Kończ już, Vespa, wstydu oszczędź

by 24 września



Miłośnicy Włoch na pewno kojarzą nazwisko Bruno Vespy. Od lat prowadzi on program "Porta a Porta" i jest gwarantem niewątpliwej kultury oraz klasy dziennikarskiej, jakiej nie mają jego krewcy koledzy po fachu. Nie spodziewałam się nigdy po Vespie żadnego skandalu, ani tym bardziej braku wrażliwości, tymczasem po ostatnich wydarzeniach byłam zmuszona zmienić opinię o panu redaktorze. Vespa przeprowadził bowiem wywiad z ofiarą przemocy, Lucią Panigalli i ta rozmowa odbiła się szerokiem echem we włoskich mediach. Dziennikarz nie okazał zrozumienia dla kobiety, która cudem uniknęła śmierci i potraktował ją w sposób więcej niż karygodny. Ten sam Vespa, mający szacunek do odbiorców, nie stanął na wysokości zadania i zachował się jak dupek. Jak można powiedzieć maltretowanej kobiecie, że niech się cieszy, że żyje, bo inne ofiary przemocy nie miały takiego szczęścia? To, że udało jej się umknąć śmierci, nie umniejsza jej cierpienia, zwłaszcza że życie signory Panigalli nadal jest zagrożone. Każde wyjście z domu musi zgłaszać służbom, gdyż jej oprawca jest na wolności i nie zawaha się ponownie zaatakować. Dla Vespy nie było to jasne, ponieważ z cynicznym uśmieszkiem na ustach stwierdził, że gdyby eks partner miał ją zabić, to by już dawno to zrobił. I za te właśnie słowa w moim odczuciu pan redaktor powinien wylecieć z telewizji na zbity (za przeproszeniem) pysk. 

W Italii przemoc wobec kobiet nie ustaje, a statystyki są zatrważające. Telewizja publiczna, która ma wpływ na odbiorców, ma dawać przykład innym mediom i traktować temat kobiet - ofiar z pietyzmem i dużą dozą delikatności. Vespa zaś, ten dziennikarz starej daty, zachował się odwrotnie- jego pytania były cyniczne, nonszalanckie i chwilami okrutne. Szyderczy uśmiech, który nie schodził mu z twarzy, był wyrazem pogardy i braku zrozumienia dla bohaterki wywiadu. W pewnym momencie wydawało mi nawet, że Vespa nie chce jej słuchać, zresztą każde jej słowo wyjaśnienia spływało po nim jak po kaczce. Dla niego było ważne udowodnić, że nic takiego się nie stało, a obita twarz to nie jest wielka tragedia, bo rany się zagoiły. Miałam wrażenie, że redaktor w końcu wyniesie na ołtarze mężczyznę, który tylko przez przypadek nie został mordercą. Jego ofiara cudem wywinęła się śmierci, co Vespa zupełnie zignorował. Poniżył Lucię Panigalli, podszedł do niej w sposób lekceważący i nie miał za grosz litości. Sugerował również, iż mężczyzna, który ją skatował, zrobił to, ponieważ był zakochany i uważam to za bardzo niebezpieczne stwierdzenie, bo nigdy, ale to nigdy nie należy wiązać przemocy z miłością. Przez takie opinie kobiety nie odchodzą od oprawców, gdyż wydaje się im, że bicie dostaje się z uczuciem w pakiecie. Mężczyźni tacy jak Vespa, mający na widzów ogromny wpływ, nie powinni zapominać, że ich psim obowiązkiem jest sprzeciwiać się agresji, a nie jej przyklaskiwać. Nie sztuką jest usiąść obok kobiety, który przeszła piekło i jej to wypomnieć- sztuką jest sprawić, by poczuła, że dozna jeszcze prawdziwego uczucia. Vespa nie tylko tego nie zrobił, a wręcz ją upokorzył i było to naprawdę wstrętne.  

Minął tydzień od przeprowadzenia wywiadu, a dziennikarz milczy jak zaklęty. Nie przeprosił, choć wszyscy tego oczekują, a jedyne, na co się zdobył, to obrona swojej osoby. Telewizja Rai też nie wydała oficjalnego oświadczenia, a ja mam niepokój, że sprawa rozejdzie się po kościach. Vespa pracuje w publicznej od lat i jest traktowany jak święta krowa, która może wszystko, a i tak nic się nie stanie. Dla mnie jego piękna kariera legła w gruzach i niewątpliwe zasługi redaktora odeszły w zapomnienie. Przedtem kojarzyłam go jako osobę u dużej kulturze osobistej, dzisiaj widzę tylko ten cyniczny uśmiech. Vespa użądlił ostro, ale nie spodziewał się, że to ukłucie obróci się przeciw niemu. I tak sobie myślę, że nawet gdyby cud się wydarzył i pan redaktor przeprosił, to nie wystarczy, aby zmazać plamę na nieskazitelnym dotąd wizerunku. Z szacunku dla kobiety, z którą przeprowadził wywiad, z szacunku dla każdej ofiary przemocy, Bruno Vespa powinien podać się do dymisji. Miejsce mężczyzn, którzy drwią z tak doświadczonych przez życie kobiet, jak Lucia Panigalli, na pewno nie jest na wizji. Nie chcę, żeby włoską telewizję publiczną reprezentował ktoś taki jak Vespa. Nie obchodzą mnie jego dawne zasługi, ponieważ już zawsze będzie mi się kojarzył z tym nikczemnym wywiadem. A jeśli zostanie, na co się niestety zanosi, to mogę zrobić jedno- zbojktować jego program. Nie obejrzę więcej Bruno Vespy w telewizji.


zdjęcie- Lettera Donna

Jaka jest włoska szkoła?

