Włoskie lato, włoskie Euro i nie całkiem włoski wirus

Znowu minęło kilka miesięcy od mojej ostatniej obecności tutaj. Bloguję nie z tą samą pasją co kiedyś, albo inaczej, mam inne instrumenty do pisania, stąd zapominam o blogu, którego social media zdecydowanie wyparły. I tak, tęsknie za czasami, gdy pisałam codziennie, czekałam na komentarze i odwiedzałam znajome blogerki. Dzisiaj i one zniknęły z blogowego świata, co tylko dowodzi, że blogi mają złote lata za sobą. Nie znaczy to jednak, że opuszczę to miejsce, bo co jakiś czas się tutaj pojawię, aby nie zostawiać tej strony pustej. Przeszłam z nią wiele i żałuję, że to se ne vrati, ale cóż, takie bywają koleje losu. Na fanpejdżu znajdziecie mnie o wiele częściej, ponieważ tak mi jest po prostu wygodniej, a poza tym lubię interakcję z czytelnikami. Tutaj już jej nie ma.


Tymczasem mamy lato i Włochy nadal borykają się z problemem wirusa. Wygrana reprezentacji na Euro była moim zdaniem przypieczętowaniem ostatniego, ciężkiego roku i po prostu się Włochom należała. Zwycięstwo było piękne, pełne emocji, a wygrana z Anglikami u nich w domu i to w świątyni futbolu, jaką jest Wembley, jest czymś niesamowitym. Znamienne było również to, że prawie cała Europa kibicowała Włochom. Być może dlatego, że piłkarze nie byli aż tak pewni siebie jak Anglicy, a może to z tego powodu, że ich gra się bardziej kibicom podobała, w każdym razie włoska reprezentacja zdobyła prawie wszystkich, co bardzo mnie cieszy. Fajnie jest mieć drugą ojczyznę, bo kiedy rodzimy zespół zagrał jak zagrał, wtedy można bez przeszkód sympatyzować z drużyną kraju, gdzie się mieszka. Włochów zresztą zawsze lubiłam i wcale tego nie kryję.


Mamy lato i w związku z tym do Italii zawitali turyści. To dobrze, bo ekonomia musi się kręcić, zwłaszcza że do życia z covidem chyba wszyscy się przyzwyczailiśmy. Wspomniane przeze mnie Euro spowodowało kilka niebezpiecznych przypadków zarażeń, jak w jednym z pubów, gdzie po meczu odnotowano prawie 100 osób zakażonych wirusem. Cóż, można było się tego spodziewać, ponieważ gdy w lokalu znajduje się kilkaset osób stłoczonych wokół siebie i dodatkowo bez maseczek, to potem są tego konsekwencje. Wirus nie zniknął, choć dzięki szczepieniom jest lepiej, ale nadal nie jest wesoło z powodu wariantu Delta, która krąży nad nami niczym jakieś widmo. Drugą dawkę Pfizera mam za tydzień i szczerze mówiąc, nie mogę się tego doczekać. Będę spokojniejsza, bo mam zaufanie do nauki i nie boję się efektów poszczepiennych. Po pierwszej dawce nic mi nie było i mam nadzieję, że i po drugiej będzie tak samo.


Często wracam pamięcią do czasów przed pandemii i zastanawiam się, kiedy to było. Minęło półtorej roku, dopiero tyle, a mi się wydaje, że żyjemy tak lata. Z maseczkami przy sobie, z rezerwą wobec innych osób, ze środkami dezynfekującymi w torebce i ze słowem "covid", którego wszyscy nie znosimy. Normalność zbyt powoli wraca do normy i ciągle mi się wydaje, że nie żyję tak jak kiedyś, gdyż muszę bezustannie uważać. Włosi, tak jak reszta świata, mają już zwyczajnie dosyć i są zmęczeni panującą sytuacją. Rząd zastanawia się nad tym, czy wprowadzić Green Pass, jak zrobili to Francuzi, lecz społeczeństwo jest temu przeciwne. Jeśli jednak rząd postawi na swoim, to nie ma co liczyć na to, by Włosi zachowali się jak Francuzi i protestowali. Włosi mogą to robić przy poważniejszych sprawach, takich jak piłka nożna, a w innych sytuacjach na ulice nie wyjdą, już ja ich znam. Przy tych upałach zresztą komu się chce?


Trochę się rozpisałam, ale skoro tyle mnie nie było, to trzeba się wygadać. Tak jak wspomniałam na początku, jestem cały czas aktywna w social mediach i tam właśnie Was zapraszam. Mam grupę, niedużą, aczkolwiek ciekawą, gdzie podejmuję tematy przeróżne, które dotyczą Italii i tam jestem najczęściej. Grupa nazywa się "Rozmowy o Włoszech" i rozmawiamy codziennie, a aktywność użytkowników jest spora, co w pewnym stopniu napawa mnie dumą. Jest też otwarty fanpejdż bloga "Przystanek Italia", no i jest Instagram, gdzie też często bywam (przystanekitalia). Rzadko gdziekolwiek się reklamuję, znaczy w ogóle tego nie robię, dlatego tutaj, na moim blogu, nadrabiam zaległości. Będzie mi miło, jeśli zdecydujecie się pozostać ze mną w kontakcie poprzez moje wirtualne strony, zaś tutaj będę się odzywać raz na jakiś czas, byle nie zniknąć. Blog kosztował mnie emocjonalnie dużo i błędem byłoby stąd wyparować. A zostawiam Was ze wspaniałym zdjęciem wygranej Włoch, które zwiastuje odrodzenie Italii (oby tak było). Do następnego!


zdjęcie-Sky TG 24

Obsługiwane przez usługę Blogger.