Pratigate, czyli jak włoski szołbiznes sięgnął dna

by 27 maja


W ostatnich tygodniach włoskim szołbiznesem wstrząsnęła afera, która jest tak absurdalna, iż nie wypada mi się jej nie przyjrzeć. Jak to jest z celebrytami, wiadomo nie od dzisiaj- wszyscy nimi gardzą, oficjalnie nikt się nimi nie interesuje, choć nie wiedzieć czemu ich instagramy czy inne social media, pękają w szwach. Kogokolwiek bym nie spytała, ten ich nie śledzi i w ogóle ich nie zna, jako że to wstyd czytać o jakichś gwiazdkach ze spalonego teatru. Ze mną jest zaś tak, że nie jestem specjalną fanką celebryckiego światka, niemniej wiem kto jest kim i zdarza mi się czasem zerknąć na Pudelka lub jego włoskie odpowiedniki. Obserwując to, co się dzieje u znanych osób, doszłam do wniosku, że polscy celebryci muszą się jeszcze wiele nauczyć od tych rodem z Italii, bo ci to dopiero wiedzą, co zrobić, by było o nich głośno. Skandal, który wraz ze swymi agentkami wywołała showgirl Pamela Prati nie schodzi z pierwszych stron gazet i jest na ustach wszystkich, nawet tych, których życie znanych osób w ogóle nie interesuje.

Natura nie znosi próżni, a włoski szołbiznes jest bezlitosny. Młode celebrytki usuwają w cień te starsze, mające za sobą długoletnie kariery. Co więc mają zrobić zapomniane showgirl, aby nadal było o nich głośno i telewizja zapraszała je na wywiady? Ano najlepiej kombinować i kłamać, żeby tylko nie wypaść z obiegu. Pamela Prati, celebrytka z długoletnim stażem, wstrząsnęła opinią publiczną, kiedy wyszło na jaw, że jej planowany (i szumnie zapowiadany w mediach) ślub się nie odbędzie, ponieważ jej narzeczony, niejaki Mark Caltagirone, nie istnieje. Został wymyślony po to, by pomóc Prati wrócić na telewizyjne salony, co poniekąd się jej udało. Zapraszano ją do popularnych programów rozrywkowych, gdzie opowiadała o wielkiej miłości do Marka, podjęciu decyzji o adopcji dwójki dzieci i w końcu zmianie stanu cywilnego. Media połknęły przynętę, a historia wielkiego uczucia Pameli i Marka budziła coraz większe zainteresowanie. Wkrótce jednak legło ono w gruzach, gdyż tu i ówdzie pojawiły się głosy, iż z małżeństwa nici, bo nie ma żadnego Marka Caltagirone. I rozpętało się piekło.

Czujne portale wykryły, iż Pamela Prati w różnych wywiadach zmieniała wersje wydarzeń, a poza tym zaczęto zastanawiać się, jak to jest możliwe, że Mark Caltagirone praktycznie pozostał anonimowy. Nikt go nie widział, nigdzie nie opublikowane jego zdjęć, a z narzeczoną nie pokazywał się publicznie. Prati tłumaczyła wszem wobec, iż Caltagirone ceni sobie prywatność i nie chce być na świeczniku, do tego mieszka za granicą i bywa w Italii gościem. Agentka celebrytki, Eliana Michelazzo, również zarzekała się (i to na grób swojego ojca), że Mark to nie jest wymysł, tylko facet z krwi i kości, zaś osoby zarzucające im kłamstwo to zwyczajni krętacze. Pamela Prati po raz kolejny odbyła tournee po telewizji, lecz tym razem nie mówiła o uczuciach, a ze łzami w oczach przekonywała, że Mark żyje i ma się dobrze. W końcu odechciało jej się mówić, bo i tak nikt jej nie wierzył, zrobiła więc to, co w tej sytuacji wydawało się najbardziej słuszne- nabrała wody w usta. Nie odpowiadała na pytania, opuszczała studia telewizyjne, a jej zachowanie było co najmniej dziwne. Nadal jednak trzymała się wersji, że nie wymyśliła narzeczonego, ponieważ nie miała powodu, aby to robić. Bańka jednak pękła, a Pratigate zataczała coraz szersze kręgi.

