Włochy? Nie teraz, dziękuję!


Od mojego poprzedniego wpisu na temat koronawirusa minął ponad miesiąc, a sytuacja w Belpaese diametralnie się zmieniła. Kiedy pisałam tamtą notkę, byłam pewna, że wszystko potrwa tydzień, góra dwa, a tu masz ci los, pomyliłam się na całego. Jest o wiele gorzej, niż było, Italia jest drugim krajem na świecie z największą liczbą zarażonych i nie zanosi się na to, by ten stan wyjątkowy miał się szybko zakończyć. Koronawirus rozszerza się w bardzo szybkim tempie i chorych przybywa, zaś włoskie szpitale są przepełnione. Ofiar w Italii mamy kilkaset i są to przeważnie osoby starsze, co nie znaczy, że tylko one mają się bać. Epidemiolodzy, politycy, a nawet ludzie kultury apelują o to, żeby nie wychodzić z domu, bo tylko tak możemy ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa, niemniej Włosi mają to gdzieś. Mówi się, że tyle o nas wiemy, ile nas sprawdzono i jeśli chodzi o włoski naród, po raz kolejny potwierdza się teza, że dla niego reguły, niestety, nie istnieją. Zamiast słuchać mądrzejszych, Włosi robią co im się podoba, jakby nie było problemu. A skutki tego mogą być opłakane.

Siedzenie w domu nie jest łatwe, zwłaszcza gdy pogoda dopisuje, ale skoro się o to nawołuje, to powinniśmy się do tego dostosować. Jeżeli nie musimy, to nie wychodźmy, tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Tymczasem Włosi olali ten zakaz i szaleją na stokach, jeżdżą na wycieczki, a internet co rusz oblegają zdjęcia z ich wojaży. Boccadasse, jedna z najsłynniejszych dzielnic Genui była w weekend przepełniona i wygląda na to, że do nikogo chyba nie doszło, iż jesteśmy na skraju prawdziwej epidemii. Sama chętnie bym się wybrała na jakiś wypad, lecz tego nie zrobię, ponieważ uważam, że należy być odpowiedzialnym zbiorowo. Dlatego też ze zdumieniem czytam o ludziach, którzy uciekli z zamkniętego miasta (Codogno) i pojechali sobie na narty do Trentino. Jak tak można? Przecież to zamknięcie to nie jest zabawa ani chęć uprzykrzenia Włochom życia, tylko jak najbardziej rozsądna dyrektywa. Para z Codogno poczuła się źle na nartach i udała się na pogotowie, gdzie okazało się, że jest zarażona koronawirusem. W takich wypadkach trzeba by zastosować wysokie kary pieniężne, bo może wtedy ludzie pójdą wreszcie po rozum do głowy i zaczną widzieć więcej, niż czubek własnego nosa.

Mój wpis jest takim wyrazem desperacji, gdyż jako osoba, która mieszka we Włoszech i dodatkowo jako blogerka, mam obowiązek nie tyle pisać, jak jest w Italii, a przestrzegać Was przed przyjazdem tutaj. Od miesiąca śledzę różne fora czy inne blogi i muszę przyznać, że czasami jestem zniesmaczona tym, w jaki sposób informuje się o sytuacji we Włoszech. Ludzie się śmieją, że szerzy się panikę, prawią o spiskach rządowych, broni biologicznej i o tym, że siedzenie w domu źle wpływa na psychikę, czy że te wszystkie płaczące wpisy to bzury, po czym namawiają na przyjazd do Włoch, co w moim przekonaniu jest skandaliczne. Uważam, że "włoscy" blogerzy muszą zacząć grać do tej samej bramki i zamiast pisać: "sam odwołuję podróż do Italii, ale wy róbcie co chcecie", powinni wszyscy jak jeden mąż odradzać przyjazd tutaj. Absolutnie omijajcie Włochy i poczekajcie na lepsze czasy, a poza tym nie bagatelizujcie koronawirusa i nie ważcie się porównywać go do grypy. Jeśli jako społeczeństwo się nie zmobilizujemy, nie ma mowy o tym, by wirus się uspokoił, a wręcz przeciwnie- zostanie z nami do lata (lub dłużej). Z pozoru łatwa rzecz, jaką jest nie wychodzenie z domu stała się dla Włochów czymś w rodzaju więzienia. Za jakie grzechy- pytają i otwierają drzwi, by uciec od tej przeklętej monotonii. Prędzej czy później koszmar się skończy, po co więc męczyć się w czterech ścianach? Wszak żyje się tylko raz, a tą przesadzoną zarazę o nazwie koronawirus i tak pokonamy. Oby ten wieczny optymizm tym razem na dobre ich nie załatwił.


zdjęcie- Globalist (Boccadasse wczoraj, widać wyraźnie, jak "ważne" są dla Włochów zasady)



Obsługiwane przez usługę Blogger.