Znowu

by 25 listopada

Znowu zabójca kobiety wyszedł z więzienia. Po trzech latach odsiadki sąd postanowił zwrócić mu wolność. Skuteczna praca adwokatów, którzy znaleźli kilka kruczków na jego obronę spowodowała, że sędzia nie miał wyjścia i dał mordercy szansę. W więzieniu człowiek zachowywał się więcej niż przyzwoicie, więc trzeba było go za to nagrodzić. Trzy lata odsiadki to niemało, a zabójstwo w amoku może zdarzyć się każdemu. Wyjdzie, zrozumie swój błąd i zacznie toczyć przykładny żywot, jak na porządnego obywatela przystało. Jest jeszcze młody i nie warto, aby marnował się za kratkami. Znowu włoskie prawo nie uszanowało ofiary femminicidia (kobietobójstwa) i po raz kolejny mężczyzna, który zamordował żonę,  cieszy się wolnością. A przemoc wobec kobiet w Italii nie ustaje.

Znowu jakieś dziecko płacze nad grobem matki. Nie ma jej, odeszła dwa miesiące temu, a dorośli powiedzieli, że teraz można ją odwiedzać tylko na cmentarzu. To jednak nie to samo, bo nie da się do niej przytulić, porozmawiać czy na nią popatrzeć. Zamiast tego chłopczyk spogląda na zimny głaz i łzy spływają mu ciurkiem po twarzy. Jest tam napisane, że "żyła lat 30 i zginęła tragicznie". Jak tragicznie, tego nikt nie miał odwagi mu wytłumaczyć. Jak powiedzieć sześcioletniemu malcowi, że jego ojciec zabił matkę, ponieważ ta chciała odejść? Chłopcu już nigdy mama nie powie "dobranoc" i nie utuli go do snu. Zamiast tego tuli się do misia i patrzy obojętnym wzrokiem na sufit. Nie ma już jego mamusi, już nie zaśpiewa mu piosenki i nie zabierze go na plac zabaw. Nie ma też taty, bo poszedł daleko i zostawił go z dziadkami. Znowu dziecko we Włoszech zostało pośrednią ofiarą kobietobójstwa. Wraz z odejściem matki na dobre skończyło się dzieciństwo.

Znowu gazety piszą o kolejnym zabójstwie kobiety, 95-tym w tym roku. Młoda kobieta padła ofiarą kochanka, który zabił ją z zimną krwią, ponieważ miała zamiar o ich relacji powiedzieć żonie mężczyzny. Ten, nie chcąc do tego dopuścić, wziął nóż i kilkoma (bądź więcej) ciosami zakończył niewygodny związek. "Co robisz, jestem z tobą w ciąży, myśl o dziecku"- krzyczała, gdy kochanek zaświecił jej nożem przed oczami, lecz to nie pomogło. Zamordował nie tylko ją, ale i tlące się w niej nowe życie, po czym jak gdyby nigdy nic poszedł do fryzjera. I gdy wiadomość o śmierci dziewczyny rozeszła się po mediach, niektóre wpisy pokazały, jak bardzo mężczyźni we Włoszech nie dorośli do swojej roli. Znowu odpowiedzialność za brutalny mord, według wielu komentatorów, ponosi właśnie zabita kobieta. Nie musiała się wiązać z żonatym, inaczej by żyła, tak właśnie rozumowała znaczna część internautów, co dowodzi, niestety, że wiele wody w rzece musi jeszcze upłynąć, aby zjawisko kobietobójstwa zaczęło maleć. Nie można winić ofiary za to, co się stało, nikt nie zasługuje na taką śmierć.

Znowu dzisiaj dodamy nakładkę do naszych zdjęć profilowych, być może poczytamy jakiś artykuł czy statystyki i zamyślimy się nad tym, dlaczego tyle kobiet umiera. Może u kogoś obudzi się sumienie i nie podniesie już ręki na swoją dziewczynę. Może ktoś zrozumie, że nie tędy droga i przemocą nie zmusi się do miłości. Może wreszcie niejeden mężczyzna się zawstydzi i przestanie używać pięści, a zacznie używać serca. Dziś jest 25- listopad i obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki Z Przemocą Wobec Kobiet. Większość zamordowanych w tym roku kobiet straciło życie, bo kochały. Ich mordercami prawie zawsze okazywały się najbliższe osoby- narzeczeni, mężowie czy nawet przyjaciele. Mija kolejny rok i nic w Italii się nie zmienia. Mężczyźni nie przestają i kobiety nadal giną z ich rąk, przeważnie w sposób więcej niż brutalny. Często zdarza się tak, że za zabójstwo do rozpoczęcia procesu dostają areszt domowy, a potem idą do więzienia na mniej niż 10 lat. Przypadki dożywocia za kobietobójstwa są minimalne. Znowu 25-ty listopad przybrał barwę krwi. Walka z przemocą wobec kobiet powinna we Włoszech odbywać się każdego dnia. Trzeba krzyczeć tak głośno i często, aby o ofiarach femminicidia usłyszał świat.  Ja, jak co roku, pisząc o zjawisku kobietobójstwa, oddaję w ten sposób hołd jego ofiarom. I wołam - basta, basta, basta...