Presja ze strony mediów i internautów, którzy nie dają sobie w kaszę dmuchać spowodowała, iż agentka Prati- Michelazzo, zdecydowała się wreszcie przyznać. W poruszającym (i w mojej opinii) mało wiarygodnym wywiadzie potwierdziła, iż Mark Caltagirone nie istnieje, a ona sama również padła ofiarą spisku ze strony drugiej agentki Prati- Pameli Perricciolo. Perricciolo, nazywana Donną Pamelą, odgrywa bardzo ważną rolę w telewizyjnej "aferze stulecia", niemniej pozostaje w ukryciu i nie udziela się publicznie. Okazało się, że pomysł na narzeczonego - widmo to dla agentek nie pierwszyzna, bowiem Michelazzo przez 10 lat była żoną męża, którego nigdy nie spotkała. Jak to możliwe? Otóż piękna Eliana została zmanipulowana (jak sama stwierdziła) przez donnę Pamelę, a Simone Coppi, czyli wirtualny mąż agentki, to fikcyjna postać. Oczywiście telewidzowie nie uwierzyli agentce, ponieważ istnienie wirtualnego męża to zbyt wiele nawet dla przyzwyczajonych do przekrętów Włochów. Narzeczony, którego nie ma, ślub, który się nie odbył i mąż z dziesięcioletnim stażem, którego nie widziało się na oczy- to brzmi jak scenariusz kiepskiej telenoweli. Najważniejsze jednak było to, iż wydobyto z agentki potwierdzenie o tym, że Caltagirone to chwyt marketingowy, a nie prawdziwy mężczyzna. W tej sytuacji media powinny więcej nie zapraszać Prati i jej (byłej już) wspólniczki, ale wygląda na to, o Pratiful tak szybko nie zapomnimy.

Wykryto bowiem, że dwie agentki były przez lata parą, a nieistniejący Simone Coppi potrzebny im był do rozwinięcia biznesu. Agencja kobiet działała podobno jak sekta i niektórzy zwerbowani przez nie celebryci przyznali, iż byli manipulowani. Michelazzo zaczęła oskarżać  Perricciolo i podała ją  do sądu, natomiast Palema Prati po raz kolejny udzieliła wywiadu i tym razem przyznała, że faktycznie, nie ma żadnego Marka Caltagirone, lecz wierzyła w jego istnienie i miała go poznać w dzień ślubu. Powstaje pytanie- czy można być aż tak bardzo zakochanym, aby dać się uwieść przez internet i zgodzić się zostać żoną człowieka, którego nie widziało się na oczy? Osobiście  w to wątpię i dla mnie Pratigate jest odbiciem tego, jak bardzo sława i pieniądze mieszają ludziom w głowach. Nie mam pojęcia, co będzie musiała zrobić Pamela Prati, żeby wybaczono jej wyczyny, jej agentki są spalone, a kariera showgirl zawisła na włosku. Kobiety okazały się oszustkami i przerzucanie wzajemnie winy nie ma sensu, gdyż w ten sposób miłe pane jeszcze bardziej się pogrążają. Sprawa niestety nie zejdzie z pierwszych stron gazet, ponieważ Włosi lubują się w aferach, a ta z Prati jest ewenementem na skalę światową. Internauci pragną, aby Netflix zrobił serial o Marku Caltagirone i całej Pratigate, zaś memy z bohaterami skandalu od kilku tygodni królują w necie. Nie wiem, czy takiej sławy pragnęła Pamela Prati, niemniej jedno jest pewne- już nikt o niej nie zapomni. I tylko ja, pisząc teraz o tym, zastanawiam się, jak to naprawdę ze mną jest. Jestem, a może mnie nie ma, a życie we Włoszech, mój mąż i córeczki są wymysłem mojej bujnej wyobraźni? Dziękuję Ci, Pamelo Prati!



zdjęcie- DiLei (od lewej- Pamela Perricciolo, Pamela Prati, Eliana Michelazzo)

Chcesz poczuć prawdziwe Włochy? Zamieszkaj na prowincji!

by 16 maja

To już rok, odkąd opuściliśmy Genuę i zamieszkaliśmy w uroczym miasteczku, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza czterech tysięcy i prawie wszyscy się znają, a nieznajome twarze są od razu wyłapywane przez miejscowych. Przez dwanaście miesięcy wiele się u nas zmieniło, można powiedzieć, iż wsiąknęliśmy w nowe miejsce i jako tako zostaliśmy zaakceptowani. Ludzie są bardziej otwarci, niż w Genui, więc nic dziwnego, że tak dobrze się tutaj czuję. Nie wiem, czy jest to nasz dom na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt) przyszłych lat, lecz póki tu będę, nie mam zamiaru narzekać. Oczywiście siedzi we mnie myśl, by wrócić do dużego miasta, ponieważ brakuje mi czasem miejskiego zgiełku i sklepów, o które w mojej mieścinie trudno.

