Ciężkie życie włoskich (i nie tylko) pań domu

by 30 czerwca

W związku z pandemią koronawirusa życie we Włoszech przewróciło się do góry nogami i ciągle słyszymy o różnych nowościach i pomysłach niestrudzonego włoskiego rządu. Jedną z idei jest wprowadzenie tzw. bonus babysitter, czyli zapłata dla opiekunek nie z pieniędzy rodziców, a podatników. Niedawno rząd poszedł jeszcze dalej- chce płacić dziadkom za to, że opiekują się wnukami podczas nieobecności rodziców, co dla mnie jest trochę nie fair. W takim razie co ze mną i tysiącami kobiet, które są w podobnej sytuacji? Ano nic, ponieważ kurami domowymi i ich potrzebami nie należy się w ogóle przejmować, a to, że siedzą w domu z dziećmi, jest ich świętym obowiązkiem. Jakaś kobieta pytała na forum, dlaczego "casalinghe" (panie domu) są wykluczone we Włoszech ze wszystkiego? W odpowiedzi usłyszała, że kury domowe nie są pożyteczne dla społeczeństwa, jako że nic nie produkują i nic nie wnoszą do gospodarki, a dodatkowo są bardzo roszczeniowe. Dobre sobie, zaśmiałam się, przecież gospodynie domowe są grupą niedocenianą, która zresztą nigdy na nic się nie skarży. Przyjmujemy nasze życie z dobrodziejstwem inwentarza, szykanami i ciągłymi pytaniami, gdzie nasze ambicje. Tyle się krzyczy o tolerancji, ale nikt (albo prawie nikt) nie akceptuje tego, że jest dużo kobiet utrzymywanych przez mężów i dbających o ognisko domowe. Ba, one same tego nie akceptują i uważają się na gorsze, gdyż właśnie za takie są postrzegane. Bez ambicji, bez zawodowego życia, niezadbane i wiecznie przy garach. Nie ma więc z nich żadnego pożytku i jeszcze śmią prosić o pieniądze.

Zauważyłam na własnej skórze, że ta etykietka casalinghi jest czymś umniejszającym kobiecie. Ile razy słyszałam, że ja to mam dobrze, bo siedzę w domu i nie muszę się martwić z kim zostawić dzieci lub nie muszę biegać wiecznie do pracy. Skoro ja się mam tak dobrze, to czemu osoby wypominające mój tryb życia nie zwolnią się z pracy i nie zajmą się wychowywaniem dzieci? O nich nikt nie powie, że są bezużyteczne, im nikt nie zaśmieje się w oczy, że cały dzień w domu by nie wytrzymał; wreszcie, nikt nie zarzuci im braku ambicji i spędzania dni na gapieniu się w ekran telewizora. Jaki cel mają kury domowe, co one potrafią- takie pytania również czytałam w internecie i przyznam, że jestem nimi oburzona. To tak, jakbyśmy były gorszym gatunkiem ludzi, jako że nie zarabiamy i nie przysługujemy się ekonomii. Nikt nie pyta, jak się czujemy, czy należy nam się pomoc, o czym marzymy, czy mamy ochotę wyjść, gdyż dla ludzi jesteśmy kimś mało ważnym. Krzątamy się po mieszkaniach, czasem idziemy do sklepu czy na plac zabaw z dziećmi i na tym kończy się nasz dzień. O czym można z nami porozmawiać, przecież na niczym się nie znamy, a co najwyżej interesują nas plotki. Rząd obiecuje cokolwiek praktycznie każdej grupie społecznej z wyjątkiem kur domowych, ponieważ one nie mają na co liczyć, i tak zbijają bąki. Bycie kobietą nie jest proste, zaś bycie kobietą z przypiętą łatką "gospodyni" jest cholernie trudne. Ileż się trzeba namęczyć, by udowodnić innym, że nawet siedząc w domu ma się jakieś horyzonty i czymś się interesuje. Nie można jednak czuć się równymi z kobietami pracującymi, bo etykieta kury domowej na to nie pozwala. Jesteś tylko gospodynią, więc jesteś gorsza. Tak jest, moi mili.

A bycie panią domu, jakkolwiek łatwe w praktyce, jest bardzo ciężkie psychologicznie. Każdego dnia robisz to samo, znasz na pamięć swój rozkład godzin i dobrze wiesz, co wydarzy się rano, a co wieczorem. Nie czeka cię żadna nowość, nie wyjdziesz z koleżankami po pracy do baru, a wyobraźni używasz, kiedy szukasz pomysłu na obiady. Zawsze można zmienić wszystko w życiu, to prawda, niemniej jednak to nie jest łatwe. Prawie 10 lat poza rynkiem pracy i CV, które nie ewouluje, nie pomaga przy szukaniu zajęcia. A kiedy jest się samym nie ma się żadnej rodziny, to nie ma mowy o tym, aby coś znaleźć. I koło się toczy, a potem zatrzymuje się w jednym miejscu- w domu, z którego zawsze się wyjdzie, to prawda, lecz nie zrobi się tego dla siebie, a dla innych. Kury domowe są w pewnym stopniu wykluczone ze społeczeństwa i nie ma co temu zaprzeczać, ponieważ widzę to po sobie. Można nam przygadywać, śmiać się z nas, bo i tak nikt za nas nie będzie walczył, w końcu mamy się tak dobrze. Nikt nie podniesie ręki do góry i nie powie, że nas rozumie, raczej na odwrót- większość powie, że żyjemy komfortowo. A ja bym chciała, żeby ludzie pojęli, iż bycie kurą domową nie jest niczym wstydliwym i nie stawia nas w złym świetle. Nie mam ochoty więcej się denerwować, czytając opinie o tym, że nie ma z nas żadnego pożytku. Status kury domowej nie wiąże się z cierpieniem, absolutnie, ale nie jest to, przynajmniej dla mnie, rzecz komfortowa. Nie potrafię jednak zmyć z siebie tej naklejki i wytłumaczyć otoczeniu, że posiadam jakąś głębię. Dla nich i tak kończy się ona na myciu naczyń i plotkowaniu. Casalinga w dzisiejszych czasach to nie lada wyzwanie. Wątpię, czy kiedykolwiek ktoś nas doceni.


