W (nie)zgodzie z zasadami, czyli Włosi na drogach

by 30 stycznia

Często słyszę zachwyty nad fantazją Włochów jako kierowców i równie często się tym zachwytom dziwię. Być może samochód zaparkowany na środku ulicy czy notoryczne nieprzestrzeganie zasad wydają się fajne z perspektywy turysty, który widzi te szaleństwo kilkanaście dni na włoskich wakacjach i mu się podoba, niemniej codzienne obcowanie z włoskimi kierowcami już takie sympatyczne nie jest. Niedostosowywanie się bowiem do reguł panujących na ulicach to nie jest żadna wyobraźnia czy włoski romantyzm (i takie opinie słyszałam), a zwyczajna głupota i lekkomyślność. Nie cierpię jeździć autem, nie rozumiem, jak można zostawiać je, gdzie popadnie i nieprzerwanie dziwię się temu, dlaczego na włoskich drogach tak mało jest kontroli. Chyba właśnie z tego powodu Włosi za kółkiem za dużo sobie pozwalają i zwykłe ulice traktują niczym tor wyścigowy.

Przekraczanie szybkości to nie jedyny ich wybryk. Chociaż używanie komórek podczas kierowania jest zakazane i wszyscy wiemy, jak ryzykowne, to nie przeszkadza niektórym w prowadzeniu samochodu. Codziennie widzę kierowców, którzy zamiast skupić się na drodze, rozmawiają przez telefon komórkowy albo wysyłają jedną ręką wiadomości, a drugą starają się manewrować kierownicę (i spróbuj im tylko zwrócić uwagę, a wyślą cię do diabła lub postraszą rzutem ową komórką). Przypadków wypadków spowodowanych właśnie przez korzystanie z telefonów ciągu jazdy jest co niemiara, ale to Włochów nic nie uczy. Rozmawiają bez przerwy, nie zdając sobie sprawy z tego, że narażają przechodniów, innych kierowców i przy okazji siebie na niebezpieczeństwo. A przecież po coś wynaleziono słuchawki do komórek...

Stawanie na światłach rodzi pytanie, po co w ogóle w Italii stosowane są trzy kolory, skoro pomarańczowy można było śmiało pominąć. Rzadko kto się nim przejmuje i przejeżdża, gdy się włączy, a gdy jakiś zbłąkany kierowca się zatrzymuje, to pozostali zaczynają trąbić i wymyślać Bogu ducha winnemu poczciwinie. Przechodząc zaś na pasach musimy uważać i mieć oczy szeroko otwarte, ponieważ nie każdy będzie chciał nas przepuścić, trzeba jednak uczciwie przyznać, że z tym jest coraz lepiej i kierowcy wykazują się sporą dawką kultury. Najgorsze natomiast jest zostawianie aut gdzie popadnie, choć o miejsca parkingowe nietrudno. Parkowanie samochodów w miejscach niedozwolonych to jakaś plaga, na którą nie ma lekarstwa, bo nikomu nie chce się z tym nic robić. Z perspektywy pasażerki widzę, jak takie auto zaparkowane prawie na środku ulicy może być niebezpieczne dla innych i dziwi mnie, że ten włoski zwyczaj może się podobać, ba, ludzie są nim zachwyceni.

