wiedziała, że o niej piszę, ponieważ nie zawsze przedstawiam ją w sympatyczny sposób. Nie podaję jednak jej danych osobowych, nie pokazuję jej zdjęć i w żaden sposób nie zbrukałam jej prywatności, więc nie uważam, że robię coś złego. Poza tym ciotka wie, że zdarza mi się o niej wspomnieć  i nie ma do mnie o to pretensji, bo są większe problemy w życiu od bycia bohaterką internetowych anegdotek. Mnie samej wpisy o ciotce dają wiele, gdyż pozwalają uwierzyć, że jestem w stanie napisać coś więcej, niż tylko teksty blogowe. 

Blogowanie to indywidualna sprawa i każdy z nas gra wyłącznie do swojej bramki. Nie jestem wybitną napastniczką (choć postaram się być bardziej aktywna) i nie mam za sobą rzędu dusz, niemniej bilans tych sześciu lat jest według mnie pozytywny. Nadal mi się chce, mimo że co rusz napadają mnie wątpliwości, a przejście na włoską stronę mocy było moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Tematyka bloga w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie i z tym samym entuzjazmem, co zawsze, będę opisywała włoskie bolączki i absurdy, o które w Italii nietrudno. Na pewno niejeden raz będę miała ochotę rzucić laptopem o ścianę (akurat bym się na to odważyła) i przestać się wkurzać, ale wiem, że po czasie wszystko wrzuci do normy. Tymczasem zrobiłam przegląd wpisów z ubiegłego roku i wyszło mi, że największą popularnością cieszył się post na temat woreczków za jeden grosz, co dla mnie jest potwierdzeniem tego, że wbrew wcześniejszym zapewnieniom nic z blogowania nie zrozumiałam. Pisałam o nowym rządzie, katastrofie w Genui, poruszałam sprawę rasizmu i inne bolączki społeczne, a czytelnicy najbardziej docenili wpis dotyczący włoskich sklepów. O mamma mia!



zdjęcie- MySocialWeb

Włoskie kucharzenie, polskie biadolenie

by 16 stycznia

Kolekcjonuję książki mniej więcej od piętnastego roku życia. Mam dosyć pokaźny księgozbiór, jeszcze większy ma mój mąż i jest to dla mnie powód do radości i dumy, bo książki są nieodłącznym elementem naszego życia. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę z pewnej strasznej rzeczy, a mianowicie, że w moim zbiorze nie ma ani jednej książki kucharskiej. Nie przepadam za gotowaniem, do czego przyznaję się bez wstydu, więc nie ma się co dziwić, że w mojej biblioteczce takich pozycji nie ma. Niemniej, odkąd zostałam kurą domową, byłam poniekąd zmuszona poznać tajniki pichcenia i jako tako nauczyłam się gotować. Zapragnęłam też poszerzyć horyzonty i zaczęłam oglądać programy kulinarne, ale miałam z nimi mały problem- w większości z nich przepisy były zbyt wyszukane i nie przypadły mi do gustu. Poza jednym, który niedawno odkryłam.

Przeskakując z kanału na kanał w poszukiwaniu inspiracji, znalazłam show kulinarne w sam raz dla mnie, jako że gospodyni programu gotowała szybko i łatwo, znaczy tak, jak lubię najbardziej. Później odkryłam, kim jest ta kobieta- okazało się, że to blogerka, której przepisy zawojowały internet i na fali popularności zaproponowało jej gotowanie na ekranie. Benedetta Rossi zdobyła to, o czym marzą tysiące blogerów (w tym ja), na facebooku śledzi ją już chyba 5 milionów osób, na insta prawie milion, co dla mnie jest czymś niewyobrażalnym. Nie miałabym nic przeciwko takim cyfrom, choć akurat do telewizji mnie nie ciągnie, bo i twarz niewyjściowa i paraliż przed kamerą. Wróćmy jednak do wątku głównego, czyli gotowania. Oglądałam Benedettę w akcji i napomknęłam mężowi o tym, że wydała książki z przepisami i najnowszą chętnie bym kupiła, w końcu czas przejść na wyższy poziom mocy i zacząć gotować niczym Włoszka, no w każdym razie lepiej niż dotychczas. Przypuszczałam, że mąż jednym uchem wysłuchał, co mam do powiedzenia, a drugim mu to wyleciało i zapomniałam o sprawie. Okres świąteczny minął i tym samym moje nagłe zainteresowanie kuchnią straciło na mocy, co zresztą było do przewidzenia.