zdjęcie- Giornale Di Puglia

Jak to jest z tą włoską ciotką i dlaczego nie wypiłam szampana?

by 07 czerwca

To było w lipcu 2017, kiedy pojechaliśmy na Sardynię, aby odwiedzić włoską rodzinę męża. To nie był mój pierwszy raz na wyspie, większość krewnych już dobrze znałam i polubiłam ich z tej przyczyny, że nie można nie lubić Sardyńczyków. Są serdeczni, gościnni, wylewni aż do przesady i od pierwszej chwili dali mi odczuć, że jestem członkiem ich rodziny. Oczywiście jak to w życiu bywa, nawet w najlepszej familii istnieją wyjątki od reguły, a w tym przypadku tym wyjątkiem była jedna z ciotek, którą również poznałam wcześniej, jednak nie za dobrze. Kiedy więc weszłam do jej salonu i w pełni lata zobaczyłam świąteczną choinkę, a potem cioteczka uraczyła mnie opowieścią o dwóch kuchniach, które też za chwilę zobaczyłam, to zrozumiałam jak nic, że jest ona materiałem na powieść. To bardzo wyrazista postać, nie dała nikomu dojść słowa i sypała anegdotkami jak z rękawa. Mąż kręcił na nią nosem, ale mnie spodobała się do tego stopnia, że napisałam o niej na fanpejdżu. Nie byłam pewna, czy historia o cioteczce komukolwiek się spodoba, lecz po kilku odcinkach z nią w roli głównej zrozumiałam, że zaczęła cieszyć się sporym powodzeniem i przyciągać nowych czytelnikach. Takiego potencjału nie wolno mi było zmarnować.

Po powrocie z Sardynii nie przestałam opisywać przygód ciotki i jej nie mniej szalonego męża Berluski, a grono osób pytało mnie, czy historie z ich udziałem są prawdziwe. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że tak, bo choć nie było mnie już blisko ciotki, to dzięki telefonom dostawałam relację o jej życiu na bieżąco, czasem i teściowa coś mi mówiła, także materiału na kolejne odcinki trochę mi się zebrało. Jednocześnie nie dziwiło mnie, iż niektórzy nie wierzyli, że ciotka istnieje naprawdę, ponieważ jej perypetie czasem były tak absurdalne, że i mi ciężko byłoby w nie uwierzyć, gdybym nie poznała ciotki. Wtrącała się we wszystko, wciąż wpadała w jakieś tarapaty i doprowadzała do szału swojego niewinnego męża Berluskę, którego jedynym przewinieniem było to, że ożenił się z ciotką. Czasem "podrasowałam" dialogi, przyznaję, żeby było bardziej do śmiechu, ale większość z nich była inspirowana niekończącymi się opowieściami cioteczki. I tak sobie publikowałam te swoje, jak to nazywałam, sardyńskie wypociny, gdy nagle przyłapałam się na tym, że z tego mogłaby powstać komediowa powieść. Motywali mnie do takiej myśli czytelnicy, co rusz zadający mi pytania, kiedy będzie z tego książka. Na początku nie myślałam o tym, by przelać wszystko na Worda i zacząć posyłać do wydawnictw, lecz po namyśle stwierdziłam: "a czemu nie"? Przecież jak to ktoś ładnie określił, "kto nie próbuje, ten nie pije szampana". Spróbowałam więc.

Na początku tego roku wysłałam propozycję powieści do kilku wydawnictw i z wielką niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Nie wiedzieć dlaczego byłam przekonana, iż "Szaleństwa włoskiej ciotki", bo tak nazwałam książkę, będą rozrywane przez wydawców. Oczami wyobraźni widziałam wydaną powieść na szczycie bestsellerów, zachwyconych czytelników i co tam jeszcze chcecie. Po dwóch miesiącach oczekiwań przyszedł pierwszy mail i od razu został mi wylany kubeł zimnej wody na głowę. "Dziękujemy, pani propozycja jest ciekawa, ale nie jesteśmy zainteresowani jej wydaniem"- takich wiadomości trochę dostałam i dzięki nim zeszłam na ziemię. Nie czeka mnie, niestety, literacka przyszłość, ponieważ skoro wydawcy nie widzą w ciotce potencjału, oznacza to, że go nie ma. Przeczytałam po raz kolejny wszystkie rozdziały "Szaleństw włoskiej ciotki" i zawsze przy nich śmiałam się do rozpuku, nie mogłam zatem dojść do przyczyn odmowy ich wydania. "Nie poznali się na mnie"- powtarzałam buńczucznie i byłam zła na cały świat. Po jakimś czasie znowu przestawiłam myślenie i stwierdziłam, że z powodu tych odmów życie mi się nie zawaliło i postanowiłam się literacko wyżyć. Siadłam do komputera i napisałam następny rozdział przygód cioteczki, związany z koronawirusem, opowiedziany mi przez samą zainteresowaną. Bardzo mi to pomogło, gdyż pojęłam, że pisać mi nikt nie zabroni, zaś ciotka potrafi się obronić w każdej sytuacji. Nie zostanie bohaterką książki, lecz jej morale przez to w ogóle nie ucierpi, moje (pomijając dwa pierwsze tygodnie) również. Nadal będę o niej pisać, a jej przygody jeszcze niejeden raz poprawią mi humor. I tylko tak już na koniec nieśmiało Was zapytuję, czy dobrym pomysłem byłoby wydanie ebooka o cioteczce i jej mężu? Jeśli tak, to może w tej kwestii coś poradzimy.



