Nie ma zmiłuj, czyli włoska rodzina w praktyce



Włoskie rodziny są głośne, liczne i przede wszystkim są nieokiełznane, do takich wniosków doszłam po naszej wizycie na Sardynii, choć w sumie wiedziałam o tym wcześniej. Po dwóch latach zapomniałam jednak, jak bardzo włoska rodzina potrafi być hałaśliwa, jak jest jej dużo i jak nie da się jej ogarnąć. Do tej pory nie potrafię ochłonąć i cały czas mam w głowie widok familii mojego męża, skupionej na tym, co Włosi lubią najbardziej, czyli biesiadowaniu. Z jednej strony żałuję, że mieszkamy daleko i widujemy się sporadycznie, z drugiej zaś zdaję sobie sprawę, że tak jest lepiej. Nie wiem, czy byłabym zadowolona z tego, że każdy moja bolączka omawiana jest przez wszystkich członków (a raczej członkiń) rodziny, a mój dom w okamgnieniu staje się kurnikiem. Tak jest u teściowej i przez dwa tygodnie mi to nie przeszkadza, niemniej na co dzień, nie ukrywam tego, nie miałabym siły na takie szaleństwo. Wolę degustować włoską rodzinę, niż brać ją pełnymi  garściami. 

Rodzina mojego męża rządzi się własnymi prawami. Gdy coś się dzieje, a przeważnie dzieje się sporo, nie ma zmiłuj i dom ugina się pod ciężarem ciotek, dalszych i bliższych kuzynek i często osób w ogóle niespokrewnionych, ale kogo to obchodzi. Tak się złożyło, że podczas naszej wizyty teściowa miała pewien problem, którym podzieliła się telefonicznie z siostrą, a ta za pięć minut już była u niej. Po kwadransie przyszła następna siostra, wyraźnie nadąsana, że o kłopocie dowiedziała się jako druga i tak do oporu. Nie minęła godzina i dom obległo stado zagniewanych krewnych, mających pretensje o to, że teściowa coś przed nimi ukrywa. Mogła po kolei obdzwonić wszystkich, a nie wybierać tylko jedną siostrę, bo to jest niesprawiedliwe. Wraz z mężem w tej sytuacji zrobiliśmy to, co wydawało się najbardziej słuszne- wyszliśmy na spacer i wróciliśmy późno, choć nic nam to nie dało. Kuchnia teściowej nadal wrzała jak w ulu i rozprawiano w niej na tematy nader niezrozumiałe, dlatego ulotniliśmy się znowu, tym razem na górę, do naszego pokoju. Co było powodem tego spontanicznego zjazdu i czy udało się rozwiązać ów tajemniczy dylemat, tego nie wiemy. Teściowa niby nam wytłumaczyła, ale zrobiła to tak nieskładnie, że nic nie skapowaliśmy. 

Odwiedziliśmy najbliższych krewnych (na tych dalszych i życia by nam nie starczyło) i za każdym razem dziwiłam się, jak Włochom niewiele potrzeba do szczęścia. Większość członków rodziny męża ma duże domy, które w zasadzie służą do dekoracji, bo życie rodzinne odbywa się wyłącznie w kuchni. W niej jest wszystko- telewizor, biurko i kanapa (latem jest wykorzystywana jako sypialnia), więc po co goście mają siedzieć w salonie? Są one co prawda pięknie umeblowane, czyściutkie i bezbarwne, gdyż trzeba o nie dbać, lecz gdyby ich nie było, nikt by się tym nie przejął. Te reprezentacyjne, sardyńskie pokoje, są dla mnie dowodem tego, że nieważne są pomieszczenia, ich wielkość i splendor, skoro oknem na świat jest kuchnia. A szefem we włoskich rodzinach są kobiety i nic nie dzieje się bez wytrawnego spojrzenia włoskich pań domu. Mężczyźni natomiast, zwłaszcza emeryci, przesiadają na ławeczkach, uprawiają ogrody i produkują wino, a do ich żon należy rola organizatorek dni. Jeszcze do niedawna na Sardynii kobiety traktowano gorzej od mężczyzn, czego przykładem jest sytuacja z rodziny teściowej. Jej ojciec miał ogromny dom, który podzielił na cztery części i podarował go w spadku synom. Córkom nie przypadło w udziale nic, jako że według starych zwyczajów, o ich byt mieli się postarać mężowie.

To, co niezmiennie mnie dziwi, kiedy wybieram się w odwiedziny do włoskiej rodziny, to wysyp krewnych, o których przedtem nie miałam pojęcia. Tym razem również dane mi było poznać nowe osoby i jestem przekonana, że będzie tak za każdym razem, gdy pojawię się na Sardynii. Pielęgnowanie więzów we włoskich rodzinach to fajna sprawa, tam i kuzyni trzeciego stopnia, a nawet siódme wody po kisielu uważani są za bliskich członków i zaprasza się ich na wszystkie możliwe imprezy. Dlatego też często wpadaliśmy na różne nieznane ciotki i wujków, którzy wiedzieli o nas sporo i zachowywali się tak, jakbyśmy znali się od lat. Z tego powodu zdarzały nam się śmieszne sytuacje, jak np. ta, gdy na ulicy spotkaliśmy jakąś kobietę, która wymachiwała do nas rękami i uśmiechała się z daleka. Przystanęliśmy i okazało się, że jest to kuzynka teścia, ale mąż na śmierć zapomniał, jak to z nią jest. Próbował więc ratować się, kurtuazyjnie pytając o dzieci, na co kuzynka odpowiedziała, że ich nie ma i jeszcze bardziej wprawiła nas w zakłopotanie. Sama plotła bez ładu i składu, a my, chociaż chcieliśmy się wymigać z tej miłej konserwacji, musieliśmy wysłuchiwać kazania na temat koligacji rodzinnych i trudnego żywota zitelli (czyli starej panny po włosku). Kiedy już się pożegnaliśmy i wydawało się, że jesteśmy bezpieczni, za zakrętem spotkaliśmy kolejną osobę z rodziny i znowu zalała nas ona niepotrzebnymi wiadomościami. Wróciliśmy do domu, a tam czekało na nas pięć ciotek, których szczebiot słyszeliśmy z daleka, więc o świętym spokoju mogliśmy tylko pomarzyć. Taka jest właśnie włoska rodzina, a nieustające szaleństwo świadczy o jej niepowtarzalności. Jak dobrze, że czeka mnie rok spokoju.

Obsługiwane przez usługę Blogger.