Dokąd zmierzasz, pani kapitan?

by 27 czerwca


Obiecałam sobie, że wakacje to będzie dla mnie czas bez politycznych wpisów, bo mam serdecznie dosyć tłumaczenia wszem wobec, że nie jestem wielbłądem. Mam szacunek do wszystkich kultur i ras, natomiast nie mam tego szacunku do osób, które nie przestrzegają prawa i mają za nic włoskie przepisy. Oglądam właśnie relację z Lampedusy, gdzie do wybrzeży, mimo blokady portowej, usiłuje przedostać się okręt Sea Watch z nielegalnymi imigrantami na pokładzie i już wiem, że muszę się wyłamać z mojego wakacyjnego postanowienia. Muszę to zrobić, ponieważ demonstracja pani kapitan statku- Caroli Rackete jest dla mnie dobitnym dowodem na to, że tutaj nie chodzi o ratunek biednych ludzi, lecz o ich przemyt na tereny włoskie i o zabiegi polityczne. Dlaczego tak sądzę?

Statek Sea Watch stoi na włoskich wodach od prawie dwóch tygodni i znajduje się na nim czterdziestu dwóch mężczyzn (kobiety i dzieci od razu zostały objęte ochroną). Skoro tak bardzo zależy pani Rackete na ratowaniu życia imigrantów, to dlaczego nie przypłynęła z nimi do najbliższego portu, czyli w Tunezji? Dlaczego nie zahaczyła o Maltę, przecież była po drodze? I dlaczego tkwi aż dwa tygodnie na włoskich wodach, jeśli przez ten czas mogła swobodnie dopłynąć do Holandii, z której pochodzi prom? Włosi zamknęli swoje porty, więc mogła śmiało zawitać na wody hiszpańskie, francuskie, czy portugalskie, w końcu są rzut beretem. Dlaczego uparła się na Italię, pomimo tego, że nawet Trybunał w Strasburgu przyznał Włochom rację? Gdyby chodziło o ratowanie życia, już dawno zawitałaby z imigrantami gdziekolwiek. A tu chodzi tylko o politykę.

Odkąd mieszkam we Włoszech i obserwuję zjawisko nielegalnej imigracji, zastanawia mnie, jak bardzo lekceważy się Włochów i włoskie prawo. Gdyby Sea Watch przypłynął do wybrzeży Ameryki Północnej lub Australii i nie zostałby wpuszczony, nikt by nie krzyczał, bowiem przepisy tam są święte i należy ich przestrzegać. Europa siedzi cicho i poucza Włochy, podczas gdy inne kraje mogłyby przygarnąć zbuntowany okręt, a zwłaszcza jego "matka"- Holandia. Jak to możliwe, że łamanie prawa jest uznawane za bohaterstwo, a sama pani kapitan została symbolem współczesnej heroiny? Dlaczego się uparła, by wedrzeć się na włoskie wody? Podkreślam raz jeszcze- gdyby zależało jej na ratowaniu życia, odstawiłaby imigrantów do najbliższego bezpiecznego portu. Nie zrobiła tego, tak samo jak nie przyszło jej do głowy, że może będzie lepiej przypłynąć do Holandii, niż tkwić prawie dwa tygodnie u morskich granic Włoch. To nie włoski rząd naraził zdrowie ludzi przetrzymywanych na statku, to pani kapitan podjęła taką decyzję. Ten upór na Italię jest bardzo podejrzany.

Włoska lewica, co było do przewidzenia, nie tylko wyraża poparcie dla kapitan Rackete, ale też udała się do Lampedusy, by ją wesprzeć i dodać otuchy. Lewicowe media otwarcie jej kibicują, a przedstawiciele radical chic popierają jej działania, ponieważ gdy walczy się o ludzkie życie, można przełamywać wszelkie bariery. Pani kapitan przyznała, że ratowanie imigrantów jest jej moralnym obowiązkiem, ale nie oznacza to, że z tego powodu stoi ponad prawem. Mogła dotrzeć do innych portów i znaleźć alternatywne rozwiązanie, ale wolała stoczyć walkę z włoskim rządem, którą zresztą zapewne wygra, bo przez lewą część społeczeństwa została okrzyknięta bohaterką. Gdyby wdarła się na tereny (dajmy na to) Stanów Zjednoczonych, w najlepszym razie zostałaby aresztowana, a okręt by zatopiono. We Włoszech zaś może robić, co chce, bo każdy akt samowolki uznawany jest tutaj za bohaterstwo. Dlatego dzisiaj w gazetach królują hasła typu "Kapitanko, moja kapitanko", a Carola Rackete stała się symbolem kobiety walczącej, gdyż przeprowadziła imigrantów przez niehumanitarne włoskie barykady. Misja została wypełniona...