Pod koniec sierpnia mieliśmy niemiłą przygodę, na wspomnienie której nadal przechodzą mnie dreszcze. Wracaliśmy wieczorem do domu, ruch był niewielki, gdy nagle zauważyłam, że mąż zaczął się denerwować i patrzeć w lusterko. Okazało się, że samochód jadący za nami nie utrzymywał bezpiecznej odległości, więc mąż pokazywał do lusterka kierowcy, aby zwolnił i się przesunął. Ten ani nie śmiał i w zamian wykonywał słynny gest, który znaczy tyle, co "czego do diabła chcesz". Ogarnęło mnie zdenerwowanie, mimo że zazwyczaj jestem bardzo spokojna w samochodzie, bo mąż ma prawo jazdy ponad 20 lat, nigdy nie dostał mandatu za złą jazdę, a do Polski jeździ sam i zawsze bezpiecznie nas dowozi (odpukać). Facet ciągle trzymał się za blisko i niestety miało to fatalne skutki. Kiedy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle, nie zdążył wyhamować i wylądował na bagażniku, powodując stłuczkę. Wyszliśmy z tej kolizji cali i zdrowi, aczkolwiek moja psyche mocno na tym ucierpiała, ponieważ kiedy jedziemy autem, ciągle jestem zestresowana i patrzę w lusterko, czy aby nikt się do nas nie zbliża. I to nie jest tak, że wszyscy włoscy kierowcy to szaleńcy i robią na ulicach, co im się żywnie podoba, niemniej niektórym przydałoby się odebrać prawo jazdy. U nas jest mniej chaotyczne (chyba dlatego, że nie ma tylu skuterów) i za każdym razem, gdy jesteśmy w kraju mąż nie może się nadziwić, jakie polskie drogi są spokojne. Włoch wie, co mówi.

6 lat blogowania - o mamma mia!

by 23 stycznia

Wszystko zaczęło się sześć lat temu, gdy siedziałam w domu z kilkumiesięczną Gają i zastanawiałam się, co by tu zrobić, żeby nie oszaleć. Odpaliłam komputer i przeglądałam strony w poszukiwaniu inspiracji, po czym natkęłam się na jeden z blogów i przyszedł mi do głowy pomysł, by również założyć internetowy pamiętnik. Weszłam na pierwszą lepszą platformę, wymyśliłam tytuł, napisałam debiutancki wpis i ... poszło. Jako świeżo upieczona matka nie wyobrażałam sobie wtedy nie pisać o macierzyństwie, więc przez pierwsze lata blog poruszał sprawy stricte parentingowe, a ja czułam się dobrze w takim wydaniu. I pewnie nadal pisałabym o pieluszkach, gdyby nie kryzys, który dotknął Włochy, mnie zaś pobudził do działania. Zapragnęłam dzielić się tym, co dzieje się w Italii i zrozumiałam przy okazji, że nie mam już ochoty dyskutować o dzieciach. To był fajny czas, i owszem, ale chciałam pójść o krok dalej. A jako że zmiany są dobre, to nie zastanawiałam się długo i nowa odsłona bloga powstała błyskawicznie. Rocznica blogowa to odpowiedni czas, by przyjrzeć się temu, jak i czy w ogóle się rozwinęłam.

Ogólnie uważam, że podsumowania blogowe nie są czytelnikom potrzebne do szczęścia i wcale ich nie interesują, przynajmniej ja tak mam. Nie obchodzą mnie statystyki na konkurencyjnych blogach, czy liczba wpisów, nie ścigam się też o to, by być na czele wirtualnego peletonu. Nie czuję się wyjątkowa jako blogerka, ponieważ blogów jest na pęczki, a o samych Włoszech znajdziecie ich w sieci bez liku. Mój spośród innych wyróżnia tematyka, gdyż chyba tylko ja piszę o sprawach społeczno - politycznych (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Te dwa lata pod włoskim znakiem dały mi dużo, wydaje mi się, że teksty są dojrzalsze i głębsze, a mój zmysł obserwowania dosyć się wyostrzył. Nie zrozumcie mnie źle, nie zamierzam stawiać sobie pomników, zwłaszcza że na co dzień jestem wobec siebie aż zanadto krytyczna. Chodzi mi o to, że pod względem blogowania poszłam do przodu, mimo iż publikuję niewiele, ale jakość tekstów w porównaniu do ubiegłych lat moim zdaniem się polepszyła. Czasem czytam archiwalne wpisy i myślę, jak mogłam takie głupoty opublikować, lecz ich nie usuwam, bo są one opisem moich pierwszych kroków na emigracji. 