Bressana Bottarone, bo tak się nazywa nasze miasteczko, to taka fajna włoska dziura. Składa się z jednej długiej ulicy, która ciągnie się na kilka kilometrów i ma niezliczoną ilość rozgałęzień, choć życie toczy się właśnie na ulicy Depretis. Rynek główny jest nieduży i mieści się na nim Urząd Miejski, obok usytuowany jest kościół i szkoła podstawowa Gai. Naprzeciwko znajduje się najważniejsze miejsce według mieszkańców, czyli bar, gdzie codziennie rano spotykają się stali bywalcy, by wypić szybko kawę i wymienić kilka słów. Obok jest kiosk i punkt Lotto, a potem nie ma już nic, znaczy są pozostałości po sklepach, które zostały zamknięte. To smutne, że ulica Depretis ma tyle pustych punktów i tylko jej centralna część jako tako się trzyma. Wszystko inne zostało zdominowane przez galerie handlowe, a jest ich coraz więcej, jednak nie ma w nich ani krzty włoskiej duszy i odrobiny magii

Bressana może się poszczycić niejednym placem zabaw, co akurat bardzo doceniam. Nasz ulubiony położony jest kilka kroków od domu i jeśli jest fajna pogoda, często do niego wpadamy. Dzieci szaleją, zaś matki, o ile za nimi nie biegają, odpoczywają na ławeczkach i oddają się rozmowom. Ileż osób poznałam dzięki chodzeniu na plac zabaw, ile narodowości jest w Bressanie, mieszka tu pół Europy i duża reprezentacja reszty świata, a jedyną Polką na horyzoncie jestem ja. W sumie spodziewałam się tego, ale miałam nadzieję, że końcu porozmawiam z kimś na żywo po polsku i poznam jakąś rodaczkę. Niestety, na razie muszę obejść się smakiem i szlifować język włoski, co nie zawsze mi się udaje.

Bressana Bottarone nie ma, rzecz jasna, jednego baru, bo to byłby skandal, lecz trochę ich tutaj jest i co ciekawe, ciągle otwiera się nowe. Nie mam pojęcia, jak tyle knajpek znajdujących się blisko siebie jest w stanie się utrzymać, niemniej napawa optymizmem fakt, że chociaż one nie martwią się o przyszłość. Znając zamiłowanie Włochów do rozmów i ogarniania rzeczywistości w barach, nie ma się co dziwić, że je tak licznie odwiedzają. Od rana, niezależnie od pogody, widać klientów siedzących zewnątrz i plotkujących nie wiadomo o czym. Ich twarze, do niedawna anonimowe, są już przeze mnie dobrze znane. Dziadek jednej z dziewczynek z klasy Gai, ojciec innego chłopca, ekscentryczny właściciel apteki, który przed otwarciem idzie wypić szybką kawę, czy miejscowy fryzjer, od lat będący na emeryturze. Swoją drogą fryzjerów jest również kilku i wygląda na to, że żadnemu z nich nie grozi bankructwo.

Jest i Bed&Breakfest, takie jakieś niemrawe i kryjące się za drzewami, mamy też prywatne przedszkole, do którego dwa miesiące uczęszczała Gaja. Na samym końcu ulicy Depretis znajduje się jedyna miasteczkowa restauracja, jest też klub Harleyowców i można odjechać w siną dal. Bressana Bottarone to swoista sypialnia, a mieszkańcy pracują w okolicznych miastach, takich jak Pavia, która leży 20 minut dalej, czy Mediolan, oddalony o godzinę. Czasem chciałabym się przenieść do Milano, nie zaprzeczam, ale na szczęście szybko mi przechodzi, bo ta włoska, niepowtarzalna prowincja była tym, czego potrzebowałam. Nieważne, że wielki świat do Bressany nigdy nie zawita, nieważne, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda, gdyż liczy się atmosfera, a ta jest włoska aż do szpiku kości. I ciągle się coś buduje, wiecznie są jakieś przeboje, a najnowszy to ten, iż obecne władze chcą sprywatyzować miejscowy cmentarz. W związku z tym dom aktualnej pani burmistrz jest oblegany, zaś Gaja nazywa go domem, który straszy. Faktycznie, może i tak być, w końcu duchy nie lubią, gdy się je niepokoi. Posłuchaj mojej rady, a nie pożałujesz- włoska prowincja jest tym, czego Ci trzeba!

Obsługiwane przez usługę Blogger.