Jaka jest włoska szkoła?


W Polsce skończyły się wakacje i uczniowie wrócili do szkół, natomiast ich włoscy koledzy nadal mają labę. Do rozpoczęcia roku szkolnego został ponad tydzień i jeśli zliczyć czas wolny, to wychodzi na to, że moja starsza córka miała aż trzy miesiące odpoczynku. Osobiście uważam, że to za dużo, ale włoska oświata rządzi się własnymi prawami i mało kogo obchodzi moje oburzenie. Już za niedługo Gaja zaczyna drugą klasę (kiedy to zleciało), zaś Sara idzie do przedszkola i jej pierwsze dni poza domem na pewno będą dla mnie nieco stresujące. Tymczasem pierwszy rok Gai w szkole pozwolił mi skonfrontować włoską szkołę z polską i z tego powodu chciałabym się skupić na różnicach w sposobie nauczania i nie tylko. 

We Włoszech do szkoły idzie się w wieku sześciu lat i podstawówka obejmuje pięć klas, później zaś są trzy lata gimnazjum. W pierwszej klasie dzieci piszą klasówki oraz dostają oceny, a ich skala wynosi od jednego do dziesięciu i oczywiście najwyższa liczba jest tą najlepszą. Graniczną oceną jest szóstka i wystarczy ona, aby przejść do następnej klasy, nikt się jednak nią nie chwali, bo to zdecydowanie przeciętna nota. Dzieci piszą w zeszytach A4, mimo że są one niezbyt wygodne i mają zadania domowe, ale tylko dwa razy w tygodniu, gdy kończą szkołę o dwunastej. Mundurki są wymagane, acz nieobowiązkowe i trzeba przyznać, że w ubiegłym roku szkolnym mieliśmy z tego powodu trochę problemów. Gaja się buntowała i wzorem koleżanek nie chciała nosić mundurka, więc poszliśmy na kompromis i pozwoliliśmy jej czasem go zdjąć. Z moich obserwacji wynika, że chłopcy akceptują mundurki i nie mają problemów z ich zakładaniem, natomiast dziewczynki jakoś za nimi nie przepadają (przynajmniej te z klasy mojej córki). 

We włoskich szkołach, co bardzo mi się podoba, nie ma sklepików oferujących śmieciowe jedzenie i dzieci do szkoły przynoszą drugie śniadanie (tzw. merenda), natomiast jest wybór, jeśli chodzi o obiady. Można je jeść w szkolnej stołówce lub zabrać dziecko do domu i przywieźć z powrotem do szkoły po obiedzie. Od września miała wejść w życie ustawa, pozwalająca dzieciom przynosić obiady do szkoły, ale nic z tego nie wyszło. Podejrzewam, że firmy dostarczające pokarm są tym zachwycone, jakkolwiek mniej niektórzy rodzice, którzy mieli w planach trochę zaoszczędzić. Włoska szkoła to bowiem studnia bez dna i za wszystko trzeba w niej płacić, a dzieci należy zaopatrzyć nie tylko w potrzebne materiały, ale i np. papier toaletowy, gdyż szkoła nie gwarantuje materiałów higienicznych. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tak było i w Genui, gdzie Gaja chodziła do przedszkola, więc myślę, że szkoły bez środków higieny to nie jest pojedynczy przypadek. 

Bycie nauczycielem w Italii to też nie taka wyjątkowa sprawa. Wielu z nich jest zatrudnionych na czas określony, a ich byt jest niepewny, więc co roku zmieniają szkoły, aby tylko móc pracować. Wygląda na to, że taki los spotka nauczycielki Gai, do których moja córka już się przyzwyczaiła i które uwielbia, lecz niestety podziękowano im za współpracę. W drugiej klasie przyjdą nowe panie, na pewno tak samo sympatyczne jak poprzedniczki, ale nie jestem z tego powodu zachwycona, bo uważam, że dzieciom potrzebna jest ciągłość, zwłaszcza na początku ich szkolnej ścieżki. We włoskich szkołach brakuje nauczycieli, co więcej, sytuacja jest niemal krytyczna i nie mam pojęcia, jak Ministerstwo Oświaty zamierza rozwiązać ten palący problem. Do mojego męża, który kilka lat temu dorabiał sobie, pracując kilka godzin w szkole, wciąż ktoś dzwoni, by zaproponować pracę, lecz on nie chce o tym słyszeć. Uczenie krąbrnych nastolatków kosztowało go sporo stresu i woli się trzymać od szkoły z daleka. 

Szkoła we Włoszech nie odpuszcza nawet w wakacje, być może dlatego, że tak długo trwają. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że trzeba będzie kupić książkę z ćwiczeniami, które Gaja przez okres ferii ma wypełnić. Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym, ale po chwilowym szoku to doceniłam, bo przecież przez trzy miesiące wolnego dzieci wiele zapominają. Książka pozwoliła Gai nie wyjść z prawy, bowiem codziennie rozwiązywała ćwiczenia i nie przyniosło jej to żadnej szkody. Skończyła przed dwoma tygodniami i już nie może się doczekać pójścia do szkoły, aby spotkać koleżanki i kolegów z klasy. Książki z odrobionymi zadaniami nie musi przynosić ze sobą, jako że jej zakup nie był obowiązkowy, a mile widziany. Wystarczy, że rodzice widzieli zaangażowanie dziecka i zachęcili je do rozwiązania wszystkich ćwiczeń. Nie wszyscy jednak to robią, gdyż włoscy rodzice w pewnych kwestiach nie różnią się od polskich i pozwalają dzieciom na zbyt wiele rzeczy, lecz to już temat na zupełnie inną historię. Jeszcze chwila i witaj włoska szkoło!


zdjęcie- Ravenna24ore
Obsługiwane przez usługę Blogger.