Traktat o nieposłusznych włoskich rodzicach


We Włoszech zaczęły się już wakacje i w związku z tym od kilku dni zastanawiam się, jak to jest z włoską młodzieżą. Czytam w gazetach informacje o tym, że uczniowie jednej ze szkół postanowili uczcić koniec roku szkolnego wyrzucając z okna ławkę, jeszcze inni tak się upili, że dwóch z nich walczy o życie, a niefortunny skok ucznia do wody skończył się jego śmiercią. Wydaje się, że włoscy nastolatkowie nie mają zahamowań i nie słuchają nikogo, bo ważniejsze jest dla nich popisać się wyczynem i pokazać na YouTube, jak bardzo potrafią być cool. Oczywiście ta opinia nie dotyczy wszystkich uczniów i bynajmniej nie uważam, że młodzi Włosi są zepsuci do cna. Problem jednak istnieje i należy mu się przyjrzeć, by zrozumieć, dlaczego dzisiejsi uczniowie są praktycznie bezkarni. Nie trzeba też być geniuszem, żeby dojść do wniosku, iż winę za złe sprawowanie nastolatków z Italii ponoszą w dużej mierze ich rodzice. Niestety.

Za moich czasów (nie lubię takich porównań, ale niekiedy muszę je zastosować) rodzice i nauczyciele grali do tej samej bramki. Gdy wychowaczyni klasy na wywiadówce zwróciła rodzicowi uwagę, że dziecko się nieodpowiednio zachowuje, nie było zmiłuj i kara nie ominęła krąbrnego ucznia. Kiedy nauczycielka powiedziała, że ktoś się źle uczy, żaden z rodziców nie próbował usprawiedliwiać dziecka, a przyjął z pokorą opinię wychowawcy. Dzisiaj natomiast nie jest tak kolorowo, ponieważ dla rodziców we Włoszech naganne postępowanie ich potomków to przesada i zdarzają się przypadki, gdy używają pięści, by pokazać nauczycielom, że stoją murem za dziećmi. Ostatnio wiele mówi się o tym, że zawód nauczyciela w Italii stracił na prestiżu, zaś oni sami nie mają wśród uczniów szacunku. To akurat logiczne, gdyż nastolatkowie wiedzą, że rodzice ich wybronią z każdej sytuacji, więc po co poważać wychowawcę? Rodzice są odpowiedzialni za to, jak zmieniło się podejście dzieci do szkoły i jak bardzo czują się one bezkarne. Jeśli matka z ojcem są w stanie podnieść ręce na nauczyciela (a było takich czynów wiele) to czego tu się bać? 

Nie ma dzieci idealnych, więc to nic takiego, że uczeń może zbłądzić, zbuntować się, a nawet przestać się uczyć. Nie należy jednak z tego powodu grozić pięściami nauczycielowi lub się na niego rzucać, tylko przyjąć krytykę do wiadomości. Wiem z autopsji, że niełatwo jest uwierzyć w niewinność własnego dziecka, niemniej dla jego dobra warto otworzyć oczy. Przeczytałam niedawno artykuł, z którym wyjątkowo się zgadzam, a przedstawiał on współczesne dzieci jako książęta i rodziców ogarniętych wyrzutami sumienia, bo spędzających całe dni w pracy. Z tego powodu pozwalają im na wszystko i bronią przed każdym (w ich mniemaniu) atakiem. To pozwala uczniom mieć lekceważący stosunek do dorosłych i dzięki temu czują się panami sytuacji. Oliwy do ognia dodaje fakt, iż dzieci w Italii zwracają się do dorosłych po imieniu, ponieważ taki tutaj panuje zwyczaj. I właśnie dlatego traktują nauczycieli jako równych sobie. Skoro mówią do belfrów na "ty", oznacza to, że traktują ich jak kolegów. Nie ma potrzebnej między nimi bariery, stąd nie ma należytego szacunku.

Sprawa z mówieniem sobie na "ty", ogólnie rzecz biorąc jako matce, zaczęła odbijać mi się czkawką. Zmieniłam podejście do zagadnienia i uczę moje dzieci, że do dorosłych maj zwracać się "pan/pani". Nie obchodzi mnie, jak wołają mnie koleżanki córek, ale im samym nie pozwalam mówić starszym osobom po imieniu. I bardzo mnie wkurza, kiedy niektóre panie, słysząc to okropne słowo "signora", natychmiast protestują i każą Gai przestać tak się zwracać, ponieważ czują się stare. Ręce opadają mi podwójnie, zwłaszcza że to argument tak durny, że nie wiem, jak go skomentować. Poza tym to ja jestem od ustalania reguł moim dzieciom, zatem ta przeklęta "pani" powinna być zaakceptowana. I nie chcę wyjść na sztywniarę, której się w głowie od bon ton poprzewracało, lecz widząc to, co wyprawia młodzież i jak nie szanuje starszych, wolę dmuchać na zimne. Podsumowując zatem, włoska szkoła ma ciężki orzech do zgryzienia, natomiast praca nauczyciela stała się zwyczajnie niewdzięczna. Współcześni nastolatkowie mają zwolenników w postaci ich ojców i matek, nauczycieli zaś traktują jak zło konieczne. Jeśli tak dalej pójdzie, rodzice będą musieli wrócić do szkoły i siedzieć w klasach z dziećmi, aby przekonać się, jak naprawdę zachowują się ich niewinne pociechy. Może wtedy coś do nich dojdzie.


zdjęcie- Oggi Scuola
Obsługiwane przez usługę Blogger.