Tymczasem mąż na początku stycznia obchodził urodziny i jednym z prezentów, które dostał, był bon podarunkowy do znanej sieci księgarni. Od razu go wykorzystał i zamówił dla siebie kolekcjonerskie wydanie Władcy Pierścieni, gdyż jest wielkim entuzjastą Tolkiena. Minęło kilka dni i paczka przyszła do domu, a jej zawartość bardzo mnie zaskoczyła. Oprócz Tolkienia znajdowała się w niej bowiem jeszcze jedna pozycja, której kompletnie się nie spodziewałam, ponieważ nie sądziłam, iż mąż potraktuje moje słowa poważnie. Otóż zakupił on książkę kucharską wspomnianej przeze mnie Benedetty Rossi i tym samym wprawił mnie w osłupienie. Cóż, zaplątałam się we własne sidła i będę teraz musiała z tej książki korzystać, żeby wydana kasa nie poszła na marne. Przeglądnęłam jej zawartość i doszłam do wniosku, że będę w stanie coś z niej wykrzesać i wykorzystać kilka przepisów. Raczej nie dojdę do wprawy teściowej, która potrafi wyczarować coś z niczego, lecz obiecałam rodzinie, że się postaram i ich zaskoczę. Gdybym była sama i nie miała dzieci, moje gotowanie niewątpliwie skończyłoby się na wrzuceniu do garnku makaronu, a potem dodaniu do niego pesto (oczywiście kupnego) i hulaj kulinarna duszo, lecz nie przystoi mi takie panieńskie pitraszenie. Kto czyta, nie błądzi i miejmy nadzieję, że to mądre przysłowie sprawdzi się nawet w tak beznadziejnej kuchni, jaką jest moja.


zdjęcie- FoxLife

Ten dziwny, włoski rok

by 03 stycznia









To był dziwny, włoski rok. Rok pełen sprzeczności, oczekiwań i niespełnionych marzeń, a jednocześnie piękny rok, który przyniósł ze sobą wiele dobrego.

To był dziwny, włoski rok, bo choć Włosi nie dostali się na Mundial, to najczęściej wyszukiwanym słowem w necie był "mundial" właśnie.

To był dziwny, włoski rok, bo pomimo tego, że w Italii nie ma rodziny królewskiej, to we Włoszech odbył się Royal Wedding. Tak media nazwały ślub Chiary Ferragni i Fedeza, gdyż to prawdziwa książęca para, tyle że rodem z Instagrama (razem posiadają ponad 20 milionów followersów). Miłość w czasach wirtualnej zarazy kwitnie.

To był dziwny, włoski rok, bo orędowniczka akcji #metoo- Asia Argento, została oskarżona o gwałt na  nieletnim. Wierzymy Asi, która zaprzeczyła rewelacjom Jimmiego Benneta, lecz nie możemy oprzeć się wrażeniu, że aktorka nieco się w życiu pogubiła.

To był dziwny, włoski rok, bo sytuacja polityczna w kraju zmieniła się diametralnie. Wybory wygrała prawica i pół Europy zaczęło się martwić tym, iż Włosi strzelili sobie samobójczego gola i zaraz w Italii rozpocznie się rewolucja. Trochę zawrzało, niemniej włoskie podwaliny pozostały nienaruszone i nawet zgrzyty na linii Włochy - Unia Europejska nie spowodowały zapowiadanego trzęsienia ziemi.

To był dziwny, włoski rok, bo druga jego część upłynęła pod znakiem dramatycznych wydarzeń z Genui. Zawalił się fragment wiaduktu Morandi, życie straciły 43 osoby, z czym do tej pory trudno się pogodzić, zwłaszcza że tragedii można było uniknąć. Tego dnia, 14 sierpnia, wszyscy przez trochę byliśmy Genueńczykami.

To był dziwny, włoski rok, bo natura w okrutny sposób dała o sobie znać. Powodzie, trzęsienia ziemi, pożary i nawałnice, a na koniec uaktywnienie się wulkanu Etna. Nierówną walkę z siłami przyrody musiało stoczyć wiele pięknych włoskich miast, jako moje ulubione, magiczne Portofino.

To był dziwny, włoski rok, bo szeregi Serie A zasilił sam Cristiano Ronaldo, a w Italii rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy płacenie ponad stu milionów euro za jednego zawodnika to nie jest aby przesada. Jest i to gruba, co nie zmienia faktu, że w Turynie zapanowała Ronaldomania, zaś kibice Juve nie mają wątpliwości, jaka drużyna w tym sezonie sięgnie po mistrzostwo Włoch (to już zaczyna być naprawdę nudne).

To był dziwny, włoski rok, bo po kilkunastu latach znowu połączył siły słynny filmowy duet Boldi - De Sica i fani aktorów (do których nie zalicza się mój mąż), jak również filmów spod znaku Cinepattone (czyli lekkich komedii w sam raz na świąteczny czas) od miesiąca szturmują kina w całej Italii.

To był dziwny, włoski rok. Rok, który w naszym życiu przyniósł niezwykłą zmianę, jaką była przeprowadzka. Duże miasto zamieniliśmy na prawie wieś i nie żałujemy, choć czasem brakuje mi niepowtarzalnego smaku foccaci, gdyż tutejsza jej do pięt nie sięga. Ale cicho sza.

To był dziwny, włoski rok. Rok, w którym udało mi się zrzucić ponad 15 kilogramów i poczułam się jak nowonarodzona. Po raz pierwszy, odkąd mieszkam w Italii, moja waga drastycznie zeszła w dół, a ja zrozumiałam, że konsekewncja i żelazny upór mogą przynieść wspaniałe rezultaty. I jeśli w 2019 uda mi się utrzymać wagę, to nic więcej do szczęścia nie będzie potrzebne.


Obsługiwane przez usługę Blogger.