O włoskim winie i braku tolerancji


Nieodłącznym składnikiem włoskiego dolce vita oprócz makaronu i pizzy jest wino. Włosi piją je obowiązkowo do obiadu, często sami produkują i nie wyobrażają sobie istnienia bez kieliszka czerwonego (czy białego) wina. Jest ono wyborne, o czym wiedzą wszyscy, więc jeśli ktoś odmówi wypicia, jest odbierany (delikatnie mówiąc) jako dziwak. Tak jest właśnie ze mną i z moim mężem i przez to właśnie nie umiemy dojść do porozumienia z włoską częścią naszej rodziny. Nie pijemy wina i dla nich to jest mocno podejrzane, ponieważ jak zdrowy na umyśle człowiek może się obyć bez tego drogocennego trunku? Kiedy byliśmy na Sardynii, co chwila ktoś nam proponował wypicie i gdy odmawialiśmy, musieliśmy się srogo z tego tłumaczyć. Tak srogo, że zaczęło mnie to wkurzać. Nie piję bowiem nie tylko wina, w ogóle nie piję alkoholu. Od ponad ośmiu lat nie miałam w ustach ani kropli i jest to moja indywidualna decyzja, którą ogół mógłby uszanować. Nie piję bowiem ze względów ideologicznych i nie zanosi się na to, abym miała zmienić zdanie.

Gdy jeszcze mieszkałam w kraju, również nie byłam wielką amatorką picia, od czasu do czasu zdarzyło mi się wyjść na piwo z koleżankami, ale nigdy nie wypiłam więcej niż dwa kufle piwa, po których zresztą kręciło mi się w głowie. Trochę bardziej szalałam, gdy byłam małolatą, lecz to tak zamierzchłe czasy, że nie ma co o nich wspominać. W młodości robi się dużo głupich rzeczy i popełnia się wiele błędów, ale wtedy jeszcze wiek nas usprawiedliwia. W każdym razie gdy już ostatecznie się wyszalałam, doszłam do wniosku, że picie nie jest dla mnie. Kiedy przeprowadziłam się do Włoch i zaszłam w ciążę, obiecałam sobie, że więcej nie tknę alkoholu. Dla mnie samej i dla dobra moich dzieci postanowiłam zostać abstynentką. Nie mam z tym żadnych problemów, bo nigdy nie miałam specjalnego pociągu do picia. Tak się składa, że mąż podziela moje poglądy i również nie pije, choć abstynentem do końca nie jest, ponieważ gdy jesteśmy w Polsce, to zdarza mu się wypić piwo i bynajmniej nie robię mu z tego powodu wyrzutów. Wina nie pije, jako że za nim nie przepada i niechęć ta jest solą w oku jego ojca i innych krewnych, którzy nie rozumieją, jak to można być Włochem i nie mieć szacunku dla własnych korzeni.

Odmawianie lampki wina, czy to w rodzinie, czy to u znajomych, za każdym razem kwituje się tak samo, czyli pytaniem "ale jak to"? Z tego powodu męża i mnie uznaje się za cudaków, nie potrafiących dobrze się w życiu bawić. To, że nie pijemy, na bank oznacza, że jesteśmy nudni jak flaki z olejem i zwyczajni z nas sztywniacy. Nie jesteśmy nawiedzieni, bo ani nam w głowie "nawracać" ludzi i jeśli ktoś do nas zawita, a pije wino, to znajdzie je na stole. Nikogo też nie przekonujemy, aby nie pił i nikogo nie oceniamy przez pryzmat kieliszka, ponieważ jest nam zupełnie obojętne, co kto lubi. Tymczasem z nami jest coś nie tak i nie podoba mi się to podejście, tak samo jak nie akceptuję zwrotu, że lampka wina to nic takiego i dla grzeczności mogłabym ją wypić. Dlaczego w takim razie nikt nie jest grzeczny dla mnie i nie rozumie tego, że jestem abstynentką? Nie piję i odmówiłabym nawet królowej Elżbiecie, gdybym jakimś cudem zaprosiłaby mnie na kolację. We Włoszech ta moja niechęć do picia jest odbierana jako świętokradztwo, chociaż to moja prywatna sprawa. Zawsze zastanawia mnie, czemu nikt nie spyta osoby palącej, dlaczego się truje, albo uzależnionej od alkoholu, czemu się nie leczy. Na mnie natomiast, choć nic złego nie robię, patrzy się czasem jak na idiotkę. A przecież rozwiązaniem na wszystko jest tolerancja. Nie obchodzi mnie, czy jesz mięso, palisz jak smok, pijesz wino na śniadanie, czy jesteś uzależniony od słodyczy. Szanujmy nie swoje wybory


Obsługiwane przez usługę Blogger.