Włoskie kucharzenie, polskie biadolenie


Kolekcjonuję książki mniej więcej od piętnastego roku życia. Mam dosyć pokaźny księgozbiór, jeszcze większy ma mój mąż i jest to dla mnie powód do radości i dumy, bo książki są nieodłącznym elementem naszego życia. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę z pewnej strasznej rzeczy, a mianowicie, że w moim zbiorze nie ma ani jednej książki kucharskiej. Nie przepadam za gotowaniem, do czego przyznaję się bez wstydu, więc nie ma się co dziwić, że w mojej biblioteczce takich pozycji nie ma. Niemniej, odkąd zostałam kurą domową, byłam poniekąd zmuszona poznać tajniki pichcenia i jako tako nauczyłam się gotować. Zapragnęłam też poszerzyć horyzonty i zaczęłam oglądać programy kulinarne, ale miałam z nimi mały problem- w większości z nich przepisy były zbyt wyszukane i nie przypadły mi do gustu. Poza jednym, który niedawno odkryłam.

Przeskakując z kanału na kanał w poszukiwaniu inspiracji, znalazłam show kulinarne w sam raz dla mnie, jako że gospodyni programu gotowała szybko i łatwo, znaczy tak, jak lubię najbardziej. Później odkryłam, kim jest ta kobieta- okazało się, że to blogerka, której przepisy zawojowały internet i na fali popularności zaproponowało jej gotowanie na ekranie. Benedetta Rossi zdobyła to, o czym marzą tysiące blogerów (w tym ja), na facebooku śledzi ją już chyba 5 milionów osób, na insta prawie milion, co dla mnie jest czymś niewyobrażalnym. Nie miałabym nic przeciwko takim cyfrom, choć akurat do telewizji mnie nie ciągnie, bo i twarz niewyjściowa i paraliż przed kamerą. Wróćmy jednak do wątku głównego, czyli gotowania. Oglądałam Benedettę w akcji i napomknęłam mężowi o tym, że wydała książki z przepisami i najnowszą chętnie bym kupiła, w końcu czas przejść na wyższy poziom mocy i zacząć gotować niczym Włoszka, no w każdym razie lepiej niż dotychczas. Przypuszczałam, że mąż jednym uchem wysłuchał, co mam do powiedzenia, a drugim mu to wyleciało i zapomniałam o sprawie. Okres świąteczny minął i tym samym moje nagłe zainteresowanie kuchnią straciło na mocy, co zresztą było do przewidzenia.

Tymczasem mąż na początku stycznia obchodził urodziny i jednym z prezentów, które dostał, był bon podarunkowy do znanej sieci księgarni. Od razu go wykorzystał i zamówił dla siebie kolekcjonerskie wydanie Władcy Pierścieni, gdyż jest wielkim entuzjastą Tolkiena. Minęło kilka dni i paczka przyszła do domu, a jej zawartość bardzo mnie zaskoczyła. Oprócz Tolkienia znajdowała się w niej bowiem jeszcze jedna pozycja, której kompletnie się nie spodziewałam, ponieważ nie sądziłam, iż mąż potraktuje moje słowa poważnie. Otóż zakupił on książkę kucharską wspomnianej przeze mnie Benedetty Rossi i tym samym wprawił mnie w osłupienie. Cóż, zaplątałam się we własne sidła i będę teraz musiała z tej książki korzystać, żeby wydana kasa nie poszła na marne. Przeglądnęłam jej zawartość i doszłam do wniosku, że będę w stanie coś z niej wykrzesać i wykorzystać kilka przepisów. Raczej nie dojdę do wprawy teściowej, która potrafi wyczarować coś z niczego, lecz obiecałam rodzinie, że się postaram i ich zaskoczę. Gdybym była sama i nie miała dzieci, moje gotowanie niewątpliwie skończyłoby się na wrzuceniu do garnku makaronu, a potem dodaniu do niego pesto (oczywiście kupnego) i hulaj kulinarna duszo, lecz nie przystoi mi takie panieńskie pitraszenie. Kto czyta, nie błądzi i miejmy nadzieję, że to mądre przysłowie sprawdzi się nawet w tak beznadziejnej kuchni, jaką jest moja.


zdjęcie- FoxLife
Obsługiwane przez usługę Blogger.