Al Bano w oparach (ukraińskiego) absurdu


Jaka piosenka kojarzy się z Włochami? To pytanie, na które większość odpowiada: "La felicita", bo chyba żaden włoski utwór nie zrobił takiej kariery, jak nieśmiertelny klasyk w wykonaniu Al Bano i Rominy Power. Nie ma też osoby, której kawałek ten by się nie podobał, ponieważ to wyśpiewane "szczęście" jest kwintesencją wszystkiego, co włoskie i ma w sobie tyle radości, że wzbudziłoby uśmiech na twarzy największego marudy. Tymczasem ostatnio ten uśmiech u samego Al Bano zamienił się w grymas, gdyż został on uznany przez władze Ukrainy za zagrożenie i nie jest to żart, ani fake news, a ponura prawda. Poczciwy Al Bano, jeden z najbardziej znanych i lubianych ambasadorów włoskiej piosenki, ma teraz na głowie ukraiński bunt, bo ktoś go uznał za terrorystę. I tylko dlatego, że jest zwolennikiem Putina. 

Nie mnie oceniać uwielbienie włoskiego piosenkarza dla rosyjskiego prezydenta i nie mnie go nawracać, zwłaszcza że Al Bano ma w sumie podstawy, by lubić Putina. Niedawno zagrał w Rosji kilka koncertów i zarobił na nich krocie, więc na pewno wspomina rosyjską przygodę niezwykle miło. Prezydent Putin jest dla niego wyrazistym i zdecydowanym politykiem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i być może z tego powodu odczuwa do niego sympatię, ale na Boga, to jeszcze nie powód, aby wpisywać go na czarną listą i oczerniać jego wizerunek. Pogląd, iż Al Bano jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Ukrainy, jest tak samo szalony jak ten, iż ziemia jest płaska. Al Bano, ten dobroduszny piosenkarz z włoskiej prowincji, nie wzbudza żadnego ryzyka i nie jest groźny nawet dla swojego kota (o ile go ma). Cały świat przytoczył stanowisko Ukrainy, reputacja piosenkarza została nadszarpnięta, a on sam żąda przeprosin. I słusznie, bo nie szuka się zagrożeń tam, gdzie ich nie ma i nie robi się z porządnego człowieka przestępcy.

Italia, co było do przewidzenia, zatrzęsła się ze śmiechu po ukraińskich rewelacjach. Internet pęka od memów z Al Bano i uważa go teraz za szefa wszystkich szefów, potężniejszego od samego Trumpa. Piosenkarz od lat nie schodzi z pierwszych stron gazet, choć co ciekawe, bardziej od jego artystycznych dokonań, mówi się o życiu prywatnym Al Bano. Była żona Romina Power i była partnerka Loredana Lecciso są łakomymi kąskami dla włoskich mediów i co rusz, czy to jedna, czy druga (zwłaszcza ta druga), pojawiają się w telewizji i odpowiadają na pytania, jak to właściwie jest w klanie Carrisi. Al Bano ma tego dość i jak twierdzi- nie znosi być celebrytą, nie przeszkadza mu to jednak być gościem w różnych show i rozprawiać na tematy miłosne. Biorąc pod uwagę zawirowania z kobietami, rewelacje z Ukrainy to pestka, bo mieć przy sobie dwie niewiasty to naprawdę sporo. Jowialny Al Bano ma więc ciężki orzech do zgryzienia i zamiast zostawić go w spokoju, dokłada mu się nowych kłopotów. Władze Ukrainy powinny przeprosić piosenkarza i zaprosić go na serię koncertów, a może wtedy nadchodzący kryzys zostanie zażegnany. Ikon się nie tyka, tylko je hołubi, zaś póki co, życzyłabym wszystkim "terrorysty", jakim jest Al Bano. Gdyby zagrożenie stanowiły tylko takie osoby, jak on, świat byłby piękniejszy i moglibyśmy śpiewać "Felicita" na okrągło.



zdjęcie- Il Tempo
Obsługiwane przez usługę Blogger.