Wiele razy pytaliście mnie jak wygląda ciotka, a jako że nie mogę pokazać jej twarzy, to zobaczcie sobie jej podobiznę- Sidorowską z "Rejsu". Od razu uprzedzam, że wujek Berluska nie wygląda jak niezapomniany Jan Himilsbach.

zdjęcie- East Europen Film Bulletin

Otwarcie włoskich granic- czy to ma sens?

by 05 czerwca


Wszyscy się cieszą i z prawie każdej wirtualnej strony bije radość, ponieważ 3-go czerwca we Włoszech wreszcie otworzono granice. Można poruszać się również między regionami, a turyści w końcu mogą zwiedzać ich ukochane Belpase. I tylko ja, jako jedna z nielicznych, kręcę na to nosem, bo moim zdaniem jest na to za wcześnie. Albo tak- jest za wcześnie dla niektórych regionów, w tym "mojej" Lombardii. Wskaźnik zachorowań co prawda spadł, ale nie do tego stopnia, by wpuszczać tutaj ludzi. Jestem pewna, że nie jest to dobry ruch i za jakiś czas przekonamy się, czy tak się stanie. Nie chodzi mi o moją rację czy satysfakcję, że ją miałam, bynajmniej, co więcej, byłabym zachwycona, gdybym się pomyliła. Niemniej jednak w tej fazie koronawirusa wolę dmuchać na zimne i być ostrożna, to akurat szkody mi nie przyniesie. W Lombardii, o czym często przypominam, przypada 50 procent zachorowań na całe Włochy, więc z tego powodu jestem sceptycznie nastawiona do otwarcia regionu. Nie ja wszakże o tym decyduję, a o wiele tęższe głowy ode mnie, zatem przyjmuję to otwarcie i czekam na "rezultaty". Obym się myliła, a widmo ponownego zamknięcia w domach okazało się jedynie moją prywatną paranoją.

Włochy nie pokonały koronawirusa i nadal nie jest dobrze, stąd mój sceptycyzm. Bardzo bym chciała, by życie wróciło do normalności, lecz patrząc na restrykcje i ludzi w maseczkach, wątpię czy szybko to nastąpi. Nie dość powiedzieć, że pierwsze zakażone miasteczko, czyli Codogno, które właśnie ogłosiło, że jest "czyste" znowu musi mierzyć się z koronawirusem, ponieważ zanotowano tam pozytywnego pacjenta. Myślę sobie, że to małe ostrzeżenie, którego absolutnie nie powinniśmy lekceważyć, bo od Codogno wszystko się zaczęło. Natomiast przedwczoraj do Rzymu przyleciała rodzina ze Stanów Zjednoczonych i również okazała się pozytywna, a to dopiero pierwszy dzień otwarcia granic. Za szybko, mówią wirusolodzy, a jeden z nich wprost chwali Austrię za to, że nadal ma zamknięte granice dla Italii. Tak samo jest z Grecją, która ma Włochy na czarnej "koronawirusowej" liście i osobiście uważam, że to jest mądra decyzja. Są tacy, którzy kręcą nosem i mówią coś o niesnaskach i nienawiści do Włochów, ale to mrzonki. Tu chodzi o bezpieczeństwo, a nie o sympatię, przecież to ewidentne. Fakt, że są kraje chcące dokopać Italii, takie jak Holandia, gdzie jakiś dziennik wyraził opinię, że Włosi to lenie, więc koronawirus jest im na rękę; lub Anglia, oskarżająca Italię o to, że jest winna pandemii na wyspach. Cóż, na to trzeba przymknąć oko, jako że takie oskarżenia do niczego nie prowadzą, a tylko pogłębiają niechęć między narodami.

Wydaje mi się, że wiele wody musi jeszcze w rzece upłynąć, nim wrócimy do normalnego rytmu dnia, znowu przyzwyczaimy się do turystów i będziemy patrzeć szczęśliwi na twarze bez masek. To nie jest kwestia miesięcy, to może potrwać dłużej, mam jednak nadzieję, że najtrudniejsze już jest za nami. Marzec i kwiecień były naprawdę ciężkie, a teraz, kiedy możemy wychodzić i delektować się świeżym powietrzem, jest łatwiej i przyjemniej, co nie znaczy, że mamy lekceważyć zagrożenie. Właśnie przeczytałam dzisiejszy raport na temat zachorowań we Włoszech i Lombardia znowu zanotowała wzrost zakażeń (i to pokaźny), co potwierdza tezę, że nie jest tak kolorowo, jak niektórzy chcieliby przedstawiać. Nie macie pojęcia, jak bardzo marzą mi się wakacje w Polsce czy na Sardynii u teściów i teoretycznie moglibyśmy tam pojechać, lecz jakoś tego nie widzę. W kraju obowiązywałaby nas 14- dniowa kwarantanna, na Sardynii nie, ale gdyby na promie znajdowała się osoba pozytywna, wtedy musielibyśmy spędzić dwa tygodnie w zamknięciu. Z tego powodu wolimy zostać w domu i zastanawiamy się, jak wykorzystamy te wakacje. Na pewno będziemy poruszać się tylko po Lombardii, a jeśli sytuacja się ustabilizuje, być może skusimy się na inny włoski region. Tymczasem czekamy w napięciu na to, jakie okażą się najbliższe tygodnie i przekonamy się, czy otwarcie granic nie miało wpływu na przyrost zachorowań. Dopiero wtedy dowiemy się, czy ten dosyć niebezpieczny krok miał sens. Trzymam kciuki za Włochy i mam głęboką nadzieję, że ta decyzja nie przyniesie opłakanych skutków.


