Powrót do (włoskich) korzeni




Kilka tygodni temu na fejsie zapowiedziałam, że kończę z pisaniem i naprawdę miałam taki zamiar. Zrozumiałam jednak, że nie mogę bez tego żyć, z tą różnicą, że moje pisanie będzie odbywało się właśnie tutaj, a nie na moim fanpejdżu. Doszło bowiem do mnie, że zapędziłam się z tym fejsem w kozi róg i przez chwilę ważniejsze było dla mnie to, że lajki się zgadzają, a nie tworzenie tekstów. Prowadzenie fanpejdża dawało mi frajdę, nie powiem, zwłaszcza że aktywność i zaangażowanie czytelników było jednym z najwyższych wśród włoskich blogów. To była jedna z tych rzeczy, z której byłam dumna, bo nie płacąc nigdy za reklamę, udało mi się zaciekawić ludzi moimi wywodami. Dodam tutaj, że nie widzę nic w złego w kupowaniu reklam, gdybym ja żyła z bloga, również bym to robiła. Blog nie przynosi mi żadnych dochodów, zatem nie uważałam za stosowne jeszcze na nim tracić. Pisałam więcej na fanpejdżu, tu zaś było mnie coraz mniej. Przyświecało mi jedno- żeby lajki się zgadzały i zawsze było ich dużo. Dziś wiem, że to mnie w pewnym sensie zgubiło.

Od czasu, gdy we Włoszech zaczął się dramat związany z koronawirusem, zaczęłam skrupulatnie opisywać, jakie są moje odczucia na temat zaistniałej sytuacji. Nie przepisywałam z dzienników czy gazet, jak inni, nie kopiowałam nikogo (choć moje powielone teksty zdarzało mi się widywać), tylko opowiadałam o tym, jak przeżywam to ja, mieszkanka najbardziej dotkniętego regionu, czyli Lombardii. Większość czytelników przyjęła moje wpisy jak zwykle, czyli dobrze, lecz znalazły się osoby mieszkające w Italii, które zarzucały mi, że lansuję się na pandemii, piszę nieprawdę bądź że moje wypociny nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem. Te zarzuty mnie zabolały, gdyż nigdy nie miałam zamiaru na niczym się lansować, a przedstawiać fakty, tak samo jak nigdy nie podawałam się za dziennikarkę, bo nie mam do tego kwalifikacji. I nie chodzi tu o to, że ktoś miał inne podejście do sprawy niż ja, ani że nie podobało mu się, co napisałam. Każdy ma prawo do swoich osądów i słynnej "krytyki konstruktywnej", która- umówmy się- ma tyle wspólnego z prawdziwą krytyką, ile ja z Kasią Smutniak. Krytyka jest wtedy, gdy komentuje się na temat tekstu, gdy zaś wtrąca się wstawki prywatne, to trzeba nazywać sprawy po imieniu- to już jest hejt. A mi się szczerze mówiąc, przestało chcieć czytać opinie, jaka to ja jestem zła, że dostaję od świata to, co sama mu dałam (czyli nic), że chcę sobie zrobić reklamę na ofiarach koronawirusa, a moje pisane jest funta kłaków warte. Ja, gdy nie zgadzam się z czyimś tekstem, staram się komentować merytorycznie, a nie wjeżdżać buciorami w życie prywatne blogera. Możesz uważać to, co publikuję za bzdury, to mnie nie rusza, ale gdy na podstawie tego napiszesz mi, że mam udać się do psychologa, to Ty masz problem, a nie ja. Wiodę normalne, spokojne życie, nie jestem ani lepsza ani gorsza od innych, a tym bardziej skwaszona i niezadowolona. Nie znasz mnie prywatnie i jeśli nie zgadzasz się z tym, że Lombardia jest nieprzygotowana na otwarcie, a ludzi pandemia niestety nie zmieniła, to masz do tego święte prawo. Nie masz natomiast prawa mnie obrażać i usprawiedliwiać się konstruktywną krytyką. Zrobiłeś to oraz jeszcze kilka osób, dlatego poczułam się osaczona i postanowiłam odejść od fanpejdża. Nie od pisania, jak chcieliby niektórzy, ale od publikowania aktualności na fotoksiążce. Dzisiaj, z perspektywy czasu wiem, że była to trafna decyzja. Wróciłam do korzeni, zyskałam spokój i dużo czasu.

Blog nie jest moim biznesem, nie zarabiam na nim, więc stwierdziłam, że przesiadywanie przy kompie, zajmowanie się fanpejdżem i odpowiadanie na komentarze nie ma sensu. Zdecydowałam jednak, że nie przestanę pisać, jako że lubię to robić, nie zamknę zatem bloga, tylko będę publikować teksty tutaj, a nie na fejsie. Chcę też przypomnieć sobie, jak fajnie jest blogować, bez parcia na szkło, bez zbędnych oczekiwań, a z samej radości pisania, jak to było na początku. Kiedy zaczynałam moją wirtualną przygodę, blogowanie było zupełnie inne, większość pisała z pasji, a nie z chęci zarabiania. Nie liczyły się lajki, wszyscy byli równi, jak natomiast jest teraz, dobrze wiemy. W mojej blogowej "karierze" nadal trafiam na przypadki osób, które przestały ze mną rozmawiać, bo stały się popularne. Absolutnie się tym nie przejmuję, ale nieustannie dziwuję się tym, jak można uważać się za lepszego z powodu internetowej działalności. W każdym razie nie mam zamiaru ogłaszać światu na fejsie, że znowu bloguję i to tak jak za starych, dobrych czasów. Kto mnie będzie chciał znaleźć, to zrobi to, a mnie będzie cieszył każdy odwiedzający. Przestała mnie bawić pogoń za lajkami, nie przekłuję bloga w biznes, ponieważ nie jestem dobrym materiałem dla reklamodawców. Nie piszę o tym, jaka Italia jest piękna, nie publikuję notek o podróżach i jedzeniu, więc teoretycznie nie mam wiele do zaoferowania. Blogów o Włoszech jest zresztą w sieci mnóstwo, mój może być jak najbardziej niszowy. Już się z tym pogodziłam i nie mam wielkich oczekiwań. Jeśli tu wrócisz, bo zainteresuje Cię moje pisanie, będę czuła się wygrana. A na fejsie nie przestałam całkowicie funkcjonować- zdecydowałam się na prowadzenie grupy "Rozmowy o Włoszech", do której serdecznie Cię zapraszam. Tam naprawdę rozmawia się o Italii. A fanpejdż - póki co- sobie podarujmy. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.