zdjęcie (czerwone szpilki, symbol femminicidia)- Settegiorni

O włoskim winie i braku tolerancji

by 11 listopada

Nieodłącznym składnikiem włoskiego dolce vita oprócz makaronu i pizzy jest wino. Włosi piją je obowiązkowo do obiadu, często sami produkują i nie wyobrażają sobie istnienia bez kieliszka czerwonego (czy białego) wina. Jest ono wyborne, o czym wiedzą wszyscy, więc jeśli ktoś odmówi wypicia, jest odbierany (delikatnie mówiąc) jako dziwak. Tak jest właśnie ze mną i z moim mężem i przez to właśnie nie umiemy dojść do porozumienia z włoską częścią naszej rodziny. Nie pijemy wina i dla nich to jest mocno podejrzane, ponieważ jak zdrowy na umyśle człowiek może się obyć bez tego drogocennego trunku? Kiedy byliśmy na Sardynii, co chwila ktoś nam proponował wypicie i gdy odmawialiśmy, musieliśmy się srogo z tego tłumaczyć. Tak srogo, że zaczęło mnie to wkurzać. Nie piję bowiem nie tylko wina, w ogóle nie piję alkoholu. Od ponad ośmiu lat nie miałam w ustach ani kropli i jest to moja indywidualna decyzja, którą ogół mógłby uszanować. Nie piję bowiem ze względów ideologicznych i nie zanosi się na to, abym miała zmienić zdanie.

Gdy jeszcze mieszkałam w kraju, również nie byłam wielką amatorką picia, od czasu do czasu zdarzyło mi się wyjść na piwo z koleżankami, ale nigdy nie wypiłam więcej niż dwa kufle piwa, po których zresztą kręciło mi się w głowie. Trochę bardziej szalałam, gdy byłam małolatą, lecz to tak zamierzchłe czasy, że nie ma co o nich wspominać. W młodości robi się dużo głupich rzeczy i popełnia się wiele błędów, ale wtedy jeszcze wiek nas usprawiedliwia. W każdym razie gdy już ostatecznie się wyszalałam, doszłam do wniosku, że picie nie jest dla mnie. Kiedy przeprowadziłam się do Włoch i zaszłam w ciążę, obiecałam sobie, że więcej nie tknę alkoholu. Dla mnie samej i dla dobra moich dzieci postanowiłam zostać abstynentką. Nie mam z tym żadnych problemów, bo nigdy nie miałam specjalnego pociągu do picia. Tak się składa, że mąż podziela moje poglądy i również nie pije, choć abstynentem do końca nie jest, ponieważ gdy jesteśmy w Polsce, to zdarza mu się wypić piwo i bynajmniej nie robię mu z tego powodu wyrzutów. Wina nie pije, jako że za nim nie przepada i niechęć ta jest solą w oku jego ojca i innych krewnych, którzy nie rozumieją, jak to można być Włochem i nie mieć szacunku dla własnych korzeni.

Odmawianie lampki wina, czy to w rodzinie, czy to u znajomych, za każdym razem kwituje się tak samo, czyli pytaniem "ale jak to"? Z tego powodu męża i mnie uznaje się za cudaków, nie potrafiących dobrze się w życiu bawić. To, że nie pijemy, na bank oznacza, że jesteśmy nudni jak flaki z olejem i zwyczajni z nas sztywniacy. Nie jesteśmy nawiedzieni, bo ani nam w głowie "nawracać" ludzi i jeśli ktoś do nas zawita, a pije wino, to znajdzie je na stole. Nikogo też nie przekonujemy, aby nie pił i nikogo nie oceniamy przez pryzmat kieliszka, ponieważ jest nam zupełnie obojętne, co kto lubi. Tymczasem z nami jest coś nie tak i nie podoba mi się to podejście, tak samo jak nie akceptuję zwrotu, że lampka wina to nic takiego i dla grzeczności mogłabym ją wypić. Dlaczego w takim razie nikt nie jest grzeczny dla mnie i nie rozumie tego, że jestem abstynentką? Nie piję i odmówiłabym nawet królowej Elżbiecie, gdybym jakimś cudem zaprosiłaby mnie na kolację. We Włoszech ta moja niechęć do picia jest odbierana jako świętokradztwo, chociaż to moja prywatna sprawa. Zawsze zastanawia mnie, czemu nikt nie spyta osoby palącej, dlaczego się truje, albo uzależnionej od alkoholu, czemu się nie leczy. Na mnie natomiast, choć nic złego nie robię, patrzy się czasem jak na idiotkę. A przecież rozwiązaniem na wszystko jest tolerancja. Nie obchodzi mnie, czy jesz mięso, palisz jak smok, pijesz wino na śniadanie, czy jesteś uzależniony od słodyczy. Szanujmy nie swoje wybory


Obsługiwane przez usługę Blogger.