No właśnie, blog towarzyszy mi, odkąd mieszkam za granicą. Niedawno chciałam go usunąć, gdyż miałam jakieś rozterki, więc stwierdziłam, że najwyższy czas zakończyć blogowanie. Spojrzałam jednak na swoją stronę i po raz kolejny zmieniłam zdanie, gdyż zrobiło mi się żal minionych lat i tego, że mogłabym nacisnąć klawisz "usuń" bez żadnych skrupułów. Za bardzo też lubię pisać, by rzucić to wszystko w diabły i uwolnić się od etykietki blogerki. Pozostałam więc, aczkolwiek znowu wprowadziłam zmiany, ponieważ tak już mam, że gdy coś mi nie pasuje, to działam szybko i sprawnie. Jak zapewne zauważyliście, mój fanpage nie nazywa się już "Ratunku, Italia" i od prawie miesiąca można znaleźć go pod szyldem "Przystanek Italia". Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że słowo "ratunku", które osobiście lubię, nieco mnie ogranicza i nie oddaje do końca charakteru mojego blogowania. Adres bloga póki co pozostanie taki sam, za to logo wkrótce będzie poprawione (na razie myślę nad szczegółami). Nie wiem, czy jest to dobra zmiana, ale mam nadzieję, że zostanie ona zaakceptowana. 

Sześć lat bloga to dobry powód, by zastanowić się nad tym, czy ja się w ogóle znam na blogowaniu. Nie przekształciłam bloga w biznes, nie zarobiłam na nim tysięcy i nie czuję się profesjonalną blogerką, mimo że piszę nie od dzisiaj. W pierwszym roku zarzekałam się, że jedyne, co mnie interesuje, to pisanie i nie mam innych ambicji, lecz dzisiaj wiem, że to było błędne myślenie. Przeszłam na własną domenę, założyłam Instagram, dodałam zakładki do bloga i ruszyłam z nową mocą. Moim sukcesem okazał się mój fanpage, który nie powala liczbą fanów, za to zaangażowanie na nim jest wysokie i daje mi ogromną satysfakcję. Publikuję nam nim czasami perypetie włoskiej ciotki mojego męża i nie ukrywam, że te wpisy mają dla mnie szczególne znaczenie. Są prawdziwe, opowiada mi o nich osobiście ciotka (więcej moja teściowa), a ja przelewam je później na wirtualny papier. Wiele osób pytało mnie, czy ciotka byłaby zadowolona z tego, gdyby wiedziała, że o niej piszę, ponieważ nie zawsze przedstawiam ją w sympatyczny sposób. Nie podaję jednak jej danych osobowych, nie pokazuję jej zdjęć i w żaden sposób nie zbrukałam jej prywatności, więc nie uważam, że robię coś złego. Poza tym ciotka wie, że zdarza mi się o niej wspomnieć  i nie ma do mnie o to pretensji, bo są większe problemy w życiu od bycia bohaterką internetowych anegdotek. Mnie samej wpisy o ciotce dają wiele, gdyż pozwalają uwierzyć, że jestem w stanie napisać coś więcej, niż tylko teksty blogowe. 

Blogowanie to indywidualna sprawa i każdy z nas gra wyłącznie do swojej bramki. Nie jestem wybitną napastniczką (choć postaram się być bardziej aktywna) i nie mam za sobą rzędu dusz, niemniej bilans tych sześciu lat jest według mnie pozytywny. Nadal mi się chce, mimo że co rusz napadają mnie wątpliwości, a przejście na włoską stronę mocy było moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Tematyka bloga w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie i z tym samym entuzjazmem, co zawsze, będę opisywała włoskie bolączki i absurdy, o które w Italii nietrudno. Na pewno niejeden raz będę miała ochotę rzucić laptopem o ścianę (akurat bym się na to odważyła) i przestać się wkurzać, ale wiem, że po czasie wszystko wrzuci do normy. Tymczasem zrobiłam przegląd wpisów z ubiegłego roku i wyszło mi, że największą popularnością cieszył się post na temat woreczków za jeden grosz, co dla mnie jest potwierdzeniem tego, że wbrew wcześniejszym zapewnieniom nic z blogowania nie zrozumiałam. Pisałam o nowym rządzie, katastrofie w Genui, poruszałam sprawę rasizmu i inne bolączki społeczne, a czytelnicy najbardziej docenili wpis dotyczący włoskich sklepów. O mamma mia!



