Włoski domek z kart, czasem zwany rządem

I stało się. Premier Włoch, Giuseppe Conte, podał się do dymisji, co skłoniło mnie do tego, by wreszcie przysiąść do bloga. Przyznam szczerze, że nie rozumiem genezy kryzysu politycznego w Italii, zapoczątkowanego przez (uwaga, uwaga), byłego szefa rządu- Matteo Renziego. W moim odczuciu rząd działał jak działał, czyli ani lepiej, ani gorzej od poprzedników, a biorąc pod uwagę fakt pandemii, to obiektywnie trzeba powiedzieć, iż zrobił wiele, choć naturalnie nie wszystko i nie wspiął się na żadne wyżyny pomocy dla społeczeństwa. Niemniej jednak jakoś to sprawnie funkcjonowało, więc upadek rządu właśnie teraz, gdy w ogóle nie jest to koniecznie, jest dla mnie czymś niezrozumiałym i całkowicie niepotrzebnym. Ludzie z powodu pandemii mają coraz mniej pieniędzy, upadają małe przedsiębiorstwa i zamykane są sklepy- tym powinien właśnie zająć się rząd dbający o dobro obywateli, a nie powoływaniem Gabinetu Technicznego z (póki co) premierem widmo. Ruch Pięciu Gwiazd, który jest partią bardzo niestabilną i nie dotrzymującą obietnic, zrobił coś głupiego i na pewno za to zapłacimy. Koalicja z Partią Demokratyczną niestety nie wyszła i co ciekawe, dobił ją nie kto inny, jak były szef PD, czyli wspomniany przeze mnie Matteo Renzi. Ambicje tegoż nie pozwalają mu nie tyle odejść od polityki, co przestać grać pierwsze skrzypce. Zapomniany bowiem były premier ogłaszając kryzys we Włoszech ponownie stał się bohaterem mediów i samozwańczym uzdrowicielem narodu. Cóż, najbliższe tygodnie pokażą, czy było to dobre posunięcie. Moim zdaniem nie. To nie czas na kryzysy.

Tak przebiegają mi w głowie włoscy politycy i z przykrością muszę stwierdzić, że nie widzę nikogo, kto mógłby wskrzesić Italię. Nie ma już mężów stanów, są politykierzy, bardziej dbający o swoje kieszenie i dobro partii, którą reprezentują, niż o własny kraj. Nie ma ludzi potrafiących zrobić coś dla Włoch, zaś większość polityków tylko przepycha się i kłóci, po czym spycha Italię na bok. Włochy to taki "folwark zwierzęcy", gdzie wydaje się, że rządzi kto popadnie, a każdy robi co chce. Autorytety znikły, a na ich miejsce przyszli krzykacze, co widać i po prawej i po lewej stronie włoskiej machiny politycznej. Nigdy co prawda nie miałam zaufania do polityków, ale kiedy w końcu we Włoszech zrodził się rząd wybrany przez lud, to żywiłam nikłą nadzieję, iż coś się zmieni. Egzaltowane zapowiedzi Luigiego Di Maio, że rozprawi się z kastą i będzie rządzić przez 5 następnych lat, prysły jak bańka mydlana. Kiedy koalicjant wycofał się z rządu, to wtedy Di Maio wraz z całym Ruchem Pięciu Gwiazd również powinni odejść. Zrobili jednak coś innego, a mianowicie wzięli sobie (z desperacji) innego koalicjanta- Partię Demokratyczną. Tą samą, z którą nigdy, przenigdy nie mieli się wiązać, co obiecywali podczas wyborów. Kiedy wszakże zostali już wybrani, zweryfikowali oczywiście swe obietnicie. Pecunia non olet, a wygodne fotele i władza w rękach były zbyt silne, by się po prostu wycofać. Rząd upadł teraz, w najmniej właściwym momencie, kiedy żadne wybory nie powinny być ogłoszone. Nadal jesteśmy w środku pandemii i polityczne gierki są nam wszystkim najmniej potrzebne. Niestety, wzięły one górę nad zdrowym rozsądkiem.

Giuseppe Conte nie był najgorszym premierem, nie był i też najlepszym, ale jakoś dawał radę. Kogo wybiorą teraz i jak będzie działał w sprawie koronawirusa? Od początku roku we Włoszech panuje huśtawka nastrojów, a raczej huśtawka kolorów, związana ze zmianami stref poszczególnych regionów i wszyscy mamy tego po troszę dość. Raz jesteśmy pomarańczowi, na drugi dzień czerwoni i tak w koło Macieju. Cierpią przez to, tak jak wspomniałam na początku, prywatni przedsiębiorcy, ponieważ ich "być" jest uzależnione od decyzji rządu i koloru stref. Pomoc dla nich powinna być więc być priorytetem i psim obowiązkiem, zaś przeważnie muszą sobie radzić sami. Bo nawet jeśli coś otrzymują w ramach wsparcia, to nie jest to suma adekwatna do potrzeb. Za kilkaset euro nie opłaci się rachunków, zapłaci pracownikom, ani tym bardziej nie wyżywi się rodziny. Z tego powodu ludzie coraz częściej wychodzą na ulicę i protestują, nie patrząc na zakazy i obostrzenia. Desperacja prowadzi do takich kroków i nie ma się co dziwić tym ulicznym buntom. Zamiast zatem coś zrobić i wskazać konkretne rozwiązanie na wyjście z dołka, włoski rząd ucieka z tonącego okrętu. To było do przewidzenia, bo przecież we Włoszech rządy zmieniają się nader często, a jeszcze częściej zupełnie nieznane twarze zostają jego szefami. Już teraz nazwiska kandydatów przewijają się przez internet, a ja, choć wydawało mi się, że jako tako jestem obeznana z polityką, nie znam prawie nikogo. A czy przypadkowi kandydaci, ponieważ często właśnie tacy wybierani są na najważniejsze stanowisko w państwie, to dobry pomysł? Bynajmniej, bo równie często wydaje się, że później prowadzą przypadkową politykę.

Jednakowoż Włochy dzisiaj to kraj nie tylko przesiąknięty kryzysem politycznym, do którego zresztą jesteśmy przyzwyczajeni (przynajmniej raz w roku musi być jakiś wstrząs w Palazzo Chigi), ale, co smutne i bardzo niepokojące, jesteśmy świadkami kompletnego kryzysu człowieczeństwa. To konsekwencja panującej pandemii, zamknięcia Włochów w domu i odebrania im tego, co kochają najbardziej, czyli wolności. Ten rok dał nam wszystkim w kość i nie każdy wyszedł z niego obronną ręką. Dlatego potrzebne są radykalne zmiany, gdyż morale Włochów, bardzo nadszarpnięte, musi wrócić do stanu sprzed pandemii. Trzeba dać ludziom namiastkę normalności, inaczej stan ducha będzie coraz gorszy. Na ciężkie czasy potrzebny jest silny człowiek, o zdrowym kręgosłupie moralnym, który potrafiłby przygotować kraj na odrodzenie. Wiemy jednak, że to prawie niemożliwie i Włosi będą musieli zmierzyć się sami z otaczającą ich społeczną bezradnością. Czekamy zatem na "rząd techniczny" z jedną tylko nadzieją- że nie będzie gorszy od poprzedniego. To w sumie łatwe, choć paradoksalnie bardzo, ale to bardzo trudne. 


zdjęcie- Corriere.it

Obsługiwane przez usługę Blogger.