by 04 września

W Polsce skończyły się wakacje i uczniowie wrócili do szkół, natomiast ich włoscy koledzy nadal mają labę. Do rozpoczęcia roku szkolnego został ponad tydzień i jeśli zliczyć czas wolny, to wychodzi na to, że moja starsza córka miała aż trzy miesiące odpoczynku. Osobiście uważam, że to za dużo, ale włoska oświata rządzi się własnymi prawami i mało kogo obchodzi moje oburzenie. Już za niedługo Gaja zaczyna drugą klasę (kiedy to zleciało), zaś Sara idzie do przedszkola i jej pierwsze dni poza domem na pewno będą dla mnie nieco stresujące. Tymczasem pierwszy rok Gai w szkole pozwolił mi skonfrontować włoską szkołę z polską i z tego powodu chciałabym się skupić na różnicach w sposobie nauczania i nie tylko. 

We Włoszech do szkoły idzie się w wieku sześciu lat i podstawówka obejmuje pięć klas, później zaś są trzy lata gimnazjum. W pierwszej klasie dzieci piszą klasówki oraz dostają oceny, a ich skala wynosi od jednego do dziesięciu i oczywiście najwyższa liczba jest tą najlepszą. Graniczną oceną jest szóstka i wystarczy ona, aby przejść do następnej klasy, nikt się jednak nią nie chwali, bo to zdecydowanie przeciętna nota. Dzieci piszą w zeszytach A4, mimo że są one niezbyt wygodne i mają zadania domowe, ale tylko dwa razy w tygodniu, gdy kończą szkołę o dwunastej. Mundurki są wymagane, acz nieobowiązkowe i trzeba przyznać, że w ubiegłym roku szkolnym mieliśmy z tego powodu trochę problemów. Gaja się buntowała i wzorem koleżanek nie chciała nosić mundurka, więc poszliśmy na kompromis i pozwoliliśmy jej czasem go zdjąć. Z moich obserwacji wynika, że chłopcy akceptują mundurki i nie mają problemów z ich zakładaniem, natomiast dziewczynki jakoś za nimi nie przepadają (przynajmniej te z klasy mojej córki). 

We włoskich szkołach, co bardzo mi się podoba, nie ma sklepików oferujących śmieciowe jedzenie i dzieci do szkoły przynoszą drugie śniadanie (tzw. merenda), natomiast jest wybór, jeśli chodzi o obiady. Można je jeść w szkolnej stołówce lub zabrać dziecko do domu i przywieźć z powrotem do szkoły po obiedzie. Od września miała wejść w życie ustawa, pozwalająca dzieciom przynosić obiady do szkoły, ale nic z tego nie wyszło. Podejrzewam, że firmy dostarczające pokarm są tym zachwycone, jakkolwiek mniej niektórzy rodzice, którzy mieli w planach trochę zaoszczędzić. Włoska szkoła to bowiem studnia bez dna i za wszystko trzeba w niej płacić, a dzieci należy zaopatrzyć nie tylko w potrzebne materiały, ale i np. papier toaletowy, gdyż szkoła nie gwarantuje materiałów higienicznych. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tak było i w Genui, gdzie Gaja chodziła do przedszkola, więc myślę, że szkoły bez środków higieny to nie jest pojedynczy przypadek. 

Bycie nauczycielem w Italii to też nie taka wyjątkowa sprawa. Wielu z nich jest zatrudnionych na czas określony, a ich byt jest niepewny, więc co roku zmieniają szkoły, aby tylko móc pracować. Wygląda na to, że taki los spotka nauczycielki Gai, do których moja córka już się przyzwyczaiła i które uwielbia, lecz niestety podziękowano im za współpracę. W drugiej klasie przyjdą nowe panie, na pewno tak samo sympatyczne jak poprzedniczki, ale nie jestem z tego powodu zachwycona, bo uważam, że dzieciom potrzebna jest ciągłość, zwłaszcza na początku ich szkolnej ścieżki. We włoskich szkołach brakuje nauczycieli, co więcej, sytuacja jest niemal krytyczna i nie mam pojęcia, jak Ministerstwo Oświaty zamierza rozwiązać ten palący problem. Do mojego męża, który kilka lat temu dorabiał sobie, pracując kilka godzin w szkole, wciąż ktoś dzwoni, by zaproponować pracę, lecz on nie chce o tym słyszeć. Uczenie krąbrnych nastolatków kosztowało go sporo stresu i woli się trzymać od szkoły z daleka. 

Szkoła we Włoszech nie odpuszcza nawet w wakacje, być może dlatego, że tak długo trwają. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że trzeba będzie kupić książkę z ćwiczeniami, które Gaja przez okres ferii ma wypełnić. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym, ale po chwilowym szoku to doceniłam, bo przecież przez trzy miesiące wolnego dzieci wiele zapominają. Książka pozwoliła Gai nie wyjść z prawy, bowiem codziennie rozwiązywała ćwiczenia i nie przyniosło jej to żadnej szkody. Skończyła przed dwoma tygodniami i już nie może się doczekać pójścia do szkoły, aby spotkać koleżanki i kolegów z klasy. Książki z odrobionymi zadaniami nie musi przynosić ze sobą, jako że jej zakup nie był obowiązkowy, a mile widziany. Wystarczy, że rodzice widzieli zaangażowanie dziecka i zachęcili je do rozwiązania wszystkich ćwiczeń. Nie wszyscy jednak to robią, gdyż włoscy rodzice w pewnych kwestiach nie różnią się od polskich i pozwalają dzieciom na zbyt wiele rzeczy, lecz to już temat na zupełnie inną historię. Jeszcze chwila i witaj włoska szkoło!


zdjęcie- Ravenna24ore
Obsługiwane przez usługę Blogger.