zdjęcie- MySocialWeb

Włoskie kucharzenie, polskie biadolenie

by 16 stycznia

Kolekcjonuję książki mniej więcej od piętnastego roku życia. Mam dosyć pokaźny księgozbiór, jeszcze większy ma mój mąż i jest to dla mnie powód do radości i dumy, bo książki są nieodłącznym elementem naszego życia. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę z pewnej strasznej rzeczy, a mianowicie, że w moim zbiorze nie ma ani jednej książki kucharskiej. Nie przepadam za gotowaniem, do czego przyznaję się bez wstydu, więc nie ma się co dziwić, że w mojej biblioteczce takich pozycji nie ma. Niemniej, odkąd zostałam kurą domową, byłam poniekąd zmuszona poznać tajniki pichcenia i jako tako nauczyłam się gotować. Zapragnęłam też poszerzyć horyzonty i zaczęłam oglądać programy kulinarne, ale miałam z nimi mały problem- w większości z nich przepisy były zbyt wyszukane i nie przypadły mi do gustu. Poza jednym, który niedawno odkryłam.

Przeskakując z kanału na kanał w poszukiwaniu inspiracji, znalazłam show kulinarne w sam raz dla mnie, jako że gospodyni programu gotowała szybko i łatwo, znaczy tak, jak lubię najbardziej. Później odkryłam, kim jest ta kobieta- okazało się, że to blogerka, której przepisy zawojowały internet i na fali popularności zaproponowało jej gotowanie na ekranie. Benedetta Rossi zdobyła to, o czym marzą tysiące blogerów (w tym ja), na facebooku śledzi ją już chyba 5 milionów osób, na insta prawie milion, co dla mnie jest czymś niewyobrażalnym. Nie miałabym nic przeciwko takim cyfrom, choć akurat do telewizji mnie nie ciągnie, bo i twarz niewyjściowa i paraliż przed kamerą. Wróćmy jednak do wątku głównego, czyli gotowania. Oglądałam Benedettę w akcji i napomknęłam mężowi o tym, że wydała książki z przepisami i najnowszą chętnie bym kupiła, w końcu czas przejść na wyższy poziom mocy i zacząć gotować niczym Włoszka, no w każdym razie lepiej niż dotychczas. Przypuszczałam, że mąż jednym uchem wysłuchał, co mam do powiedzenia, a drugim mu to wyleciało i zapomniałam o sprawie. Okres świąteczny minął i tym samym moje nagłe zainteresowanie kuchnią straciło na mocy, co zresztą było do przewidzenia.

Tymczasem mąż na początku stycznia obchodził urodziny i jednym z prezentów, które dostał, był bon podarunkowy do znanej sieci księgarni. Od razu go wykorzystał i zamówił dla siebie kolekcjonerskie wydanie Władcy Pierścieni, gdyż jest wielkim entuzjastą Tolkiena. Minęło kilka dni i paczka przyszła do domu, a jej zawartość bardzo mnie zaskoczyła. Oprócz Tolkienia znajdowała się w niej bowiem jeszcze jedna pozycja, której kompletnie się nie spodziewałam, ponieważ nie sądziłam, iż mąż potraktuje moje słowa poważnie. Otóż zakupił on książkę kucharską wspomnianej przeze mnie Benedetty Rossi i tym samym wprawił mnie w osłupienie. Cóż, zaplątałam się we własne sidła i będę teraz musiała z tej książki korzystać, żeby wydana kasa nie poszła na marne. Przeglądnęłam jej zawartość i doszłam do wniosku, że będę w stanie coś z niej wykrzesać i wykorzystać kilka przepisów. Raczej nie dojdę do wprawy teściowej, która potrafi wyczarować coś z niczego, lecz obiecałam rodzinie, że się postaram i ich zaskoczę. Gdybym była sama i nie miała dzieci, moje gotowanie niewątpliwie skończyłoby się na wrzuceniu do garnku makaronu, a potem dodaniu do niego pesto (oczywiście kupnego) i hulaj kulinarna duszo, lecz nie przystoi mi takie panieńskie pitraszenie. Kto czyta, nie błądzi i miejmy nadzieję, że to mądre przysłowie sprawdzi się nawet w tak beznadziejnej kuchni, jaką jest moja.


zdjęcie- FoxLife

Ten dziwny, włoski rok

by 03 stycznia









To był dziwny, włoski rok. Rok pełen sprzeczności, oczekiwań i niespełnionych marzeń, a jednocześnie piękny rok, który przyniósł ze sobą wiele dobrego.