zdjęcie- Visit Italy

Powrót do (włoskich) korzeni

by 02 czerwca



Kilka tygodni temu na fejsie zapowiedziałam, że kończę z pisaniem i naprawdę miałam taki zamiar. Zrozumiałam jednak, że nie mogę bez tego żyć, z tą różnicą, że moje pisanie będzie odbywało się właśnie tutaj, a nie na moim fanpejdżu. Doszło bowiem do mnie, że zapędziłam się z tym fejsem w kozi róg i przez chwilę ważniejsze było dla mnie to, że lajki się zgadzają, a nie tworzenie tekstów. Prowadzenie fanpejdża dawało mi frajdę, nie powiem, zwłaszcza że aktywność i zaangażowanie czytelników było jednym z najwyższych wśród włoskich blogów. To była jedna z tych rzeczy, z której byłam dumna, bo nie płacąc nigdy za reklamę, udało mi się zaciekawić ludzi moimi wywodami. Dodam tutaj, że nie widzę nic w złego w kupowaniu reklam, gdybym ja żyła z bloga, również bym to robiła. Blog nie przynosi mi żadnych dochodów, zatem nie uważałam za stosowne jeszcze na nim tracić. Pisałam więcej na fanpejdżu, tu zaś było mnie coraz mniej. Przyświecało mi jedno- żeby lajki się zgadzały i zawsze było ich dużo. Dziś wiem, że to mnie w pewnym sensie zgubiło.

Od czasu, gdy we Włoszech zaczął się dramat związany z koronawirusem, zaczęłam skrupulatnie opisywać, jakie są moje odczucia na temat zaistniałej sytuacji. Nie przepisywałam z dzienników czy gazet, jak inni, nie kopiowałam nikogo (choć moje powielone teksty zdarzało mi się widywać), tylko opowiadałam o tym, jak przeżywam to ja, mieszkanka najbardziej dotkniętego regionu, czyli Lombardii. Większość czytelników przyjęła moje wpisy jak zwykle, czyli dobrze, lecz znalazły się osoby mieszkające w Italii, które zarzucały mi, że lansuję się na pandemii, piszę nieprawdę bądź że moje wypociny nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem. Te zarzuty mnie zabolały, gdyż nigdy nie miałam zamiaru na niczym się lansować, a przedstawiać fakty, tak samo jak nigdy nie podawałam się za dziennikarkę, bo nie mam do tego kwalifikacji. I nie chodzi tu o to, że ktoś miał inne podejście do sprawy niż ja, ani że nie podobało mu się, co napisałam. Każdy ma prawo do swoich osądów i słynnej "krytyki konstruktywnej", która- umówmy się- ma tyle wspólnego z prawdziwą krytyką, ile ja z Kasią Smutniak. Krytyka jest wtedy, gdy komentuje się na temat tekstu, gdy zaś wtrąca się wstawki prywatne, to trzeba nazywać sprawy po imieniu- to już jest hejt. A mi się szczerze mówiąc, przestało chcieć czytać opinie, jaka to ja jestem zła, że dostaję od świata to, co sama mu dałam (czyli nic), że chcę sobie zrobić reklamę na ofiarach koronawirusa, a moje pisane jest funta kłaków warte. Ja, gdy nie zgadzam się z czyimś tekstem, staram się komentować merytorycznie, a nie wjeżdżać buciorami w życie prywatne blogera. Możesz uważać to, co publikuję za bzdury, to mnie nie rusza, ale gdy na podstawie tego napiszesz mi, że mam udać się do psychologa, to Ty masz problem, a nie ja. Wiodę normalne, spokojne życie, nie jestem ani lepsza ani gorsza od innych, a tym bardziej skwaszona i niezadowolona. Nie znasz mnie prywatnie i jeśli nie zgadzasz się z tym, że Lombardia jest nieprzygotowana na otwarcie, a ludzi pandemia niestety nie zmieniła, to masz do tego święte prawo. Nie masz natomiast prawa mnie obrażać i usprawiedliwiać się konstruktywną krytyką. Zrobiłeś to oraz jeszcze kilka osób, dlatego poczułam się osaczona i postanowiłam odejść od fanpejdża. Nie od pisania, jak chcieliby niektórzy, ale od publikowania aktualności na fotoksiążce. Dzisiaj, z perspektywy czasu wiem, że była to trafna decyzja. Wróciłam do korzeni, zyskałam spokój i dużo czasu.

