Jak to jest z tą włoską ciotką i dlaczego nie wypiłam szampana?


To było w lipcu 2017, kiedy pojechaliśmy na Sardynię, aby odwiedzić włoską rodzinę męża. To nie był mój pierwszy raz na wyspie, większość krewnych już dobrze znałam i polubiłam ich z tej przyczyny, że nie można nie lubić Sardyńczyków. Są serdeczni, gościnni, wylewni aż do przesady i od pierwszej chwili dali mi odczuć, że jestem członkiem ich rodziny. Oczywiście jak to w życiu bywa, nawet w najlepszej familii istnieją wyjątki od reguły, a w tym przypadku tym wyjątkiem była jedna z ciotek, którą również poznałam wcześniej, jednak nie za dobrze. Kiedy więc weszłam do jej salonu i w pełni lata zobaczyłam świąteczną choinkę, a potem cioteczka uraczyła mnie opowieścią o dwóch kuchniach, które też za chwilę zobaczyłam, to zrozumiałam jak nic, że jest ona materiałem na powieść. To bardzo wyrazista postać, nie dała nikomu dojść słowa i sypała anegdotkami jak z rękawa. Mąż kręcił na nią nosem, ale mnie spodobała się do tego stopnia, że napisałam o niej na fanpejdżu. Nie byłam pewna, czy historia o cioteczce komukolwiek się spodoba, lecz po kilku odcinkach z nią w roli głównej zrozumiałam, że zaczęła cieszyć się sporym powodzeniem i przyciągać nowych czytelnikach. Takiego potencjału nie wolno mi było zmarnować.

Po powrocie z Sardynii nie przestałam opisywać przygód ciotki i jej nie mniej szalonego męża Berluski, a grono osób pytało mnie, czy historie z ich udziałem są prawdziwe. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że tak, bo choć nie było mnie już blisko ciotki, to dzięki telefonom dostawałam relację o jej życiu na bieżąco, czasem i teściowa coś mi mówiła, także materiału na kolejne odcinki trochę mi się zebrało. Jednocześnie nie dziwiło mnie, iż niektórzy nie wierzyli, że ciotka istnieje naprawdę, ponieważ jej perypetie czasem były tak absurdalne, że i mi ciężko byłoby w nie uwierzyć, gdybym nie poznała ciotki. Wtrącała się we wszystko, wciąż wpadała w jakieś tarapaty i doprowadzała do szału swojego niewinnego męża Berluskę, którego jedynym przewinieniem było to, że ożenił się z ciotką. Czasem "podrasowałam" dialogi, przyznaję, żeby było bardziej do śmiechu, ale większość z nich była inspirowana niekończącymi się opowieściami cioteczki. I tak sobie publikowałam te swoje, jak to nazywałam, sardyńskie wypociny, gdy nagle przyłapałam się na tym, że z tego mogłaby powstać komediowa powieść. Motywali mnie do takiej myśli czytelnicy, co rusz zadający mi pytania, kiedy będzie z tego książka. Na początku nie myślałam o tym, by przelać wszystko na Worda i zacząć posyłać do wydawnictw, lecz po namyśle stwierdziłam: "a czemu nie"? Przecież jak to ktoś ładnie określił, "kto nie próbuje, ten nie pije szampana". Spróbowałam więc.

Na początku tego roku wysłałam propozycję powieści do kilku wydawnictw i z wielką niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Nie wiedzieć dlaczego byłam przekonana, iż "Szaleństwa włoskiej ciotki", bo tak nazwałam książkę, będą rozrywane przez wydawców. Oczami wyobraźni widziałam wydaną powieść na szczycie bestsellerów, zachwyconych czytelników i co tam jeszcze chcecie. Po dwóch miesiącach oczekiwań przyszedł pierwszy mail i od razu został mi wylany kubeł zimnej wody na głowę. "Dziękujemy, pani propozycja jest ciekawa, ale nie jesteśmy zainteresowani jej wydaniem"- takich wiadomości trochę dostałam i dzięki nim zeszłam na ziemię. Nie czeka mnie, niestety, literacka przyszłość, ponieważ skoro wydawcy nie widzą w ciotce potencjału, oznacza to, że go nie ma. Przeczytałam po raz kolejny wszystkie rozdziały "Szaleństw włoskiej ciotki" i zawsze przy nich śmiałam się do rozpuku, nie mogłam zatem dojść do przyczyn odmowy ich wydania. "Nie poznali się na mnie"- powtarzałam buńczucznie i byłam zła na cały świat. Po jakimś czasie znowu przestawiłam myślenie i stwierdziłam, że z powodu tych odmów życie mi się nie zawaliło i postanowiłam się literacko wyżyć. Siadłam do komputera i napisałam następny rozdział przygód cioteczki, związany z koronawirusem, opowiedziany mi przez samą zainteresowaną. Bardzo mi to pomogło, gdyż pojęłam, że pisać mi nikt nie zabroni, zaś ciotka potrafi się obronić w każdej sytuacji. Nie zostanie bohaterką książki, lecz jej morale przez to w ogóle nie ucierpi, moje (pomijając dwa pierwsze tygodnie) również. Nadal będę o niej pisać, a jej przygody jeszcze niejeden raz poprawią mi humor. I tylko tak już na koniec nieśmiało Was zapytuję, czy dobrym pomysłem byłoby wydanie ebooka o cioteczce i jej mężu? Jeśli tak, to może w tej kwestii coś poradzimy.



Wiele razy pytaliście mnie jak wygląda ciotka, a jako że nie mogę pokazać jej twarzy, to zobaczcie sobie jej podobiznę- Sidorowską z "Rejsu". Od razu uprzedzam, że wujek Berluska nie wygląda jak niezapomniany Jan Himilsbach.

zdjęcie- East Europen Film Bulletin

Obsługiwane przez usługę Blogger.