To był dziwny, włoski rok, bo choć Włosi nie dostali się na Mundial, to najczęściej wyszukiwanym słowem w necie był "mundial" właśnie.

To był dziwny, włoski rok, bo pomimo tego, że w Italii nie ma rodziny królewskiej, to we Włoszech odbył się Royal Wedding. Tak media nazwały ślub Chiary Ferragni i Fedeza, gdyż to prawdziwa książęca para, tyle że rodem z Instagrama (razem posiadają ponad 20 milionów followersów). Miłość w czasach wirtualnej zarazy kwitnie.

To był dziwny, włoski rok, bo orędowniczka akcji #metoo- Asia Argento, została oskarżona o gwałt na  nieletnim. Wierzymy Asi, która zaprzeczyła rewelacjom Jimmiego Benneta, lecz nie możemy oprzeć się wrażeniu, że aktorka nieco się w życiu pogubiła.

To był dziwny, włoski rok, bo sytuacja polityczna w kraju zmieniła się diametralnie. Wybory wygrała prawica i pół Europy zaczęło się martwić tym, iż Włosi strzelili sobie samobójczego gola i zaraz w Italii rozpocznie się rewolucja. Trochę zawrzało, niemniej włoskie podwaliny pozostały nienaruszone i nawet zgrzyty na linii Włochy - Unia Europejska nie spowodowały zapowiadanego trzęsienia ziemi.

To był dziwny, włoski rok, bo druga jego część upłynęła pod znakiem dramatycznych wydarzeń z Genui. Zawalił się fragment wiaduktu Morandi, życie straciły 43 osoby, z czym do tej pory trudno się pogodzić, zwłaszcza że tragedii można było uniknąć. Tego dnia, 14 sierpnia, wszyscy przez trochę byliśmy Genueńczykami.

To był dziwny, włoski rok, bo natura w okrutny sposób dała o sobie znać. Powodzie, trzęsienia ziemi, pożary i nawałnice, a na koniec uaktywnienie się wulkanu Etna. Nierówną walkę z siłami przyrody musiało stoczyć wiele pięknych włoskich miast, jako moje ulubione, magiczne Portofino.

To był dziwny, włoski rok, bo szeregi Serie A zasilił sam Cristiano Ronaldo, a w Italii rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy płacenie ponad stu milionów euro za jednego zawodnika to nie jest aby przesada. Jest i to gruba, co nie zmienia faktu, że w Turynie zapanowała Ronaldomania, zaś kibice Juve nie mają wątpliwości, jaka drużyna w tym sezonie sięgnie po mistrzostwo Włoch (to już zaczyna być naprawdę nudne).

To był dziwny, włoski rok, bo po kilkunastu latach znowu połączył siły słynny filmowy duet Boldi - De Sica i fani aktorów (do których nie zalicza się mój mąż), jak również filmów spod znaku Cinepattone (czyli lekkich komedii w sam raz na świąteczny czas) od miesiąca szturmują kina w całej Italii.

To był dziwny, włoski rok. Rok, który w naszym życiu przyniósł niezwykłą zmianę, jaką była przeprowadzka. Duże miasto zamieniliśmy na prawie wieś i nie żałujemy, choć czasem brakuje mi niepowtarzalnego smaku foccaci, gdyż tutejsza jej do pięt nie sięga. Ale cicho sza.

To był dziwny, włoski rok. Rok, w którym udało mi się zrzucić ponad 15 kilogramów i poczułam się jak nowonarodzona. Po raz pierwszy, odkąd mieszkam w Italii, moja waga drastycznie zeszła w dół, a ja zrozumiałam, że konsekewncja i żelazny upór mogą przynieść wspaniałe rezultaty. I jeśli w 2019 uda mi się utrzymać wagę, to nic więcej do szczęścia nie będzie potrzebne.


Obsługiwane przez usługę Blogger.