Blog nie jest moim biznesem, nie zarabiam na nim, więc stwierdziłam, że przesiadywanie przy kompie, zajmowanie się fanpejdżem i odpowiadanie na komentarze nie ma sensu. Zdecydowałam jednak, że nie przestanę pisać, jako że lubię to robić, nie zamknę zatem bloga, tylko będę publikować teksty tutaj, a nie na fejsie. Chcę też przypomnieć sobie, jak fajnie jest blogować, bez parcia na szkło, bez zbędnych oczekiwań, a z samej radości pisania, jak to było na początku. Kiedy zaczynałam moją wirtualną przygodę, blogowanie było zupełnie inne, większość pisała z pasji, a nie z chęci zarabiania. Nie liczyły się lajki, wszyscy byli równi, jak natomiast jest teraz, dobrze wiemy. W mojej blogowej "karierze" nadal trafiam na przypadki osób, które przestały ze mną rozmawiać, bo stały się popularne. Absolutnie się tym nie przejmuję, ale nieustannie dziwuję się tym, jak można uważać się za lepszego z powodu internetowej działalności. W każdym razie nie mam zamiaru ogłaszać światu na fejsie, że znowu bloguję i to tak jak za starych, dobrych czasów. Kto mnie będzie chciał znaleźć, to zrobi to, a mnie będzie cieszył każdy odwiedzający. Przestała mnie bawić pogoń za lajkami, nie przekłuję bloga w biznes, ponieważ nie jestem dobrym materiałem dla reklamodawców. Nie piszę o tym, jaka Italia jest piękna, nie publikuję notek o podróżach i jedzeniu, więc teoretycznie nie mam wiele do zaoferowania. Blogów o Włoszech jest zresztą w sieci mnóstwo, mój może być jak najbardziej niszowy. Już się z tym pogodziłam i nie mam wielkich oczekiwań. Jeśli tu wrócisz, bo zainteresuje Cię moje pisanie, będę czuła się wygrana. A na fejsie nie przestałam całkowicie funkcjonować- zdecydowałam się na prowadzenie grupy "Rozmowy o Włoszech", do której serdecznie Cię zapraszam. Tam naprawdę rozmawia się o Italii. A fanpejdż - póki co- sobie podarujmy. 

Share Week 2020

by 16 kwietnia

Kiedy przeczytałam w internecie, że właśnie zaczęła się kolejna edycja ShareWeek, na początku w ogóle nie miałam zamiaru dołączyć do zabawy. Stwierdziłam bowiem, że moje polecenia nikomu nie pomogą, bo wielu blogerów typuje tylko tych znanych, z którymi trudno jest konkurować. Blogerzy zresztą z trudem reklamują innych, ponieważ bardzo dużo z nich na blogowaniu zarabia, więc logiczne jest, że nikt nie będzie za friko pisać o kimś innym. Blogi stały się dochodowym biznesem i osobiście z sentymentem wspominam czasy, gdy pisanie i publikowanie było przyjemnością i każdy (albo prawie) każdy blogujący był sobie równy. Dzisiaj jest inaczej, ludzie patrzą na wszystko przez pryzmat lajków i jeśli w świecie bloga ma się ich mało, jest się postrzeganym jako ktoś gorszy, a sam blog nie wart jest zachodu. Wirtualna rzeczywistość wcale nie odbiega od zwykłego życia, gdyż i w niej panują podobne zasady. Wiem to od tylu lat, a jednak nadal się do tego nie przyzwyczaiłam.

Wróćmy do akcji Share Week. Zdecydowałam się wziąć w niej udział z dwóch powodów- aby odgnonić myśli od wiodącego tematu, czyli koronawirusa i przede wszystkim dlatego, by w ten sposób podziękować blogerkom, o których za chwilę wspomnę. Wiele razy mnie wspierały, będąc wyjątkiem we "włoskiej" blogosferze i dzięki ich życzliwości jeszcze jakoś trwam z tą moją stroną. Poza tym lubię czytać ich blogi, bo wzbudzają we mnie refleksje, uczą i często bawią. To blogi dotyczące Italii, jakżeby inaczej, które wspieram i polecam, bo na to zasługują. Oto moje typy do Share Week 2020:


Jeden z moich ulubionych blogów dotyczących Włoch, choć gwoli ścisłości trzeba dodać, że Kasia i Alfonso piszą najczęściej o ich ukochanym Neapolu. Już kiedyś wspominałam, że blog jest dla mnie poetycki i zdania nie zmieniłam, gdyż z wirtualnych kart Kawacaffe płynie natchnienie i poezja, mimo że piszą prozą. Blog ma w sobie coś magicznego i nie wyobrażam sobie, by miał zniknąć z polskiej blogosfery dotyczącej Włoch. Gdybym to ja przyznawała te wszystkie Blogi Roku, autorzy polsko - włoskiej kawy byliby niewątpliwie na szczycie listy. Zajrzyjcie do nich i zostańcie na dłużej. Naprawdę warto!


Rzadko zaglądam do blogów językowych (chociaż powinnam, aby pogłębić znajomość włoskiego), ale Włoski Online jest wyjątkiem. Alicja, jego autorka, nie ogranicza się tylko do porad dotyczących języka, a prowadzi na blogu cykl, na który czekam najbardziej, czyli "Dzieje się we Włoszech", gdzie pisze o tym, co wydarzyło się w Italii w ostatnim mięsiącu. Jej językowe wskazówki również służą mi pomocą, najbardziej zaś lubię ten z jej fanpeg'a- Etymologiczny Sherlock, gdzie tłumaczy pochodzenie słów. Robi to w sposób interesujący i niesztampowy, a w dodatku jest niesłychanie miłą osobą. Jej blog polecam maniakom włoskiego i tym, którzy chcieliby się włoskiego nauczyć. Nie zawiedziecie się!


