Festiwal w Sanremo a kondycja włoskiego społeczeństwa


Ponad tydzień temu zakończył się festiwal w Sanremo i nadal nie cichną spekulacje na jego temat. Kontrowersje wzbudziło wszystko, od prowadzących począwszy, a na nieoczekiwanym zwycięzcy skończywszy. Nie byłam w stanie wysiedzieć pięciu wieczorów przed telewizorem, przyznaję to bez bicia, ale zobaczyłam dosyć, żeby wyrobić sobie opinię o najważniejszym festiwalu muzycznym w Italii i zastanowić się nad tym, jak i na ile Sanremo odzwierciedla nastroje włoskiego społeczeństwa. Bo Sanremo to takie Włochy w pigułce- jest pot, są łzy, jest obraza, są kłótnie, jest kabaret i są politycy, a to wystarczy, aby przeciętny Włoch usiadł przed telewizorem i się oburzał, lub przeciwnie, był zachwycony.

W tym roku wiadomo było, iż będzie gorąco, ponieważ lewicowa telewizja RAI postanowiła wyjść na przeciw swoim sympatiom i uderzyć w prawicę, a to w osobie współprowadzącego show Claudio Bisio, a to w festiwalowych gościach. Osobiście nie przepadam za artystami, którzy manifestują w różny sposób poglądy polityczne, stąd też Bisio, którego bardzo lubię jako aktora, wiele u mnie stracił. Fakt, że jest zwolennikiem lewicy, jest dla mnie mało istotny, ważne natomiast jest to, że był on niezbyt obiektywny. Przemowa Bisio (czy jak kto woli skecz) znowu podzieliły Włochów, bo percepcja większości z nich odbiega od tej, jaką przedstawił aktor. Ten biedny, niemający pojęcia co robi naród, tak naprawdę ma się lepiej, niż kiedy władza była po lewej stronie.

W ogóle w festiwalu najważniejsza powinna być muzyka i tak też było w Sanremo, niemniej nie obyło się bez wpadek. Padły oskarżenia o to, że promuje się "niewłoskie" piosenki, czy o to, że jeden z utworów był hymnem do narkotycznej radości, a telewizja publiczna nie powinna przecież promować takich kawałków. Autor piosenki, niejaki Achille Lauro tłumaczył wszem wobec, iż tytuł "Rolls Royce" nie ma nic wspólnego z pigułką ekstazy, ale i tak nikt mu nie uwierzył. Słowa tekstu odnoszą się do legendarnych wykonawców, którzy przedawkowali, zaś sam Lauro ze swoją, nazwijmy to, osobowością i przeszłością jako diler narkotykowy, nie jest osobą zbyt wiarygodną. Skandal z nim w roli głównej znowu podzielił Włochów, bo dla wielu "Rolls Royce" to tylko piosenka i nie trzeba w niej doszukiwać się drugiego dna, dla innych zaś wykonawca powinien zostać wyrzucony z Sanremo, ponieważ telewizja publiczna nie może w żaden sposób promować używek.

Zwycięski utwór, czyli piosenka "Soldi" w wykonaniu Mahmooda (czytaj Mamuta) spowodowała trzęsienie ziemi na muzycznej mapie Włoch. Mahmood nie był faworytem, sondaże typowały Ultimo czy Il Volo, a wygrał gość, którego jeszcze wczoraj nikt nie znał. Głosowanie w Sanremo jest dosyć dyskusyjne, jako że o zwycięstwie głosuje profesjonale jury do spółki z telewidzami. Jury wybiera najlepszy utwór, tak samo robi publiczność i po zsumowaniu ogłasza się zwycięzcę. Okazało się jednak, że w tym roku głosów widzów nie wzięto pod uwagę, ponieważ wybrali oni Ultimo z prawie 50 procentami głosów, natomiast Mahmood był na ostatnim miejscu. Gdy sprawa się rypła i wyszło na jaw, że vox populi został zlekceważony, sieć zaroiła się od protestów. Mahmood wygrał, bo (jak głosi legenda) dyrektor artystyczny i prowadzący w jednym festiwalu- Claudio Baglioni chciał zrobić na złość Matteo Salviniemu. Mahmood bowiem został okrzyknięty paladynem imigrantów, choć całe życie mieszka w Mediolanie i czuje się Włochem, gdyż ma włoską matkę (ojciec pochodzi z Egiptu). Włosi uważają zatem, że wygrała nie sztuka, lecz polityka, a stoi za tym znienawidzony przez opozycję Minister Spraw Wewnętrznych.

Tymczasem wyklęty minister nie tylko nie oburzył się z wygranej Mahmooda, ale nawet zadzwonił do niego i pogratulował zwycięstwa. Mahmood to młody chłopak i mieszanie go w polityczne gierki nie było najlepszym rozwiązaniem, a jego triumf w Sanremo nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, czyli gniewu Salviniego. Bardziej ludzi wkurzyło to, iż w jury zasiadały osoby niezbyt ogarnięte muzycznie i to one zadecydowały o tym, kto będzie najlepszy. Polityka i muzyka nie idą ze sobą w parze, co wiadomo od dawna, ale nigdy nie wiadomo w Sanremo. A Włosi, jak to oni, nadal dyskutują w barach o minionym już festiwalu i nadziwić się nie mogą, jak mogli to oglądać. Wspominają Baglioniego, który w jednej z kreacji wyglądał jak kelner, z zachwytem mówią o reaktywacji gwiazdy Loredany Berte, śmieją się podejrzeń o szatanizm panny Virginii Raffaele i dziwują się niepomiernie, że w Italii jest tylu raperów. Za chwilę emocje opadną i wszystko wróci do normy, a zwycięską piosenkę jeszcze długo będziemy nucić, niektórzy z pragnieniem wiecznych pieniędzy ("soldi" to po włosku "pieniądze"). Tegoroczny festiwal pozostawił wiele do życzenia, co nie zmienia faktu, iż Włosi się nim emocjonowali. Nikt nie jest idealny, a w życiu chodzi o to, żeby się rozluźnić. Festiwalowy luz w te zimne, lutowe dni, zdziałał cuda.



zdjęcie- Liveunict
Obsługiwane przez usługę Blogger.