zdjęcie- il Tempo

Traktat o nieposłusznych włoskich rodzicach

by 11 czerwca

We Włoszech zaczęły się już wakacje i w związku z tym od kilku dni zastanawiam się, jak to jest z włoską młodzieżą. Czytam w gazetach informacje o tym, że uczniowie jednej ze szkół postanowili uczcić koniec roku szkolnego wyrzucając z okna ławkę, jeszcze inni tak się upili, że dwóch z nich walczy o życie, a niefortunny skok ucznia do wody skończył się jego śmiercią. Wydaje się, że włoscy nastolatkowie nie mają zahamowań i nie słuchają nikogo, bo ważniejsze jest dla nich popisać się wyczynem i pokazać na YouTube, jak bardzo potrafią być cool. Oczywiście ta opinia nie dotyczy wszystkich uczniów i bynajmniej nie uważam, że młodzi Włosi są zepsuci do cna. Problem jednak istnieje i należy mu się przyjrzeć, by zrozumieć, dlaczego dzisiejsi uczniowie są praktycznie bezkarni. Nie trzeba też być geniuszem, żeby dojść do wniosku, iż winę za złe sprawowanie nastolatków z Italii ponoszą w dużej mierze ich rodzice. Niestety.

Za moich czasów (nie lubię takich porównań, ale niekiedy muszę je zastosować) rodzice i nauczyciele grali do tej samej bramki. Gdy wychowaczyni klasy na wywiadówce zwróciła rodzicowi uwagę, że dziecko się nieodpowiednio zachowuje, nie było zmiłuj i kara nie ominęła krąbrnego ucznia. Kiedy nauczycielka powiedziała, że ktoś się źle uczy, żaden z rodziców nie próbował usprawiedliwiać dziecka, a przyjął z pokorą opinię wychowawcy. Dzisiaj natomiast nie jest tak kolorowo, ponieważ dla rodziców we Włoszech naganne postępowanie ich potomków to przesada i zdarzają się przypadki, gdy używają pięści, by pokazać nauczycielom, że stoją murem za dziećmi. Ostatnio wiele mówi się o tym, że zawód nauczyciela w Italii stracił na prestiżu, zaś oni sami nie mają wśród uczniów szacunku. To akurat logiczne, gdyż nastolatkowie wiedzą, że rodzice ich wybronią z każdej sytuacji, więc po co poważać wychowawcę? Rodzice są odpowiedzialni za to, jak zmieniło się podejście dzieci do szkoły i jak bardzo czują się one bezkarne. Jeśli matka z ojcem są w stanie podnieść ręce na nauczyciela (a było takich czynów wiele) to czego tu się bać? 

Nie ma dzieci idealnych, więc to nic takiego, że uczeń może zbłądzić, zbuntować się, a nawet przestać się uczyć. Nie należy jednak z tego powodu grozić pięściami nauczycielowi lub się na niego rzucać, tylko przyjąć krytykę do wiadomości. Wiem z autopsji, że niełatwo jest uwierzyć w niewinność własnego dziecka, niemniej dla jego dobra warto otworzyć oczy. Przeczytałam niedawno artykuł, z którym wyjątkowo się zgadzam, a przedstawiał on współczesne dzieci jako książęta i rodziców ogarniętych wyrzutami sumienia, bo spędzających całe dni w pracy. Z tego powodu pozwalają im na wszystko i bronią przed każdym (w ich mniemaniu) atakiem. To pozwala uczniom mieć lekceważący stosunek do dorosłych i dzięki temu czują się panami sytuacji. Oliwy do ognia dodaje fakt, iż dzieci w Italii zwracają się do dorosłych po imieniu, ponieważ taki tutaj panuje zwyczaj. I właśnie dlatego traktują nauczycieli jako równych sobie. Skoro mówią do belfrów na "ty", oznacza to, że traktują ich jak kolegów. Nie ma potrzebnej między nimi bariery, stąd nie ma należytego szacunku.

Sprawa z mówieniem sobie na "ty", ogólnie rzecz biorąc jako matce, zaczęła odbijać mi się czkawką. Zmieniłam podejście do zagadnienia i uczę moje dzieci, że do dorosłych maj zwracać się "pan/pani". Nie obchodzi mnie, jak wołają mnie koleżanki córek, ale im samym nie pozwalam mówić starszym osobom po imieniu. I bardzo mnie wkurza, kiedy niektóre panie, słysząc to okropne słowo "signora", natychmiast protestują i każą Gai przestać tak się zwracać, ponieważ czują się stare. Ręce opadają mi podwójnie, zwłaszcza że to argument tak durny, że nie wiem, jak go skomentować. Poza tym to ja jestem od ustalania reguł moim dzieciom, zatem ta przeklęta "pani" powinna być zaakceptowana. I nie chcę wyjść na sztywniarę, której się w głowie od bon ton poprzewracało, lecz widząc to, co wyprawia młodzież i jak nie szanuje starszych, wolę dmuchać na zimne. Podsumowując zatem, włoska szkoła ma ciężki orzech do zgryzienia, natomiast praca nauczyciela stała się zwyczajnie niewdzięczna. Współcześni nastolatkowie mają zwolenników w postaci ich ojców i matek, nauczycieli zaś traktują jak zło konieczne. Jeśli tak dalej pójdzie, rodzice będą musieli wrócić do szkoły i siedzieć w klasach z dziećmi, aby przekonać się, jak naprawdę zachowują się ich niewinne pociechy. Może wtedy coś do nich dojdzie.


zdjęcie- Oggi Scuola
Obsługiwane przez usługę Blogger.