O Lucynie można powiedzieć, że jest prawdziwą weteranką (mam nadzieję, że się nie obrazi za ten termin) blogowania. Zaczęła pisać jeszcze na platformie Gazety Pl, a po usunięciu stamtąd blogów przeniosła się na Wordpressa, gdzie z powodzeniem kontynuuje blogową przygodę. Lucyna mieszka we Włoszech i opowiada o zwykłym życiu, bez idealizowania i koloryzowania, co bardzo w niej cenię. Podziwiam ją także za to, że daje radę blogować codziennie, zwłaszcza że samej ciężko mi ostatnio zmobilizować się do regularnego pisania. Przyznaję też, że przerzuciłam się na mój fanpage, bo tak mi wygodniej. Wracając do Lucyny, to nie znajdziecie u niej biznesu i ckliwie opisywanego włoskiego dolce vita, tylko to prawdziwie z krwi i kości życie, gdzie czasem jest ciężko, smutno i źle. Ostatnio publikuje również zabawne memy związane z aktualną sytuacją, a ja rozumiem dobrze jej chęć do uśmiechu. Powodzenia, Luciu!

I to jest mój wybór na Share Week 2020, a teraz chciałabym poznać Wasz. Jakie blogi na temat Italii (lub inne) najchętniej czytacie? Podzielcie się w komentarzach, jestem bardzo ciekawa Waszej opinii. Ciao!

(P.S. Zdjęcie nie ma nic wspólnego z tematem, dałam je, bo jakoś mnie do tego natchnęło.)

Włochy? Nie teraz, dziękuję!

by 09 marca

Od mojego poprzedniego wpisu na temat koronawirusa minął ponad miesiąc, a sytuacja w Belpaese diametralnie się zmieniła. Kiedy pisałam tamtą notkę, byłam pewna, że wszystko potrwa tydzień, góra dwa, a tu masz ci los, pomyliłam się na całego. Jest o wiele gorzej, niż było, Italia jest drugim krajem na świecie z największą liczbą zarażonych i nie zanosi się na to, by ten stan wyjątkowy miał się szybko zakończyć. Koronawirus rozszerza się w bardzo szybkim tempie i chorych przybywa, zaś włoskie szpitale są przepełnione. Ofiar w Italii mamy kilkaset i są to przeważnie osoby starsze, co nie znaczy, że tylko one mają się bać. Epidemiolodzy, politycy, a nawet ludzie kultury apelują o to, żeby nie wychodzić z domu, bo tylko tak możemy ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa, niemniej Włosi mają to gdzieś. Mówi się, że tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono i jeśli chodzi o włoski naród, po raz kolejny potwierdza się teza, że dla niego reguły, niestety, nie istnieją. Zamiast słuchać mądrzejszych, Włosi robią co im się podoba, jakby nie było problemu. A skutki tego mogą być opłakane.

Siedzenie w domu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy pogoda dopisuje, ale skoro się o to nawołuje, to powinniśmy się do tego dostosować. Jeżeli nie musimy, to nie wychodźmy, tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Tymczasem Włosi olali ten zakaz i szaleją na stokach, jeżdżą na wycieczki, a internet co rusz oblegają zdjęcia z ich wojaży. Boccadasse, jedna z najsłynniejszych dzielnic Genui była w weekend przepełniona i wygląda na to, że do nikogo chyba nie doszło, iż jesteśmy na skraju prawdziwej epidemii. Sama chętnie bym się wybrała na jakiś wypad, lecz tego nie zrobię, ponieważ uważam, że należy być odpowiedzialnym zbiorowo. Dlatego też ze zdumieniem czytam o ludziach, którzy uciekli z zamkniętego miasta (Codogno) i pojechali sobie na narty do Trentino. Jak tak można? Przecież to zamknięcie to nie jest zabawa ani chęć uprzykrzenia Włochom życia, tylko jak najbardziej rozsądna dyrektywa. Para z Codogno poczuła się źle na nartach i udała się na pogotowie, gdzie okazało się, że jest zarażona koronawirusem. W takich wypadkach trzeba by zastosować wysokie kary pieniężne, bo może wtedy ludzie pójdą wreszcie po rozum do głowy i zaczną widzieć więcej, niż czubek własnego nosa.

Mój wpis jest takim wyrazem desperacji, gdyż jako osoba, która mieszka we Włoszech i dodatkowo jako blogerka, mam obowiązek nie tyle pisać, jak jest w Italii, a przestrzegać Was przed przyjazdem tutaj. Od miesiąca śledzę różne fora czy inne blogi i muszę przyznać, że czasami jestem zniesmaczona tym, w jaki sposób informuje się o sytuacji we Włoszech. Ludzie się śmieją, że szerzy się panikę, prawią o spiskach rządowych, broni biologicznej i o tym, że siedzenie w domu źle wpływa na psychikę, czy że te wszystkie płaczące wpisy to bzury, po czym namawiają na przyjazd do Włoch, co w moim przekonaniu jest skandaliczne. Uważam, że "włoscy" blogerzy muszą zacząć grać do tej samej bramki i zamiast pisać: "sam odwołuję podróż do Italii, ale wy róbcie co chcecie", powinni wszyscy jak jeden mąż odradzać przyjazd tutaj. Absolutnie omijajcie Włochy i poczekajcie na lepsze czasy, a poza tym nie bagatelizujcie koronawirusa i nie ważcie się porównywać go do grypy. Jeśli jako społeczeństwo się nie zmobilizujemy, nie ma mowy o tym, by wirus się uspokoił, a wręcz przeciwnie- zostanie z nami do lata (lub dłużej). Z pozoru łatwa rzecz, jaką jest nie wychodzenie z domu stała się dla Włochów czymś w rodzaju więzienia. Za jakie grzechy- pytają i otwierają drzwi, by uciec od tej przeklętej monotonii. Prędzej czy później koszmar się skończy, po co więc męczyć się w czterech ścianach? Wszak żyje się tylko raz, a tą przesadzoną zarazę o nazwie koronawirus i tak pokonamy. Oby ten wieczny optymizm tym razem na dobre ich nie załatwił.


