6 lat blogowania - o mamma mia!


Wszystko zaczęło się sześć lat temu, gdy siedziałam w domu z kilkumiesięczną Gają i zastanawiałam się, co by tu zrobić, żeby nie oszaleć. Odpaliłam komputer i przeglądałam strony w poszukiwaniu inspiracji, po czym natkęłam się na jeden z blogów i przyszedł mi do głowy pomysł, by również założyć internetowy pamiętnik. Weszłam na pierwszą lepszą platformę, wymyśliłam tytuł, napisałam debiutancki wpis i ... poszło. Jako świeżo upieczona matka nie wyobrażałam sobie wtedy nie pisać o macierzyństwie, więc przez pierwsze lata blog poruszał sprawy stricte parentingowe, a ja czułam się dobrze w takim wydaniu. I pewnie nadal pisałabym o pieluszkach, gdyby nie kryzys, który dotknął Włochy, mnie zaś pobudził do działania. Zapragnęłam dzielić się tym, co dzieje się w Italii i zrozumiałam przy okazji, że nie mam już ochoty dyskutować o dzieciach. To był fajny czas, i owszem, ale chciałam pójść o krok dalej. A jako że zmiany są dobre, to nie zastanawiałam się długo i nowa odsłona bloga powstała błyskawicznie. Rocznica blogowa to odpowiedni czas, by przyjrzeć się temu, jak i czy w ogóle się rozwinęłam.

Ogólnie uważam, że podsumowania blogowe nie są czytelnikom potrzebne do szczęścia i wcale ich nie interesują, przynajmniej ja tak mam. Nie obchodzą mnie statystyki na konkurencyjnych blogach, czy liczba wpisów, nie ścigam się też o to, by być na czele wirtualnego peletonu. Nie czuję się wyjątkowa jako blogerka, ponieważ blogów jest na pęczki, a o samych Włoszech znajdziecie ich w sieci bez liku. Mój spośród innych wyróżnia tematyka, gdyż chyba tylko ja piszę o sprawach społeczno - politycznych (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Te dwa lata pod włoskim znakiem dały mi dużo, wydaje mi się, że teksty są dojrzalsze i głębsze, a mój zmysł obserwowania dosyć się wyostrzył. Nie zrozumcie mnie źle, nie zamierzam stawiać sobie pomników, zwłaszcza że na co dzień jestem wobec siebie aż zanadto krytyczna. Chodzi mi o to, że pod względem blogowania poszłam do przodu, mimo iż publikuję niewiele, ale jakość tekstów w porównaniu do ubiegłych lat moim zdaniem się polepszyła. Czasem czytam archiwalne wpisy i myślę, jak mogłam takie głupoty opublikować, lecz ich nie usuwam, bo są one opisem moich pierwszych kroków na emigracji. 

No właśnie, blog towarzyszy mi, odkąd mieszkam za granicą. Niedawno chciałam go usunąć, gdyż miałam jakieś rozterki, więc stwierdziłam, że najwyższy czas zakończyć blogowanie. Spojrzałam jednak na swoją stronę i po raz kolejny zmieniłam zdanie, gdyż zrobiło mi się żal minionych lat i tego, że mogłabym nacisnąć klawisz "usuń" bez żadnych skrupułów. Za bardzo też lubię pisać, by rzucić to wszystko w diabły i uwolnić się od etykietki blogerki. Pozostałam więc, aczkolwiek znowu wprowadziłam zmiany, ponieważ tak już mam, że gdy coś mi nie pasuje, to działam szybko i sprawnie. Jak zapewne zauważyliście, mój fanpage nie nazywa się już "Ratunku, Italia" i od prawie miesiąca można znaleźć go pod szyldem "Przystanek Italia". Długo się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że słowo "ratunku", które osobiście lubię, nieco mnie ogranicza i nie oddaje do końca charakteru mojego blogowania. Adres bloga póki co pozostanie taki sam, za to logo wkrótce będzie poprawione (na razie myślę nad szczegółami). Nie wiem, czy jest to dobra zmiana, ale mam nadzieję, że zostanie ona zaakceptowana. 

Sześć lat bloga to dobry powód, by zastanowić się nad tym, czy ja się w ogóle znam na blogowaniu. Nie przekształciłam bloga w biznes, nie zarobiłam na nim tysięcy i nie czuję się profesjonalną blogerką, mimo że piszę nie od dzisiaj. W pierwszym roku zarzekałam się, że jedyne, co mnie interesuje, to pisanie i nie mam innych ambicji, lecz dzisiaj wiem, że to było błędne myślenie. Przeszłam na własną domenę, założyłam Instagram, dodałam zakładki do bloga i ruszyłam z nową mocą. Moim sukcesem okazał się mój fanpage, który nie powala liczbą fanów, za to zaangażowanie na nim jest wysokie i daje mi ogromną satysfakcję. Publikuję nam nim czasami perypetie włoskiej ciotki mojego męża i nie ukrywam, że te wpisy mają dla mnie szczególne znaczenie. Są prawdziwe, opowiada mi o nich osobiście ciotka (więcej moja teściowa), a ja przelewam je później na wirtualny papier. Wiele osób pytało mnie, czy ciotka byłaby zadowolona z tego, gdyby wiedziała, że o niej piszę, ponieważ nie zawsze przedstawiam ją w sympatyczny sposób. Nie podaję jednak jej danych osobowych, nie pokazuję jej zdjęć i w żaden sposób nie zbrukałam jej prywatności, więc nie uważam, że robię coś złego. Poza tym ciotka wie, że zdarza mi się o niej wspomnieć  i nie ma do mnie o to pretensji, bo są większe problemy w życiu od bycia bohaterką internetowych anegdotek. Mnie samej wpisy o ciotce dają wiele, gdyż pozwalają uwierzyć, że jestem w stanie napisać coś więcej, niż tylko teksty blogowe. 

Blogowanie to indywidualna sprawa i każdy z nas gra wyłącznie do swojej bramki. Nie jestem wybitną napastniczką (choć postaram się być bardziej aktywna) i nie mam za sobą rzędu dusz, niemniej bilans tych sześciu lat jest według mnie pozytywny. Nadal mi się chce, mimo że co rusz napadają mnie wątpliwości, a przejście na włoską stronę mocy było moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Tematyka bloga w kolejnych miesiącach nie ulegnie zmianie i z tym samym entuzjazmem, co zawsze, będę opisywała włoskie bolączki i absurdy, o które w Italii nietrudno. Na pewno niejeden raz będę miała ochotę rzucić laptopem o ścianę (akurat bym się na to odważyła) i przestać się wkurzać, ale wiem, że po czasie wszystko wrzuci do normy. Tymczasem zrobiłam przegląd wpisów z ubiegłego roku i wyszło mi, że największą popularnością cieszył się post na temat woreczków za jeden grosz, co dla mnie jest potwierdzeniem tego, że wbrew wcześniejszym zapewnieniom nic z blogowania nie zrozumiałam. Pisałam o nowym rządzie, katastrofie w Genui, poruszałam sprawę rasizmu i inne bolączki społeczne, a czytelnicy najbardziej docenili wpis dotyczący włoskich sklepów. O mamma mia!



zdjęcie- MySocialWeb
Obsługiwane przez usługę Blogger.