Wytrwaj, Italio!

To było dokładnie rok temu, 9-go marca. Urzędujący ówcześnie premier Włoch, Giuseppe Conte, ogłosił narodową kwarantannę, ponieważ sytuacja spowodowana rozprzestrzenieniem się w Italii koronawirusa stała się dramatyczna. Nie było innego wyjścia, więc zostaliśmy zamknięci w domach przez prawie dwa miesiące. Nie wychodziliśmy, nie spotykaliśmy znajomych, a dzieci przestały chodzić do szkół i kontynuowały naukę online. To były trudne dwa miesiące, można powiedzieć, że wręcz niemożliwe. Wszystko wywróciło się do góry nogami, a ja pytałam samą siebie, kiedy wrócimy do normalności. Chciałam wyjść, patrzeć na budzącą się właśnie do życia wiosnę, a jedyne, co mi pozostało, to skrawek ogródka, gdzie mogłam przez chwilę jakoś odetchnąć. Dziś wiem, że ten ogródek pomógł mi przetrwać i wyszłam z kwarantanny bez szwanku. Było ciężko, to fakt, niemniej jednak nie było tragicznie dzięki temu, że mogłam wyjść z domu i nabrać w ten sposób sił. Gdybym była zamknięta w moim dawnym mieszkaniu, w Genui, na pewno bym psychicznie wysiadła, o tym jestem święcie przekonana.

Rok temu nasze drzwi i okna wypełniało hasło "Wszystko będzie dobrze". Rysowaliśmy plakat z tęczą, powiesiliśmy go na drzwiach i to również dało nam siłę. Codziennie na niego patrzałam i czułam, że to prawda i jeszcze będzie pięknie, wystarczy odrobina cierpliwości. Tak się stało i po długim czasie oczekiwania mogliśmy ponownie wyjść z domu i podziwiać całkiem zwyczajną okolicę, która w moim odczucia stała się więcej niż cudowna. Zwykłe budynki czy sklepy nabrały dla mnie nowego uroku i kiedy zdałam sobie sprawę, że znowu mogę wyjść na zewnątrz, jakbym przebudziła się z marazmu. Miałam na sobie maskę i nadal musiałam bardzo uważać, ale to nic. Wreszcie wyszłam do świata i to nie ubrana w zimową kurtkę, bo dwóch miesiącach oczekiwania mogłam już założyć coś lekkiego. Powrót na spacer był czymś niesamowitym, wręcz chłonęłam otaczającą mnie rzeczywistość. Spotykałam ludzi, których dawno nie widziałam, odwiedzałam sklepy i cieszyłam się, że najgorsze już za nami. Minał maj, w czerwcu w Italii otwarte granice i wydawało się, że jako tako wracamy do normalności. Lato minęło pod znakiem placu zabaw i wycieczek po Lombardii, a potem przyszedł wrzesień i wróciła utęskniona szkoła. Również na nowych zasadach i w maseczkach, lecz dzieci mogły w końcu uczyć się w klasach i widzieć swoich rówieśników. Odetchnęliśmy z ulgą. Do czasu.

Przez te ponad pół roku od momentu otwarcia szkół życie jako tako się układało. Nadal panowały restrykcje, obowiązkowe maseczki i dystans społeczny, ale było o wiele lepiej niż w marcu, ponieważ mogliśmy wychodzić. Covid nie ustępował co prawda, lecz wzrost zarażeń spadał i to napawało optymizmem. Widmo zamknięcia wszystkiego przestało nad nami krążyć i wierzyliśmy, że najgorsze już minęło. Skończyły się święta i przyszedł nowy rok, który dał nam jeszcze większą nadzieję w postaci szczepionek. I gdy wydawało się, że przygoda z covidem być może zakończy się szybciej niż przypuszczaliśmy, nagle gruchnęły wieści o jego wariantach. Angielskim i brazylijskim, bardzo niebezpiecznych, które spowodowały ni mniej, ni więcej, a gwałtowne pogorszenie sytuacji. Niektóre regiony, jak Umbria, zmuszone były ponownie zamknąć szkoły, a spadek wieku pacjentów wzbudził niemały strach. Wersja angielska nie oszczędza nikogo i nawet dzieci przestały być bezpieczne. Nie było więc innego wyjścia, jak przywracać czerwone strefy i za Umbrią śladem poszły inne regiony, w tym Lombardia, gdzie mieszkam. Rok po kwarantannie znowu siedzimy w domu i mimo że nie jesteśmy całkowicie zamknięci, to nie jest wesoło. Szpitale przeżywają nawrót pacjentów,  zakażonych na covid przybywa, a liczba ofiar koronawirusa przekroczyła właśnie 100 tysięcy ofiar! Nie wiemy, co będzie dalej, a ja ze strachem przypominam sobie, jak to było w ubiegłym roku. Ciągle przedłużano otwarcie szkół, aż okazało się, że dzieci wrócą do nich we wrześniu. Nic dwa razy się nie zdarza, pisała poetka, a wygląda na to, że w przypadku wirusa zdarza się i razy trzy. Rok po ogłoszeniu kwarantanny walczymy i końca tej walki niestety nie widać.


P.S. A na zdjęciu Pawia, do której udaliśmy się zaraz po zakończeniu kwarantanny.

Obsługiwane przez usługę Blogger.