zdjęcie- Globalist (Boccadasse wczoraj, widać wyraźnie, jak "ważne" są dla Włochów zasady)



Włochy, koronawirus i coraz większy strach

by 02 lutego









Kilka dni temu na fanpejdżu bloga napisałam o tym, jak pani z Chin, która co tydzień przyjeżdża na targ do mojego miasteczka, skarżyła się na to, że po ujawnieniu informacji o koronawirusie klienci przestali u niej kupować. Trochę byłam tym zaskoczona, ponieważ kobieta mieszka w Italii 20 lat, a do Chin nie jeździ, nie ma więc mowy, by mogła zarażać. Nieco mnie też to rozśmieszyło, jako że nie wyobrażam sobie, by wirus mógł dotrzeć do tej mojej mieściny, tak odległej od wielkiego świata i tak bardzo prowincjonalnej. Potem pomyślałam sobie jednak, że nie ma z czego się śmiać, ponieważ ludzie o niczym ostatnio nie mówią, jak o koronawirusie, zaś media zasypują nas informacjami, które w większości powodują strach, nic zatem dziwnego, że sprawa ta odbiła się rykoszetem na mieszkających we Włoszech Chińczykach. A kiedy ujawniono, że w Italii pojawił się koronawirus i ogłoszono stan wyjątkowy, panika osiągnęła apogeum, co niestety było do przewidzenia. Przy okazji tych wydarzeń po raz kolejny używa się argumentu, który nie ma nic wspólnego z zaistniałą sytuacją, czyli mówi się o Włochach jako rasistach, gdyż zaczęli omijać Chińczyków szerokim łukiem. A to chyba nie tak.

Wszystko przez to, że to media właśnie tą panikę zasiały. Codziennie bombardują nas setkami artykułów na temat wirusa z Chin, a co drugi z nich jest niekompetentny. Tabloidowe tytuły również nie pomagają uspokoić Włochów, bowiem część czyta tylko nagłówki i wyciąga z nich błędne wnioski. Nie zrozumcie mnie źle- informacje na temat wirusa powinny się pojawiać, i owszem, niemniej należy je dawkować racjonalnie. Byłam świadkiem sytuacji, gdy troje starszych panów rozmawiało o tym w barze, a źródłem ich wiedzy zostało regionalne wydanie gazety, z okładki której straszył napis- "Koronawirus - przygotujmy się na najgorsze". Panowie faktycznie wydawali się przestraszeni i naradzali się, jak uniknąć tego wirusa, a jednym z pomysłów było właśnie unikanie Chińczyków. Fakt, iż w Rzymie zanotowano dwa przypadki turystów zarażonych koronawirusem dodał tylko oliwy do ognia, ponieważ stolica Włoch niby leży daleko, ale lepiej dmuchać na zimne. Chińscy turyści podróżowali i do Florencji, więc nie ma się co dziwić na przesadzone działania Włochów. Mają oni zresztą silny instynkt samozachowawczy, stąd właśnie ich zachowania względem Chińczyków. Chinatown w Mediolanie podobno świeci pustkami, choć znane osoby namawiają do tego, by skończyć z tym ostracyzmem. Wielu Chińczyków mówi wprost, że jak tak dalej pójdzie, będą musieli pozamykać interesy. To bardzo przykre.

Problem leży w tym, że Włosi tak naprawdę mało wiedzą na temat chińskiego wirusa. Mają jakieś pojęcie, lecz nie są do końca doinformowani i to jest właśnie przyczyną ich histerii. Należałoby coś z tym zrobić, wypuścić ulotki o tym, jak objawia się koronawirus i w jaki sposób zmniejszyć ryzyko zarażenia, a nie czytać nie zawsze fachowe artykuły w necie. Według przeciętnego Włocha wirusem można się zarazić mijając Chińczyka na ulicy i to jest skutek reakcji na przybyszów z Azji. Osobiście nie podoba mi się mieszanie do tego polityków, ponieważ uważam, że to nie czas na ich brudne gierki. Lewa strona krzyczy o wspomnianym przeze mnie rasiźmie i nawołuje o tolerancję, prawa natomiast zastanawia się, dlaczego kwarantannie zostało poddanych 6 tysięcy turystów z wycieczkowca, a nielegalnych imigrantów wpuszcza się do Włoch bez żadnych badań. A czy podobne rozważania mają teraz sens? W moim odczuciu nie, gdyż nie przybliżają nas do niczego, a tylko pogłębiają różnice między Włochami. Jestem też więcej niż pewna, że gdyby przyszło zapytać jakiegoś polityka o objawy koronawirusa, na pewno nie udzieliłby poprawnej odpowiedzi. Mnie zaś wielokrotnie pytano o to, czy Włochy teraz to dobry pomysł na turystyczny wypad, jako że różne wieści docierają do Polski. Widzicie, ja tu mieszkam i nie zamierzam uciekać do kraju. Bądźmy czujni, ale nie panikujmy, bo nic dobrego nam to nie przyniesie


zdjęcie- Globalist

Kombinuj jak Włoch, czyli po zasiłek marsz

by 28 stycznia


"Włochy, ależ ci zazdroszczę, wy naprawdę macie tutaj klawe życie" - powiedziała do mnie ostatnio koleżanka, z którą rozmawiałam przez telefon. Nie zdziwiły mnie jej słowa, ponieważ osoby nie przebywające na stałe w Italii mają utopijną wizję o tym kraju. Nie ma tu biedy, nieszczęśliwych ludzi, zaś wszyscy są uśmiechnięci, bo włoski klimat i kawa przegonią każdy problem. A to nie tak, o czym przekonuję od lat. Kocham Włochy, ale nie patrzę na nie przez różowe okulary właśnie dlatego, że tu mieszkam. Czasem żałuję, że tu przyjechałam i sama sobie zmąciłam tą wizję kraju idealnego. Z drugiej strony wolę tą szorstką i często brzydką Italię, gdyż jest mi jeszcze bardziej bliska. To dziwny efekt, przyznaję, lecz chyba normalny dla emigranta. Nawet Włochy mogą spowszechnieć, zwłaszcza jeśli obcuje się z nimi na co dzień.

Kiedy rozmawiałam z koleżanką na temat Włoch, zastanawiałam się, co by powiedziała, gdyby wiedziała, że Włosi lubują się w kombinowaniu. Oczywiście od razu uprzedzam, że nie mam na myśli wszystkich Włochów, lecz przekrój społeczeństwa, który uczciwym rodakom psuje opinię. Włosi niestety lubią kombinować, choć chyba gorsze jest to, że potrafią to robić, zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się wizja łatwych pieniędzy. Niecały rok temu rząd wprowadził zasiłki dla najuboższych i bezrobotnych, z czego wielu sprytnych Włochów skrzętnie skorzystało. Pamiętam jak dziś komentarz mojego męża na wprowadzenie reddito di cittadinanza (tak po włosku ta pomoc się nazywa): "Tylko nie to, bo teraz się dopiero zacznie. Włosi zaczną kręcić i kombinować, aby tylko dostać ten zasiłek. Nam państwo nic nie powinno dawać, gdyż na to nie zasługujemy". Wygląda na to, że mój mąż dobrze zna swoich rodaków, bowiem o mataczeniu Włochów pod względem rządowych zasiłków wiele już czytałam. I za każdym razem zastanawiam się, jakim cudem te ich machlojki  przechodzą bezkarnie. 

To, że ktoś pracuje na czarno i pobiera zasiłek, specjalnie mnie nie dziwi, a takich przypadków jest bardzo dużo. Nie dziwi mnie również to, że niektórym Włochom nie chce się pracować, jako że za te kilkaset euro miesięcznie męczyć się nie będą, a tyle samo (a czasem i trochę więcej) dostaną za nic. Co mnie natomiast niepomiernie zaskakuje to fakt, iż na ten zasiłek łaszczą się ludzie majętni, którym żadna pomoc od państwa nie jest potrzebna. I tak, papiery po reddito di cittadinanza wypełnił już właściciel hotelu wartego 700 tysięcy euro, czego rzecz jasna, nie umieścił w dokumentach, czytałam również o człowieku posiadającym aż 78 (!) samochodów, czy rozbijających się nowiuteńkim Ferrari i mieszkających w wypasionych willach "zasiłkowiczów". I to jest właśnie to, o czym mówił mi mąż, że jeśli Włoch poczuje darmową kasę, to zrobi wszystko, aby ją dostać. I nieważne jest to, że pieniędzy mu nie brakuje, bo jeśli one są do wzięcia, to trzeba to zrobić. Coś się zatai, czegoś nie uwzględni i może się uda. Fakt, że takie zagrania są nieuczciwe i bardzo niemoralne, raczej nikogo nie obchodzi. Państwo daje zasiłki, więc zgłaszają się po nie ci, którzy w ogóle ich nie potrzebują. I jak tu nie przyznać racji mojemu mężowi?

Reddito di cittadinanza wywołało w Italii podobne kontrowersje co nasze "500 +". Są Włosi, którzy tak jak mój mąż uważają, że Włosi nie powinni niczego dostawać, inni twierdzą, że państwo jest za biedne na rozdawanie publicznych pieniędzy, jeszcze inni sądzą, że lepiej iść do pracy, a nie czekać na mannę z nieba. Moim zdaniem każda z tych opinii ma sens, chociaż osobiście jestem zdania, że osobom o trudnej sytuacji życiowej należy się pomoc ze strony państwa. Mam tu na myśli przede wszystkim ludzi, którzy nie mają zajęcia, a zostało im kilka lat do emerytury, więc taki zasiłek jest dla nich niezbędny, czy ludzi młodych, często po studiach, a bez większych perspektyw na pracę. Sytuacja w Italii nie jest kolorowa, to nie te same Włochy co 20 lat temu, a o pracę i godne zarobki większość sobie może tutaj pomarzyć. Dlatego myślę, że ten zasiłek, reddito di cittadinanza to niejaki obowiązek wobec Włochów, niemniej działania cwaniaków mieszkających w willach i mających dobrą sytuację materialną są czymś obrzydliwym. Ale tacy są niestety Włosi, jak mawia mój mąż, a to, że nie potrafią  oprzeć się pokusie i nie kombinować jest w pewnym stopniu wytłumaczalne. Zatajają różne sprawy, bo wiedzą, że nie ma kontroli, a poza tym istnieje korupcja, co jeszcze bardziej pomaga w omijaniu przepisów. Ostatnio dowiedziałam się o tym, że jakaś znajoma teściowej wybudowała dom bez żadnych pozwoleń i nic sobie z tego nie robi. Pozwolenia kosztują, trzeba na nie długo czekać, a przecież i tak nikt nie przyjdzie nic sprawdzić. To prawda i właśnie dlatego Włosi kombinują i nadal będą to robić. Nic zatem dziwnego, że rządowy zasiłek okazał się mekką dla nieuczciwych obywateli.


zdjęcie- QuiFinanza


Obsługiwane przez usługę Blogger.